facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2018-01-02
 

Góra martwych ptaków

Staliśmy w błocie koło stodoły, szare próchniejące niebo stało wraz z nami; zbliżał się wieczór. Zostałem pod pretekstem zagonienia krów na nocne pastwiska. Pan Janusz wyciągnął papierosa i zapalił. Onieśmielony gapiłem się w cholewy.
     – To gdzie jedziecie? – spytał.
     Miałem wkrótce zostać mężem jego jedynej córki. Teraz stałem na jego błocie, ale za kilka dni miałem wylądować w Indiach.
     – Najpierw do Delhi, a stamtąd jakoś do Pakistanu, do Skardu.
     –To będziecie jechać przez Kaszmir?
      Zawsze zaskakiwało mnie jego obycie ze światem, kontrastujące z zaściankowymi muchami i Podlasiem.
     – Nie, raczej pojedziemy do Lahore. Tam jest jedyne przejście graniczne między Indiami i Pakistanem.
     Jesteśmy już w górach, a ja tęsknię dziś mocniej niż zwykle. Za domem, za przewidywalnością, za Mirką. I trochę się boję. Czy świat poza Doliną Thalle się zmienił? Czy w domu wszystko w porządku? Czy babcia żyje? Czy narzeczona bardzo się martwi? Te pytania pozostają bez odpowiedzi i góry nic nie gadają na ten temat.
     Czas cieknie. Może czasem sterczy najeżony tak jak teraz, ale zasadniczo wyprzedza nas o jeden dzień. No, ale jesteśmy w Dolinie Bukma i jest uroczo. Są karłowate wierzby, z których suchych gałązek robimy ognisko. Wierzby pnące się piargami w górę, ku skalistym turniom, do spółki z ogniem dają złudzenie Tatr, domu, swojskości, tym bardziej, że nie widać stąd lodowca, a jedynie strzelisty i nieosiągalny Honbrok. Mimo to, a może dlatego właśnie tęsknię. Ognisko, dym pachną jak ul lub cerkiew, gdy się do niej wejdzie. Słońce ma kolor wosku, jak to na Mazurach.

 

 

fot. Łukasz Depta

 

Wieczór. Jesteśmy już na morenie pod... no właśnie – ta nasza biełucha, wołga przypominająca na zdjęciu z 1987 roku Babią Górę, okazała się mieć prawie dwukilometrową mikstową ścianę. A my mamy zamiar przejść jej lewą część, by dostać się na przełęcz oddzielającą Honbrok od piku #47. Ściana jest ogromna, krucha i z językami przylepionego do płyt śniegu. Oprócz pasów dziwnej białej skały ma też płaty lodu. By się jej lepiej przyjrzeć podchodzimy lodowcem tak blisko, jak się tylko da. Wojtek mówi ciągle, że wygląda to koszmarnie. Ja jak zwykle nie wiem, o co chodzi, choć Zetek mówi, że może być spoko:

     –Te czarne zacieki na stożkach to wytopione kamienie. Popatrzcie. Jesteśmy tu już kilka godzin, a jeszcze nic nie spadło. Nadciąga już wieczór, zlewający wszystkie żeberka i depresje w ciemną, pozbawioną kształtu masę. Robi się  ponuro i jakoś ckliwie. Wracamy w kierunku namiotu, gdy nagle wyrywa mi się:
     – O ja cię...
Stajemy jak wryci. Na lodzie, w promieniu trzech metrów, leżą szczątki wielkiego ptaka: szaro-brunatne pióra, szkielet, czaszka. Stoimy zszokowani w półmroku. Mamy świadomość, że jesteśmy tu pierwszymi ludźmi, ale ptak? Dostał piorunem? Przecież one tak zwyczajnie nie spadają. Po co tu miałyby zawędrować?

 

 Widok na Honboro Peak od północnego wschodu

Widok na Honboro Peak od północnego wschodu

fot. Łukasz Depta


Dwa dni później pobudka o drugiej. Jest dziwnie ciepło. Za ciepło. Widać tylko przełęcz i kilka gwiazd. Dyskutujemy – iść, czy zostać? Zaraz zaczyna lać deszcz i to trochę rozwiązuje kłopot. Wojtek optuje za tym, żeby zostawić tu szpej i zejść do Skardu. Mnie trochę żal stąd iść, jechać, restować i czekać na lampę. Ale może i z tym jedzeniem słabo – mięsa już prawie od dwóch tygodni nie jemy, bo konserw nie chciało się nikomu tachać. Może to ma sens? Wojtka bardzo bolą plecy, więc może lepiej odpuścić? A jeśli pogoda już nas nie puści? Zjadamy przygotowaną wczoraj na atak szczytowy czekoladę, a na deser jeszcze zupkę chińską. Aj, a wczoraj wieczór tak ślicznie ta ściana Honbroka wyglądała!
Zapomniałem dodać, że Honbrok oznacza tyle, co „martwy ptak”.

