facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2017-12-23
 

Kraina Matterhornów – powroty

Co zrobić kiedy jeden szczyt matterhornopodobny wygląda zupełnie jak drugi, zaraz obok? Mick Fowler wszedł na Kajaqiao tylko po to, żeby zorientować się, że szczyt, który w rzeczywistości chciał zdobyć, znajduje się obok. Musiał więc po prostu spróbować jeszcze raz.

Wyjrzeliśmy wraz z Chrisem Wattsem przez okno naszego hotelu w Nagchu. Jest to małe miasteczko, ale na wysokości 4500 m n.p.m. Temperatura uparcie oscylowała poniżej zera, a podmuchy wiatru unosiły na podwórku kłęby śniegu. Na chodniku grupa mocno opatulonych pasterzy jaków w charakterystycznych lisich czapach parła pod wiatr. Był 17 października. Do zimy pozostało kilka miesięcy. Szczyt Kajaqiao, na który zamierzaliśmy się wspiąć, znajduje się na wysokości 6447 m n.p.m., to jest jakieś 2000 metrów wyżej. Zastanawialiśmy się, jakie będą tam warunki?

 

 Widok na Manamcho z Peak 5935, który zdobyli Steve Burns i Ian Cartwright

Widok na Manamcho z Peak 5935, który zdobyli Steve Burns i Ian Cartwright

fot. Mick Fowler

 

Kajaqiao leży we wschodniej części rejonu Nayinqantangla, około dwóch dni jazdy na zachód od Lhasy. Jest to oficjalnie zamknięta część Tybetu i aby dostać się tam, potrzeba wielu pozwoleń. Najczęściej nie są one wydawane aż do ostatniej chwili. W związku z tym wizyty w tym rejonie jeszcze przed wylotem łączą się z dodatkową niepewnością. W roku 2004 na 17 godzin przed naszym odlotem z Londynu dowiedzieliśmy się, że ponieśliśmy porażkę w biurokratycznym starciu. Czuliśmy jednak, że jest w tym coś szczególnego, co ostatecznie miało się opłacić. I opłaciło. W połowie roku 2005 China Tybet Mountaineering Association (CTMA) zapewniło pozwolenia od policji, armii, lokalnego gubernatora, pekińskich biurokratów i kilku innych. I tak oto, uzbrojeni w dziewięć osobnych pozwoleń, przyglądaliśmy się scenie na ulicy Nagchu.

 

Niepohamowaną potrzebę odwiedzenia tej części świata wzbudziło w nas zdjęcie zrobione przez japońskiego podróżnika Tamotsu (Toma) Nakamurę. Góry wyglądały fantastycznie. Ciekawość budziła także etniczna mieszanka, którą mieliśmy zastać na miejscu. Adam Thomas i Phil Amos byli członkami jednej z pierwszych grup obcokrajowców, którzy byli tam wcześniej. Ich entuzjazm i chęć powrotu sprawiły, że zdecydowaliśmy się na wspólny wyjazd. Tom, jak zawsze pomocny, dostarczył nam dokładne mapy wraz ze zdjęciami wykonanymi przez dwie japońskie wyprawy rekonesansowe.

 

 Kajaqiao z okna samolotu podczas podrózy z Lhasa do Chengdu

 Kajaqiao z okna samolotu podczas podrózy z Lhasa do Chengdu

fot. Mick Fowler

 

250-kilometrowa polna droga z Nagchu do centrum regionu, czyli Lhari, sławna z dzikich scenerii, jaków, wzbudziła dla mnie szacunek dla możliwości samochodów z napędem na cztery koła. Po całym dniu jazdy zaskoczeniem dla nas była nagła zmiana tego duktu w szeroką czteropasmową autostradę z lampami i sklepami z witrynami po obu stronach ulicy. Bez dwóch zdań nietrudno było dostrzec wpływ Chińczyków w Lhari. Na chodniku grupa koczowników z tradycyjnymi płaszczami z jaczej skóry i czerwonymi przepaskami wplecionymi w kruczoczarne włosy była zajęta cięciem jaka za pomocą siekiery. Zdaje się to być dobrym symbolem dwóch kultur, usiłujących żyć obok siebie. Szwajcarski zespół zmuszony był wycofać się stąd w roku 2004. Nie pozostawało nam nic innego, jak trzymać mocno kciuki, kiedy surowo wyglądający policjant przyglądał się bacznie stercie pozwoleń okazanych mu przez Tenzinga. Jego tajemnicze spojrzenie niewiele nam mówiło. Niemniej rozstaliśmy się, kurczowo trzymając w ręce list polecający głowie lokalnej wioski zorganizowanie transportu naszego sprzętu do bazy. Wydawało się to dziwne, że  konieczny był list policyjny, nakazujący lokalsom udzielenie nam pomocy. Wytłumaczono nam jednak, że zbieractwo grzybów gąsienicowych, popularnego chińskiego afrodyzjaku, dawało lokalnym społecznościom na wiosnę tyle dochodów, że bez małej „perswazji” ze strony lokalnych władz mogliby nie być zainteresowani pracą w charakterze naszych tragarzy.

