Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2017-08-27
 

Michał Jagiełło - ratownictwo najważniejszy szczyt

Większość z nas na hasło „Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe” reaguje w jeden sposób – przychodzą nam na myśl zapamiętane fragmenty z „Wołania w górach”. Jest to najlepszy dowód na siłę oddziaływania tej książki, która – można zaryzykować takie stwierdzenie – zrobiła więcej dla popularyzacji idei ratownictwa górskiego niż wszystkie inne utwory, filmy i broszurki o TOPR i GOPR razem wzięte. Dlatego też, planując kącik poświęcony TOPR-owi, od razu pomyśleliśmy o wywiadzie z jej autorem – pisarzem, ratownikiem, alpinistą, a obecnie dyrektorem Biblioteki Narodowej, Michałem Jagiełłą.

Głównym tematem rozmowy, jaką z nim przeprowadziliśmy, było naturalnie ratownictwo – poprosiliśmy o osobiste wspomnienia z czasów, kiedy został zawodowym toprowcem, a następnie naczelnikiem Grupy Tatrzańskiej TOPR, a także o jego refleksję nad fenomenem, historią i aksjologią ratownictwa. Oczywiście na łamach GÓR nie mogliśmy pominąć innych wątków z jakże bogatego życiorysu Michała Jagiełły – kariery wspinaczkowej i poświęconej górom twórczości literackiej.

 

Kasprowy Wierch, 2004

fot. Maciej Gąsienica

 

Piotr Drożdż: Michał Jagiełło powiedział kiedyś: „praca w GOPR nie może być zawodem, jak każdy inny, musi być powołaniem”. Zapytaliśmy go, kiedy po raz pierwszy poczuł, że jego powołaniem jest ratownictwo górskie.


Michał Jagiełło: Dokładnie pamiętam ten moment. Byłem wówczas studentem drugiego roku polonistyki i mieszkałem w akademiku „Żaczek” w Krakowie. Wtedy powiedziałem mojemu przy-
jacielowi i współlokatorowi Leszkowi Długoszowi (temu Leszkowi Długoszowi), że chcę związać swoje życie z górami, a najchętniej z Pogotowiem
Górskim.

     Dlaczego pogotowie górskie? Mój związek z górami zaczął się od olśnienia ośmioletniego chłopca widokiem Maczugi Herkulesa, Ojcowa i Pieskowej Skały. To siedziało we mnie tak głęboko, że zacząłem szukać książek o górach. W liceum ogólnokształcącym w Proszowicach wychowawcą mojej klasy był Bronisław Latowski, bardzo dobry turysta górski. Organizował nam wędrówki, najpierw zwiedzaliśmy najbliższą okolicę, później Jurę Krakowsko-Częstochowską, Góry Świętokrzyskie... Bardzo odpowiadało mi, że to poznawanie gór było połączone z wiadomościami o literaturze i historii. Wówczas, również za sprawą mojego wychowawcy, zetknąłem się po raz pierwszy z pismami Mieczysława Karłowicza i Mariusza Zaruskiego. Ich dzieła miały na mnie ogromny wpływ i tak pozostało do dnia dzisiejszego. Kiedy 1 października 1959 roku znalazłem się, jako student polonistyki, w Krakowie, skierowałem pierwsze kroki do środowiska związanego z górami: Studenckiego Koła Przewodników Górskich. Zaprzyjaźniłem się z nieco ode mnie starszym – niestety już świętej pamięci – Januszem Śmiałkiem, który był moim pierwszym partnerem wspinaczkowym i nauczycielem górskim. Równocześnie zainteresowałem się Pogotowiem Górskim i uznałem, że jest to coś niezwykłego.

 