 

 Północne urwisko Honboro

Północne urwisko Honboro, nasza droga wiodła 900 metrową ścianą opadającą z przełęczy

fot. Łukasz Depta

 


Z wycieczki w dolinę, wzmocnieni świeżym mięchem, wróciliśmy nastawieni optymistycznie. Podczas podejścia Andrzejowe „Chłopaki, ależ ta góra jest piękna! Już się nie mogę doczekać!” Rano mimo braku jakiegoś wybitnego mrozu, kończąc wahanie, rozpuszczamy ostatnią puszkę izostaru. Więc to jest to, atak na główny cel. Jest już jasno, gdy wchodzimy w stożek u wylotu pierwszego żlebu. Czołganie przez szczelinę brzeżną, potem łatwe piarżyste półki, poprzetykane jakimiś bardziej wytężającymi ściankami. W jednym miejscu spory kamerdolec przelatuje blisko Andrzeja; trzeba się mieć na baczności. Ze strachu przed złapaniem nas w tym miejscu przez słońce utrzymujemy odpowiednie tempo, lodowiec szybko się oddala. Po dotarciu do rudej turniczki, która, patrząc z dołu, oznaczała połowę ściany, wyjaśnia się wielka zagadka. Więc jednak trawers z tego miejsca w prawo jest możliwy. Pola lodowe górnej części ściany stoją przed nami otworem, kilkadziesiąt metrów bez trudności i za chwilę zakładamy raki. Wojtek jako pierwszy pokonuje stromy kominek, za nim zaczynają się już połacie lodu. W terenie o nachyleniu miejscami 60° balansujemy na przednich zębach raków. Nie ma miejsca na pomyłkę. Za plecami, bezduszna, magiczna przestrzeń. Jaskrawe światło zalewa Karakorum. Pod błękitnym sklepieniem nieba lśniące białe turnie, w dole skryty w cieniu jęzor lodowca. Na 200 metrów przed przełęczą przegrywamy jednak wyścig ze słońcem. Od razu robi się nieprzyjemnie gorąco, a zalegająca już w tym miejscu, na lodzie, warstwa śniegu szybko zamienia się w mokrą breję. Tempo od razu spada, w obawie przed lawiną wyciągamy szpej i dalej ruszamy z lotną. Prowadząc asekurację ze śrub i haków, po kilku długościach liny stajemy na grani. Jest południe. Pierwotne plany uderzania z marszu na szczyt w tym śniegu to raczej absurd. Trzeba przeczekać i iść w nocy, jak trochę zmrozi. Schodzimy na pobliskie szerokie siodło przełęczy, za nim łagodnie wznosi się stok na sześciotysięcznego sąsiada Honboro. Kopiąc jamę śnieżną, w chwilach odpoczynku z niepokojem lustrujemy wznoszące się nad nami, skądinąd nie tak łagodne północno-wschodnie urwisko naszej góry. Jesteśmy dość rozczarowani – miało być łatwo, a tu bardzo stroma, najeżona serakami grań, z których największy to właśnie ten szczytowy, nie do przejścia. Cała nadzieja, że będzie dało się jakoś wytrawersować w lewo, ale tego już nie widzimy. Nie starcza nam cierpliwości na wykopanie porządnego schronienia i jeszcze na długo przed zmrokiem ściśnięci w ciasnym lodowym grobie zapadamy w niewygodny sen. Pobudka o pierwszej, nużąca i niezwykle długotrwała operacja topienia śniegu „na instant”, zamulający smak zamarzniętego snickersa. Już po paru krokach masywny zawód, chyba nawet w nocy nie ma tu betonów. Zapadając się do pół łydki, czasem po kolana, podchodzimy wznoszącym się nad przełęczą małym lodowczykiem. Szukając rozwiązania w nieznanym, trawersujemy ku jego lewemu ograniczeniu. Może za winklem pokaże się jakiś wkaszalny teren? Nie dający zbyt wiele światła, cienki rożek księżyca, wraz z wyraźną strzałą Oriona wkrótce zaczynają blednąć w jaśniejącej z każdą chwilą wschodniej łunie. Skalne zęby Karakorum rozpalają się pomarańczowym światłem. W bladych jeszcze promieniach Wojtek stara się rozgrzać zmarznięte stopy. Siedzimy u podstawy stromej grańki, prowadzącej aż pod szczytowy serak. Z tej perspektywy wydaje się, że będzie możliwe jego obejście po stromym lodzie na południowo-wschodniej ścianie. To już nie więcej jak 400 metrów przewyższenia. Jest piękna pogoda. Na dotarcie tam mamy cały dzień. Zalewa mnie fala optymizmu. Może to też dlatego, że chwilowo nie muszę torować, teraz Andrzej rusza jako pierwszy.

1 | 2 | 3 | 4 | 5 |
Goryonline
 
2018-12-14
Tylko w GÓRACH
 

"Pierwsi i ostatni na stoku"

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-12-13
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (264): "Demawend - góry w Iranie"

Komentarze
0
 
Mateusz Mazur
 
2018-12-12
Tylko w GÓRACH
 

Najlepsze górskie świąteczne prezenty!

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-12-10
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (264): Justyna Kowalczyk

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com