facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-07-16
 

Maja Vidmar: jest super!

Maję cechuje niewiarygodna wytrzymałość, a jej „stalowe” palce potrafią przytrzymać (i zrestować się) na najmniejszych chwytach.
Z Mają rozmawiała: Martina Čufar

Maja Vidmar jest najbardziej utytułowaną słoweńską zawodniczką. Trzydzieści razy stawała na podium w seniorskich zawodach międzynarodowych, a 10 razy wygrywała zawody Pucharu Świata. W 2007 roku zwyciężyła w generalnej klasyfikacji Pucharu, była trzecia w Mistrzostwach Świata w Aviles i druga w Mistrzostwach Europy w Paryżu.

Maję cechuje niewiarygodna wytrzymałość, a jej „stalowe” palce potrafią przytrzymać (i zrestować się) na najmniejszych chwytach. Kompozytorzy dróg zdają sobie z tego sprawę, toteż pod koniec drogi lubią przykręcić kilka stopni zamiast chwytów, dzięki czemu Maja musi się chociaż trochę postarać. Prawda jest jednak taka, że nie palce ze stali, ale żelazna wola i motywacja do wyczerpujących treningów stanowią o wielkości Mai. Im trudniejsza jest sytuacja, tym więcej entuzjazmu i ekscytacji zobaczycie w jej oczach. No i wszystko skwituje jednym powiedzeniem: „Jest super”.


Na podium lokalnych zawodów, grudzień 2008

Martina Čufar: Zacznijmy od kontuzji, której nabawiłaś się w ubiegłym sezonie, a która nękała cię przez 3 miesiące. Jak to się stało?

Maja Vidmar: To było w okresie przygotowawczym w kwietniu. Trenowałam jak zwykle, ale któregoś dnia obudziłam się, czując ból w serdecznym palcu prawej ręki. Jednak nie potraktowałam serio tego sygnału ostrzegawczego. Tak naprawdę ten palec bolał mnie, chociaż w inny sposób, przez prawie cały sezon 2007, ale nauczyłam się tak układać pace na chwytach, żeby nie czuć bólu (dokładałam do niego mały palec). Dlatego też w tym momencie pomyślałam sobie: „I co z tego. Bolało mnie cały sezon. Nie powstrzyma mnie to od trenowania! Będę dalej ładować! Na pełnym gazie!” Jednak przyszedł taki dzień, że było tragicznie! Nie mogłam nawet przytrzymać się klam! Od razu udałam się do fizjoterapeuty. Okazało się, że mam poważne zapalenie i naderwanie ścięgna. Na początku byłam optymistką i wydawało mi się, że będę się wspinać za dwa tygodnie, jednak fizjoterapeuta ostrzegał mnie, iż może to potrwać dłużej, mimo że moje ciało szybko się regeneruje. Ostatecznie rehabilitacja trwała 3 miesiące! Przez ten czas miałam prawdziwą depresję, nie miałam energii. Próbowałam zaczynać wcześniej, ale palec wciąż bolał, więc musiałam być cierpliwa.

Wznowienie treningów po trzech miesiącach było trudne z fizycznego punktu widzenia. Wprawdzie cały czas robiłam ogólnorozwojówkę, żeby nie zaczynać od zera, ale mój poziom wspinaczkowy był naprawdę niski. Z drugiej strony byłam niezwykle zmotywowana! Nie mogłam się wręcz doczekać każdego następnego treningu! Wspinanie bez uczucia bólu sprawiało mi ogromną frajdę! Z moim trenerem Romanem opracowaliśmy plan pod tytułem „wszystko albo nic” – jego celem było przygotowanie mnie do występów w Pucharze Świata w ciągu półtora miesiąca. Treningi były naprawdę wyczerpujące. W ciągu tego czasu zrobiłam tę samą objętość, co zwykle w ciągu trzech miesięcy. Zdarzało się, że do domu wracałam po prostu „zmasakrowana”, ale lubiłam to uczucie, bo zdawałam sobie sprawę, że w ten sposób robię podbudowę pod następny ostry trening. Okazuje się, że silna wola może czynić cuda. Z tygodnia na tydzień moja forma szła w górę i ciągle nie mogę uwierzyć, że w tak krótkim czasie byłam w stanie osiągnąć taki poziom!

Prawie cały czas trenujesz w niewielkiej bulderowni. Jak to jest, że po 11 latach nie masz dosyć tej małej ścianki?