 

 Ulice Lhari

Ulice Lhari

fot. Mick Fowler

 

Jakieś 35 kilometrów od Lhari, na łące nad piękną rzeką Yigong Tsangpo, znajduje się wioska Tatse. Miejscowi pamiętali jeszcze rekonesansowe wyprawy Japończyków. Młodzież była przyjazna i zainteresowana naszymi planami. Starsza kobieta z niepokojem w głosie powiedziała nam, że już nigdy nie przestanie padać śnieg, jeżeli tylko ktokolwiek stanie na szczycie. Młodzi byli jednak entuzjastycznie nastawieni do udzielenia nam pomocy. Tragarze przybyli na motocyklach, co nie zdarzyło mi się nigdy dotąd, a potwierdzało to, czego dowiedzieliśmy się wcześniej na temat ich zamożności. Przez pierwsze kilka mil podejścia wlekliśmy się za grupą hałasujących motocykli. Po jakiś sześciu godzinach dotarliśmy do miejsca, w którym bazę założyli Japończycy. Jedynym dowodem ich bytności było kilka platform na namioty, które ochoczo zajęliśmy. Tragarze byli świetni, a my byliśmy niezwykle wdzięczni za pomoc, jakiej udzielili nam przy budowie kuchni, bowiem na wysokości 4800 m nasze głowy boleśnie pulsowały.

 

Ranek obudził nas 25 centymetrami świeżego śniegu. Było znacznie zimniej niż się spodziewaliśmy. Do tego stopnia, że jajka, które zostały wniesione z największą ostrożnością, zamarzły i… miały takimi pozostać do końca pobytu. Aklimatyzacyjne wypady ujawniły, że czoło doliny zdominowane było przez dwie góry –  Kajaqiao 6447 m n.p.m. i Manamcho 6246 m n.p.m. Ilość śniegu stanowiła poważny problem. Zanim byliśmy gotowi do akcji spadł metr świeżego puchu. Nie byłby to problem, gdyby na zmianę przychodziła odwilż i silny mróz. Jednak, kiedy temperatura stale utrzymywała się poniżej zera, śnieg narastał jako miękki puch.

 

Spotkanie kultur w lhari. Uliczny handel mięsem z jaka

Spotkanie kultur w lhari. Uliczny handel mięsem z jaka

fot. Mick Fowler

 

Zła pogoda i głęboki śnieg na tyle nas spowolniły, że dotarcie do podstawy naszej drogi na wysokości 5300 m zajęło nam dwa dni ciężkiego torowania. Pierwszy biwak był wyjątkowo wygodny. Wbici w grań na żebrze, składającym się z serii gładkich połogich płyt, byliśmy zaskoczeni, że udało nam się wyciąć tak wygodną półkę pod namiot. Ze względu na ogromne ilości miękkiego śniegu, w jakim zmuszeni byliśmy się poruszać, dzień należał do wykańczających. Techniczne brodzenie – to najlepszy opis tego, co robiliśmy – nie jest moim ulubionym stylem wspinaczkowym. Ale chociaż poruszaliśmy się do przodu. Skąpani w popołudniowym słońcu, chłonęliśmy każdy jego promień i relaksowaliśmy się we wnętrzu namiotu. Aż po horyzont rysowała się przed nami miriada niezdobytych szczytów. Tymczasem na dole obserwowaliśmy, jak Adam i Phil, ledwo widoczne punkty, przemieszczali się przez morze lodu i śniegu, które rozdzielało zachodnią stronę Kajaqiao i Manamcho. Nad nami teren robił się bardziej stromy, co cieszyło nas, gdyż nie zalegał tam śnieg. Problemem jednak stały się odcinki, które wyglądały łatwo, a w istocie były to połogie granitowe płyty, pokryte grubą warstwą puchu. Dzień należał do tych, w czasie których wymagana jest ostrożność. Nie spotkaliśmy wyjątkowych trudności, jednak wszystko sprawiało wrażenie niezwykle delikatnego i niepewnego. W pewnym momencie wybełkotałem nawet ciche „uważaj!” w terenie, po którym przeszlibyśmy szybko, gdyby tylko śnieg był dobrze zmarznięty. Dzień upłynął nam na powolnym i uważnym wyszukiwaniu drogi. Biwakowaliśmy na żebrze, stanowiącym lewe ograniczenie głównego kuluaru.