Autor „Wołania w górach” był w grupce pierwszych nie-górali, którzy zostali ratownikami Grupy Tatrzańskiej TOPR.
     Do sekcji tatrzańskiej Studenckiego Koła Przewodników Górskich zapisała się Barbara Cybulska, której ojciec, Jan Cybulski, turysta i działacz, był szefem biura GOPR-u. Poznałem jej ojca, a dzięki niemu Jerzego Ustupskiego, prezesa zarządu GOPR-u, oraz kadrę ratowniczą: Zygmunta Wójcika, Eugeniusza Strzebońskiego, Michała Gajewskiego, wspaniałego Krzysztofa Berbekę i wielu, wielu innych. Zaczęliśmy drążyć sprawę, mieliśmy za sobą Jana Cybulskiego, poparł nas także ówczesny szef Grupy Tatrzańskiej, Zygmunt Wójcik. W rezultacie w 1963 na Hali Kondratowej zorganizowano nam kurs ratownictwa I stopnia. Byliśmy opuszczani w Grammingerze piękną pionową ścianką w grani Długiego Giewontu, tuż powyżej Wrótek. Krzysztof Berbeka zapiął mnie w uprząż i klepnął na drogę. Część z nas na tyle poważnie potraktowała ten kurs, że po odbyciu wymaganych stażów przystąpiła w 1963 roku do ratowniczego ślubowania. Zbigniew Jabłoński, Tadeusz Ewy, Janusz Śmiałek i ja zostaliśmy w Pogotowiu. Z tego „posiewu” wyszło dwóch naczelników GT GOPR – ja i Tadeusz Ewy oraz wielki ratownik, speleolog i taternik Janusz Śmiałek.
     Na początku 1964 roku otrzymałem zgodę ówczesnych władz UJ, aby od początku 1964 roku podjąć pracę w zarządzie GOPR. Zrobiono wówczas coś na kształt zamkniętego konkursu na stanowisko tzw. profilaktyka. Stanąłem do tego konkursu i wygrałem go. Pełniłem rolę rzecznika prasowego całego GOPR-u ze szczególnym uwzględnieniem Grupy Tatrzańskiej. Moim zadaniem było również analizowanie przyczyn górskich wypadków. Siłą rzeczy, pisząc sprawozdania z sezonów ratowniczych i analizy przyczyn wypadków, zacząłem publikować.

 

Krzyszfot Berbeka – (1930-1964) czołowy alpinista polski drugiej połowy lat pięćdziesiątych i pierwszej sześdziesiątych, 1960 – udział w II wejściu na Noszak, które było wówczas polskim rekordem wysokości, 1961 – świetne przejścia w Kaukazie (m.in. I jednodniowe drogi Abałakowa na pn. ścianie Piku Szczurowskiego), 1964 – uczestniczył w pierwszym zimowym przejściu pn. ściany Dent d’Herens, zginął podczas zejścia. Był wybitnym ratownikiem, odznaczony Złotą Odznaką GOPR za śmiały nocny zjazd pn. ścianą Mnicha w 1960 r.

fot. arch. TOPR

 

Michał Jagiełło przyszedł do Pogotowia z nowymi pomysłami. Jego świeże spojrzenie na wiele spraw zostało szybko docenione. Już trzy lata po zaprzysiężeniu, w 1967 roku, został zastępcą naczelnika do spraw profilaktyki i propagandy.
Ponieważ coraz intensywniej się wspinałem, przemycałem do Pogotowia Górskiego pewne nowinki. Na czym to polegało? Relacje ratownicy-taternicy są dosyć skomplikowane i kiedy przyszedłem do Pogotowia, zorientowałem się, że między kadrą zawodową a elitą wspinaczy są jakieś nonsensowne napięcia. Tymczasem dla mnie było jasne, że otwarcie się Pogotowia na środowisko wspinaczkowe jest nieodzowne. Ostatecznie, między innymi i moja osoba okazała się zwornikiem pomiędzy ratownikami i wspinaczami, dzięki czemu w tej chwili sytuacja jest już inna niż 40 lat temu.

