facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2017-12-02
 

Krzyk kamienia

Usiadłem w dziesiątym rzędzie, tuż przy samej krawędzi. Właśnie zaczęła się premiera filmu, na który długo czekałem. Cały seans siedziałem w skupieniu, zaciskając co jakiś czas dłonie. „Krzyk Kamienia” Wernera Herzoga to historia zdobywania Cerro Torre, jednej z najtrudniejszych gór świata. 

Jednak dla mnie równie ważny był wątek Rocci, doświadczonego alpinisty, walczącego nie tyle z górą, co z własną frustracją. Przez swoją rozterkę i motywację stał się mi bliski i realny. Po zakończeniu filmu do późna w nocy trenowałem na panelu. Przysięgłem sobie wtedy, że kiedyś spróbuję wspiąć się na Cerro. Przez kilkanaście lat zmieniło się wiele, choć pewne rzeczy zostały bez zmian. Skupiłem się na wspinaniu, które stało się ścieżką mojego życia. W zasadzie podporządkowałem mu całe życie. Przypomniałem sobie wtedy ten wieczór w kinie. Poczułem, że nadszedł już czas. Napisałem maila do „Krzykacza”, nie musiałem go długo namawiać. Jeśli chodzi o wspinanie, rozumiemy się bez słów. Tak było i tym razem: postanowiliśmy wybrać się do Patagonii.

 

Marcin Tomaszewski podchodzi pod lodowe wyciągi Ice Tower


Bridwell Camp,
Patagonia argentyńska styczeń 2006

 

Wrzucam do gara kolejną porcję obiadową. „Krzykacz” jak zwykle zniknął gdzieś z poznanymi godzinę temu dziewczynami. Ja jak zwykle zamykam się w sobie. Cholera, znów żarcie ostygnie. Mieszam bulgoczącą papkę i wskakuję z mp3 na slacka. Tylko na chwilę, żeby jedzenie się nie przypaliło. Sam nie wiem, jak to się dzieje, że te dni tak szybko płyną. Dziś Cerro już od samego rana ma zły humor, więc nawet nie wychodzę na morenę. Gdy kończę w milczeniu swoją porcję, nagle pojawia się Krzychu i wrzuca w siebie zawartość menażki. W międzyczasie macha rękoma, wylewając z siebie potok słów. Kurde, ale facet ma energię. Po chwili zabiera muzykę i też wskakuje na slacka, rzucając przez ramię coś o dobrej żonce.

 

 

Slackline był świetnym sposobem na zabicie nudy. W akcji „Krzykacz”.

 

Jezu, zwariować można od tego czekania. Hiszpanie kolejny dzień wydeptują ścieżkę na morenę widokową, kilka razy dziennie sprawdzają samopoczucie góry. Znów kciuk skierowany ku ziemi i opuszczone głowy mówią wszystko. Na ich barometrze ciśnienie przez cały miesiąc idzie w dół, sam nie wiem jak to możliwe, gdzie się kończy skala? Chavier i Sergio załapali ostatnio doła. Chłopaki uśmiechają się już tylko przy „Terminatorze” – winie w kartonie. Wieczorami zwykle siadamy i wydzieramy się na cały camp. Wino Tinto – gdyby nie ono, chyba byśmy już dawno zwariowali. Tylko Amerykanie czują się jak u siebie, lato na Alasce, potem zima w Patagonii, nigdzie się nie spieszą, nic ich nie ciągnie do domu. Wspinają się głównie po skalnych ścianach Fitz Roya od strony lodowca Cerro Torre. W sumie całkiem niezły pomysł: tam zwykle świeci słońce. Jeśli jednak dysponuje się ograniczonym czasem i chce się wejść na Cerro, trzeba podwinąć ogon i czekać. Nie ma innej rady. A to czekanie przygniata.

 

Zbyt długie czekanie na „okienko” kończy się właśnie tak...

 


Powrót do przeszłości

Wróćmy jednak do pierwszych dni w Argentynie. Gdy wreszcie odzyskaliśmy zagubiony przez linie lotnicze wór transportowy, ruszyliśmy autobusem z Calafate do Chalten. Ta mała wioseczka jest jednym z ważniejszych punktów w całej Patagonii. To stąd rozchodzą się drogi pod Fitz Roya i Cerro Torre. Można tam bez problemu zrobić zakupy i sprawdzić pocztę, płacąc plastikową kartą!