Hmm, sama nie wiem. Nie myślę o tym, po prostu jestem do tego przyzwyczajona. Trening to dla mnie Poden (nazwa ścianki). Nigdy nie mam jej dość.

A gdybyś nie startowała w zawodach?

Oj, wtedy nigdy nie przyszłoby mi na myśl, żeby codziennie chodzić do Poden. Jeździłabym w skały. Skały są super! Natomiast kiedy trenuję pod zawody, to nie biorę pod uwagę innych możliwości niż Poden. Lubię tę ścianę, a Roman układa na niej fajne drogi, po których naprawdę lubię się wspinać. Mimo to chciałabym więcej jeździć w skały. Ostatnio, kiedy byłam na noworocznych wakacjach w Hiszpanii – było super. Biorąc pod uwagę, że w tym roku kalendarz zawodów na trudność trochę się przesunął i pierwsza edycja jest później niż zwykle, chyba zrobię sobie przerwę od ładowania na panelu i wrócę do Siurany. Dużo czasu na wspinanie skalne będę miała, kiedy skończę karierę zawodniczą. Mam w głowie tyle pomysłów, że raczej nie muszę się obawiać nudy.

Roman jest twoim trenerem od samego początku. To już 11 lat! Jak układa wam się współpraca?

Roman od samego początku dostrzegł mój potencjał. Przez te wszystkie lata poznał mnie naprawdę dobrze i wiedział dokładnie, jaka dawka treningu jest dla mnie optymalna. Pisał dla mnie programy treningowe i układał drogi. Pod tym względem mam do niego stuprocentowe zaufanie. Tak naprawdę nie musiałam o niczym myśleć. Po prostu przychodziłam na trening i on mówił mi, co mam robić. Mimo to po przyjacielskiej rozmowie, jaką niedawno odbyliśmy, zadecydowałam, że w tym sezonie spróbuję trenować sama. Potrzebuję nowego wyzwania. Nasz układ trochę się wyczerpał i czuję, że potrzebuję odmiany. Chcę być samodzielna, a znam siebie na tyle dobrze, że mogę być dla siebie dobrym trenerem. Zobaczę, jak to wyjdzie.

Od 2007 roku wspinasz się i trenujesz w systemie 7-1 (7 dni wspinania i 1 odpoczynku). Nie wydaje mi się, żeby było wielu wspinaczy, którzy byliby w stanie to wytrzymać. Kiedy poczułaś, że jesteś w stanie wspinać się w tak szaleńczym rytmie i czy uważasz, że to przyczyniło się do sukcesów w twoim wymarzonym sezonie 2007, kiedy wygrałaś sześć edycji Pucharu Świata pod rząd?

Taki trening naprawdę mi odpowiada. To świetna sprawa, że mogę się tak dużo wspinać w tygodniu. Wcześniej, kiedy wspinałam się pięć albo trzy dni w tygodniu (na początku sezonu, kiedy robiłam ogólnorozwojówkę), nie mogłam trenować na tak wielu różnych długościach dróg. Wtedy robiłam na przykład dwa razy „trzydziestki” (drogi z 30 ruchami) i trzy razy długie „siedemdziesiątki”. Teraz mogę jeszcze dodać „pięćdziesiątkę” i „sześćdziesiątkę”. To mnóstwo treningu, ale czuję, że stać mnie na to. I prawda jest taka, że siódmego dnia wcale nie jest tak, że nie mogę się już doczekać restu. Raczej myślę sobie: „Ok, jutro się nie wspinam, więc zrobię coś innego czy udam się tam, czy tam”.

Trening 7-1 jest istotny, ale nie jest podstawowym czynnikiem, który zadecydował o moim sukcesie. Przede wszystkim „odnalazłam się” w zawodach. Zyskałam pewność siebie. Zaczęłam wierzyć, że mogę wygrywać. Kiedy udało mi się to po raz pierwszy, otworzyły się przede mną drzwi do sukcesu. Dodało mi to skrzydeł. Nawet jeśli na treningach nie szło mi dobrze, potrafiłam przekonać samą siebie, że na zawodach będę się w stanie skoncentrować, zacisnąć zęby i „walczyć na śmierć”. Udało mi się wypracować odpowiednie nastawienie do startów...

Ciąg dalszy wywiadu w: GÓRY, nr 5 (180) maj 2009.

Zapraszamy do lektury!
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Maciek Szopa
 
2018-07-21
GÓRY
 

Bardzo dobre warunki na K2 - 31 osób na szczycie

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com