     Po śmierci Krzysztofa Berbeki, nastąpił w GT GOPR zauważalny okres wyciszenia wspinaczkowego. Ci, którzy byli kiedyś bardzo aktywnymi, dobrymi wspinaczami – Michał Gajewski, Zygmunt Wójcik, Eugeniusz Strzeboński – przestali się wyczynowo wspinać, ograniczając się do treningów, nieodzownych dla bycia sprawnym ratownikiem. Był to także czas, kiedy taternicy zaczęli lekceważyć ratowników, myśląc, że skoro tamci nie wspinają się hakowo, nie wiszą w okapach Kazalnicy, to w razie wypadku nie będą w stanie nieść pomocy. Jak wiadomo, życie bardzo szybko udowodniło, że ratownicy opanowali nowe techniki. Z czasem taternicy zrozumieli i zaczęli szanować to, że – tak jak na całym świecie – ratownicy stali się wielowarsztatowcami i prezentują przyzwoity poziom w wielu dyscyplinach: od sanitariusza przez narciarza, topografa, przewodnika po taternika i grotołaza.
     Druga nowość, którą wprowadziłem, łączyła się z moim zainteresowaniem taternictwem jaskiniowym. Zorientowałem się, że w kadrze zawodowej TOPR-u jest niewielu ludzi chodzących z własnej woli po jaskiniach. Wykorzystałem fakt, że Janusz Śmiałek, który zaczął się specjalizować w taternictwie jaskiniowym, został zaakceptowany i był lubiany przez zawodowych ratowników. Mieliśmy wspólny program powolnego wprowadzenia grotołazów w środowisko toprowskie i zachęcania młodszych ratowników, żeby zaczęli interesować się jaskiniami.
     Trzecią sprawą, która w zasadzie się nie udała, była chęć wprowadzenia ludzi z czołówki alpinistycznej do służby ochotniczej w GT GOPR. Tak się jednak nie stało, mimo że kadra zawodowa była zaskakująco otwarta. Nie sprawdziło się to z czysto organizacyjnych powodów – zazwyczaj ludzie byli przy pogotowiu sezon, dwa, a później znikali, bo zajmowali się na przykład żeglarstwem lub wspinali się w górach wysokich.

 

W prozie i publicystyce Michała Jagiełły często powraca temat – użyjmy jego własnego określenia – psychologii ratownika. Przede wszystkim opisywał on dylematy naczelnika, który nierzadko musi podejmować niezwykle trudne i brzemienne w skutki decyzje. To szef Pogotowia jest zmuszony decydować, czy kontynuować akcję, która ma małe szanse powodzenia, narażając przy tym ratowników, czy też odwołać poszukiwania, co może się równać skazaniu ratowanych na śmierć. Czy rozpoczynać poszukiwania w przypadku wątpliwego i nieprecyzyjnego zgłoszenia, przy którym można podejrzewać, że poszukiwany w ogóle nie wyszedł w góry. Autor „Wołania w górach” poruszał także temat innego „konfliktu wewnętrznego”, czyli znanego mu z autopsji – konfliktu pomiędzy „duszą” ratownika i wspinacza. Pierwszy raz uświadomił mu ten problem człowiek, którego osiągnięcia i osobowość stanowiły dla niego inspirację, ratownik, a zarazem świetny taternik, Krzysztof Berbeka.
     Bardzo ważna była dla mnie jedna z rozmów z Krzysztofem Berbeką. Był późny wieczór, po zejściu z gór czekałem w Kuźnicach na ostatni autobus do Zakopanego i tam spotkałem Pana Krzysztofa. Pamiętam to dobrze, bo była to jedna z najważniejszych rozmów w moim życiu. Usiedliśmy na ławeczce, a on powiedział:
– Widzę, że chcesz łączyć intensywne bycie ratownikiem z intensywnym, i to sportowym, wspinaniem.

No tak, tak jak pan.
– Ciężko będziesz miał. Po pierwsze, w Pogotowiu nie ma „klimatu psychicznego”, żeby premiować osoby, które się wspinają. Chociażby dlatego, że taki ratownik może zginąć, że trzeba mu dawać urlopy w sezonie. Po prostu szef Pogotowia Górskiego musi dbać przede wszystkim o ratownictwo. Nie jest rozliczany z tego, jak dobrze wspinają się czy jeżdżą na nartach jego ratownicy, tylko z roboty ratowniczej. Ale ważniejsza sprawa leży w psychice. Czasy, mój młody kolego, są takie, że ten, kto chce osiągnąć coś jako alpinista, musi czasem „podkosić” (tak się wtedy mówiło na zrobienie czegoś bez asekuracji lub raczej z marną asekuracją). W przeciwnym razie nie ma szans na przebicie się do czołówki. Równocześnie będziesz tu przez nas tresowany, że masz zapewnić bezpieczeństwo ekipie ratującej. Te sprawy zaczynają się w pewnym momencie kłócić.

– Także – mówił dalej – nieuchronnie zaczniesz znosić z gór swoich znajomych. Jeśli w piątek zniesiesz kogoś z gór, a w niedzielę będziesz chciał iść na tę samą drogę albo na drogę obok, to zobaczysz... Obym się mylił, ale zacznie się to w tobie odkładać... Popadniesz w znieczulicę, co jest przegraną, bo zarówno alpinizm, jak i ratownictwo ma sens, jeśli wypływa z wewnętrznej potrzeby człowieka albo będziesz miał kłopoty. Z samym sobą.