 

Rekonesans. Kilka godzin dreptania po morenie lodowca i decyzja dokończenia drogi Proctor – Burke na wschodniej ścianie. Przyznam się, że na widok 300-metrowego zacięcia Brytyjczyków obleciał mnie strach. Off-widh wyceniony na A4. Czego można się spodziewać po czymś takim? Tego dnia rozprawiamy się też z dylematem: łatwo na Fitzu czy krucjata na Cerro. Decyzja jest jednogłośna: krucjata. I tak się to zaczęło.

 

Transport sprzętu pod ścianę lodowcem Torre. Przez kilka pierwszych dni uczyliśmy się

najkrótszej drogi pomiędzy szczelinami.

 

 

Przez kilka następnych dni, podczas których pogoda była całkiem znośna, przetransportowaliśmy 150 kilogramów sprzętu do koleby w Biwaku Norweskim. Górski callanetics dał się nam we znaki. Zwłaszcza „Krzykaczowi”, któremu zaczęło odzywać się kolano. Musieliśmy znaleźć na to sposób. Drogę podzieliliśmy więc na 5 etapów i na każdym spotykaliśmy się na kilkudziesięciominutowego resta. Wejście na lodowiec, przed trawersem, po lodzie, pod moreną i na biwaku norweskim. Dobrze je pamiętam, trasę tę przeszliśmy wiele razy. Po pięciu dniach od naszego przyjazdu w końcu pogoda siadła na poważnie i długo. Pozostało nam tylko czekanie. Przez kolejne kilka tygodni nasze życie toczyło się na campie.

 

 

Biwak Norweski pod spiętrzeniem wschodniej ściany Cerro Torre. Tutaj w kolebach i na małych
platformach biwakowych wspinacze oczekują na poprawę pogody.

 


Próba i myśli...
W trakcie jednej z wizyt w Chalten, gdy wracaliśmy po północy z knajpy do pokoju, zamajaczyły nam nad głowami gwiazdy. Pamiętam, jak spojrzeliśmy po sobie i ryknęliśmy śmiechem. Podpucha, żartowaliśmy sobie, już dobrze znaliśmy tamtejsze klimaty. Jasne, że poducha – śmialiśmy się przez pół drogi. Podpucha? Zanim poszliśmy spać, stały już przy naszych łóżkach dwa sprawiedliwie spakowane plecaki. Podpucha, nie podpucha, każdą szansę trzeba wykorzystać. Minęło kilkadziesiąt godzin. Niestety, w trakcie wspinaczki ścianą pogoda znów z nas zadrwiła i zmusiła do odwrotu.

 

Do domu, czyli do campu, bo ani myśleliśmy rezygnować. Tymczasem Cerro zachowywało się niesfornie. Odsłaniało się na chwilę, pokazywało cały swój urok w słońcu, by potem schować się na wiele dni w chmurach. Uzmysławiało nam, jakie jest niedostępne, a z drugiej strony zachęcało do walki, którą na pewno warto było podjąć. Czas powrotu zbliżał się wielkimi krokami, coraz częściej myślałem o zbliżającej się porażce. Zastanawiałem się, czy nie warto było pójść na Fitz Roya. Natrętne myśli nie dawały mi spać czasem całą noc. Tak jak Hiszpanie coraz częściej przesiadywałem samotnie na morenie, wpatrzony w zachmurzoną ścianę. Coraz częściej w myślach rozmawiałem z nią, coraz bardziej wydawała mi się niedostępna. Myśli, myśli, myśli to nic dobrego, a ja coraz bardziej w nich tonąłem. Przypomniałem sobie Roccie...


 

1 | 2 |
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-12-18
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszym numerze GÓR (259): Terlecka i Oczko

Komentarze
0
 
Mateusz Mazur
 
2017-12-14
Tylko w GÓRACH
 

Krzysztof Wielicki: w czym na K2 zimą?

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-14
Tylko w GÓRACH
 

W następnym numerze GÓR: Gra o K2

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-13
Tylko w GÓRACH
 

W specjalnym numerze zimowym(258) : ISTRIA NA CZWARTĄ PORĘ ROKU

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-11
Tylko w GÓRACH
 

Zillertaler Runde na nartach - w najnowszych GÓRACH

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com