 

Doświadczenie i determinacja są najprawdopodobniej dwoma najważniejszymi czynnikami, które decydują o sukcesie lub o porażce w górach wysokich. Przywitał nas blady i wietrzny świt. Nasz ponury i niepewny zespół wystawiony został na próbę, kiedy w dygotach i drgawkach staraliśmy się giełgać do góry najlepszą z linii. Góry jednak nas zaskakują i to stanowi o ich pięknie. Bardziej stromy teren znajdował się blisko wywianej strony grani i w miarę jak zwiększał się kąt nachylenia ściany, warunki śniegowe stawały się lepsze. Mogliśmy poruszać się szybciej i już po południu czuliśmy na karku znany nam dobrze, charakterystyczny dla grani wiatr. Dalszy wybór drogi był trudny. Na nawietrznej stronie wiatr był gwałtowny, a teren trudny technicznie. Tymczasem na zawietrznej problem stanowił stromy puch. Klucząc między jedną a drugą stroną przed zachodem słońca, dotarliśmy do bardziej połogiego terenu nad wyraźnym serakiem.

 

 Na stoisku z biżuterią można kupić ludzką czaszkę

Na stoisku z biżuterią można kupić ludzką czaszkę

  fot. Mick Fowler

 

 -Pora na jamę śnieżną – Chris starał się przekrzyczeć szalejący wiatr.

Patrząc na to z boku, wszystko skończyło się śmiesznie: Chris wylądował w śnieżnej jamie, ja natomiast w namiocie na zewnątrz. Szczęśliwie wiatr jakby osłabł, a wraz z nim znikły moje obawy, że bez dociążającego namiot partnera pofrunę z podmuchem wichru.

 

 Negocjacje z poterami

Negocjacje z poterami

fot. Mick Fowler

 

Kawałek półki, na której stał namiot, miał kształt wulkanu. Owinąłem się dookoła niego, w najbardziej wygodny z możliwych sposobów i przez jakiś czas wszystko było dobrze. Nagle miałem wrażenie, jakby mój mały wulkan wybuchł i uniósł mnie w powietrze. Poczułem, że moja twarz przylega mocno do czegoś twardego i zimnego. Szczęśliwie miałem zawieszoną na szyi czołówkę. W bladym świetle zobaczyłem, że namiot znajdował się do góry nogami, a zimne elementy na mojej twarzy to skrzyżowane pręty, które normalnie powinny znajdować się nade mną. Instynkt nakazywał mi jak najszybciej uciec z tego klaustrofobicznego miejsca. Jednak najpierw należało dokonać kilku innych czynności. Kiedy wkładałem buty, natknąłem się na wewnętrzne botki Chrisa. Najwyraźniej, wchodząc do swojej jamy, musiał włożyć jedynie skorupy. Jasne było, że na namiot zjechała tafla śniegu. Co jednak stało się z jamą? W razie jakiegokolwiek  problemu Chris potrzebowałby swoich botków. Po tym jak zlokalizowałem zamek wejściowy do namiotu, stanąłem na jego ściance, klnąc na okoliczności, które spowodowały, że rozłączyliśmy się i zacząłem przeglądać stok nade mną w poszukiwaniu jamy. Po dwóch wejściach, które wykopaliśmy zeszłego wieczoru, nie pozostał żaden ślad. Zabezpieczyłem rzeczy najlepiej jak mogłem i rozpocząłem poszukiwania wejścia. Zaledwie po kilku krokach usłyszałem zadziwiająco głośny i naglący krzyk:

– Fowler! Fowler!

A później, kiedy nawiązaliśmy kontakt przez małą dziurę:

– Utknąłem. Kur…  mocno. Wyciągnij mnie stąd.

Część jamy śnieżnej runęła, przygniatając zdezorientowanego Chrisa. Z zewnątrz mogłem go wyciągnąć,  łapiąc go za rękę. Na sam widok wąskiej, częściowo zasypanej jamy, którą oświetlała blada wiązka światła mojej czołówki, czułem uścisk w żołądku. Mogłem jedynie wyobrażać sobie, jak przerażające musiało być wiercenie się w ciemnościach w tak ciasnym miejscu ze świadomością, że może dojść do kolejnych osuwów, nie wiedząc, gdzie jest góra, a gdzie dół.

 

1 | 2 |
Mateusz Mazur
 
2018-09-18
Tylko w GÓRACH
 

Wspinaczka z dołem - jak oswoić loty? Radzi psycholog Ola Piechnik

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-09-17
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (263): "Andrej Štremfelj - za głosem serca"

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Mateusz Mazur
 
2018-09-11
Tylko w GÓRACH
 

Jak oddychać, by zwiększyć swoje wspinaczkowe możliwości?

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com