 

I czasem w tych małych górach, które potrafią być tak groźne, jeden człowiek będzie musiał postanowić o odwrocie z akcji i to nie w ciepłym pokoju stróżów moralności i prawa. Oby żaden z nich nie był zmuszony decyzji takiej podejmować.
Michał Jagiełło, Ratownictwo: kiedy zaczynać, kiedy rezygnować. „Życie Literackie” 1974, nr 185.

 

Wśród ratowników, którzy uczyli Michała Jegiełłę ratowniczego fachu są także inne legendarne postacie, które na trwałe zapisały się w historii Pogotowia Górskiego. Poprosiliśmy go o wspomnienie kilku z nich.


Eugeniusz Strzeboński (kierownik Grupy Tatrzańskiej GOPR w latach 1960-1964, taternik, wybitny znawca topografii Tatr i Podtatrza) i Krystyna Sałyga-Dąbkowska (ratownik zawodowy w latach 1961-1981, autorka broszury „Pod znakiem błękitnego krzyża”).

fot. arch. TOPR

 

Ważną postacią był dla mnie Józef Uznański, z którym wiele rozmawiałem w czasie wspólnych dyżurów. Był interesującym i inteligentnym człowiekiem, otoczonym legendą okupacyjną. Józef był genialnym narciarzem-stylistą. Mimo że nie był już młodzieniaszkiem, jego narty to był prawdziwy balet. Potrafił również znakomicie przystosować się do nowej techniki, jaką był zestaw alpejski, czyli Gramminger. Imponował mi jego spokój w czasie akcji i na treningach.
     Inną ważną postacią był oczywiście Eugeniusz Strzeboński. Szanowałem jego wybitną znajomość topografii oraz to, że swego czasu dobrze się wspinał (był między innymi partnerem Jerzego Hajdukiewicza). Ponadto podziwiałem jego legendarny „nos”, który pomagał mu decydować, kiedy idziemy na akcję, a kiedy nie uruchamiamy ratowniczej karuzeli, ponieważ poszukiwany pije wódkę albo poszedł gdzieś z dziewczyną.
     Eugeniusz był obdarzony niezwykłym talentem, w terenie posiadał jakiś rodzaj wewnętrznego „radaru” i niezwykłe wyczucie konfiguracji ściany. Nigdy nie popełnił błędu i podejmował optymalne decyzje. Wychodził na szczyt, na przykład na Mięguszowiecki, chodził tam i z powrotem swoim trochę niedźwiedziowatym krokiem, po czym wskazywał palcem i mówił: „tu”. To oznaczało, że w tym miejscu trzeba założyć stanowisko. Było to o tyle istotne, że gdy już założyło się stanowisko i zaczęło opuszczać ratownika na stalowej lince, to nie miał on zbyt wielkiego pola manewru. Jeśli chciał trafić na oczekującego pomocy taternika, to powinien być to zjazd idealnie w pionie. Wahadła były nieprawdopodobnie niebezpieczne, chociażby z powodu możliwości zrzucenia przez linę kamieni.
     Strzeboński miał jednak dosyć skomplikowaną osobowość i miałem z nim powikłane relacje. Wynikało to stąd, że on zaczął mnie w pewnym momencie traktować jako konkurenta. Mimo że jeszcze się wtedy tego nie spodziewałem, on jakoś wyczuwał, iż kiedyś mogę zostać poproszony przez kadrę zawodową, bym został szefem. I był jakby na zapas trochę o to zazdrosny. Wiele nauczyłem się od Michała Gajewskiego – kiedyś rzetelnego wspinacza, partnera Zbigniewa Korosadowicza.

1 | 2 | 3 |
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-11-20
Tylko w GÓRACH
 

Nowe GÓRY już jutro, a w nich Lhotse zimą Krzysztofa Wielickiego!

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-15
Tylko w GÓRACH
 

Kinga Baranowska - Lekcja pokory na Nanga Parbat

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-12
Tylko w GÓRACH
 

W zimowym numerze GÓR: mroźna północ Finlandii

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-10
Tylko w GÓRACH
 

Arwa Tower - uderzenie błyskawicy

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-09
Tylko w GÓRACH
 

W zimowym numerze GÓR: skiturowy trawers Tatr Wysokich

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com