facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2018-04-19
 

Kirgizja - opowieść raczej horyzontalna

Cała nasza historia zaczęła się, gdy ktoś z ekipy odgrzebał artykuł z opisem wejścia na Chan Tengri. „Ha – pomyśleliśmy – to będzie cel godny naszego mistrzostwa. Jedziemy tam, gdzie nas jeszcze nie było. Kirgistanie, nadchodzimy!”

Po kilku dniach, plan uległ zmianie za sprawą Zbysia, który stwierdził, że na Chanie było już kilka tysięcy ludzi i to żadna radocha dreptać śladami tysięcy? Zróbmy coś nowego, zróbmy jakąś „dziewicę”... Znaczy zdobądźmy jakąś górę dotychczas nie zdobytą;) Pomysł chwycił, wszyscy zainteresowani przyklasnęli, a Zbysio zabrał się za niezbędne w takim wypadku badania naukowe, których wyniki miały stać się podstawą naszego końcowego sukcesu gdzieś tam na szczytach nie potraktowanych jeszcze dziabą wspinacza. Z czasem Zbyś z dumą przedstawił nam wyniki swoich dociekań. Jedziemy „tam” – pokazał na mapie – i tak poznaliśmy nazwę Dolina Kaindy, leżącą na południe od Inylczek City i bazy Mayda-Adyr (nazwy znane dobrze wszystkim „doszłym i niedoszłym” zdobywcom Chan Tengri i Piku Pabiedy). Według zapewnień pewnej Kirgiskiej Agencji z siedzibą w Biszkeku, miały tam czekać łatwe śnieżne zbocza, wyprowadzające na niezdobyte wierszyny o wysokościach powyżej 5000 m n.p.m. Zapowiadało się pięknie – egzotyczna wycieczka, łatwe bujanie się po dużych górkach, a potem powrót w glorii i chwale zdobywców gór dzikich, wielkich, strasznych i nieznanych;)

 

 2005 Lodowiec w bocznej dolince Doliny Kainda

 2005 Lodowiec w bocznej dolince Doliny Kainda

fot. Wojtek Grzesiok


Pozostało nam tylko dojechać do Biszkeku, gdzie mieliśmy wpaść w objęcia Agencji, która bezpiecznie przetransportuje nas przez ten dziki i leżący na krańcu globusa kraj (wiem globus nie ma krańców, ale ładnie brzmi;). Pierwsza w życiu podróż do Moskwy i dalej rosyjskimi kolejami wydawała mi się wyczynem ekstremalnym najwyższego sortu. Uczyliśmy się szybko, i języka, i alfabetu, i paru ważnych rzeczy takich jak – uśmiechać się do wszystkich, pomagać starszym, opowiadać dużo o sobie i utyskiwać na wyjście z polski Armii Wyzwolicielki (utyskiwanie konieczne w obecności specnazowców, którzy czas spędzony w Legnicy wspominają jak najlepsze chwile dzieciństwa). W Biszkeku naszą ekipę zjednoczył UAZ-ik, który zawiózł nas do siedziby agencji. Tam nastąpiła tradycyjna wymiana papierków – szeleszczących i zielonych na białe, opieczętowane z autografami. Kilkunastogodzinny ekspresowy rajd przez Kirgizję zakończył się ciemną nocą w bazie Mayda-Adyr. Okolica kojarzyła nam się z planem zdjęciowym „Rambo III”, którego akcja – jak dobrze wiedzą wielbiciele klasyki filmowej – toczy się w Afganistanie. Baza wojskowa, góry, stary helikopter, brakowało tylko nieśmiertelnego hasła „Kim on jest? Bogiem? Bóg jest miłosierny... Rambo nie!;)”.

 

Rankiem okazało się, że Rambo tutaj nie ma, Armii Radzieckiej także nie – jest za to musli na śniadanie, doprawione negocjacjami z posiadaczami czterokopytnych pojazdów. W końcu znaleźliśmy  consensus i mogliśmy wyruszyć w kierunku doliny At-Djailoo (co po kirgisku oznacza Dolina Koni), oczywiście consensus pojechał z nami. Do naszego celu dostać można się było dwiema drogami – przez dolinę At-Djailoo lub Doliną rzeki Sary-Jaz do jej spotkania z rzeką Kaindy. Ta druga droga wydawała się być bardziej logiczna – ale wszystkowiedząca obsługa bazy stwierdziła, że „tamtędy nie lzia”, bo mosty były, ale się zmyły (w czasie ostatniej powodzi), więc łatwiej będzie przez góry, a przy okazji robimy klimę. Ten i kolejny dzień spędziliśmy na przebijaniu się do naszej docelowej doliny i leżących w niej siedzib ludzkich, gdzie powinniśmy znaleźć nowe konie, gdyż w starych zużyty został cały zapas consensusu i muszą wracać do domu. Rozmowy z miłymi góralami poskutkowały nowymi końmi i przewodnikiem, dotarcie do bazy pośród naszych dziewic było więc już tylko kwestią czasu. Oczywiście, żeby nie było wątpliwości, mieliśmy zaświadczenia o dziewiczości, wystawione przez wielkiego (dosłownie i w przenośni) szefa agencji. Po rekonesansach przyszedł czas na pierwszy atak.

 

Nad ranem cała ekipa raźno przemierzyła lodowczyk i wbiła się w śnieżno-lodową ścianę, prowadzącą na przełęcz. Po dotarciu do niej okazało się, że dalsza droga do szczytu jest prawie niemożliwa – skończył się śnieg i lód, a zaczęły skały tak lite jak sterta żwiru. Do tego siadła pogoda i nasze wysiłki skupiły się na jak najszybszym dotarciu do bazy. Ostatni rzut oka na pokazujące się od czasu do czasu szczyty grupy Bulan-Tor i uciekamy. Zjazdami osiągnęliśmy lodowiec, a szybkim marszem bazę. Nasza pierwsza porażka wydatnie wpłynęła na humory w ekipie – po naradach zdecydowaliśmy się na podział, chłopcy zrezygnowali z wejścia na pięciotysięcznik i zdecydowali się przymierzyć do czegoś „ciut” mniejszego, a my z Kakusiem bez obniżania poprzeczki ruszyliśmy w głąb lodowca na poszukiwanie swojego pięciotysięcznika. Kolejne 2 dni przypominały bieganie po hałdach górniczych na Halembie – w górę po osuwającym się piargu, po chwili w dół w rytm toczących się wraz z tobą kamieni; uroki przemierzania lodowca gruzowego w pełnej krasie. W końcu w bocznej dolince namierzyliśmy górę do ugryzienia. Rankiem budzik zastrajkował, czego efektem było nasze bardzo późne wyjście, wkurzeni dreptaliśmy po miękkim śniegu tylko po to, by nasz atak rozbił się o potężną, niemożliwą do obej ścia, szczelinę. Jedyny mostek śnieżny z racji późnej pory dnia i kruchości konstrukcji nie wzbudzał naszego zaufania, nie zaryzykowaliśmy więc przejścia, bo mogło się ono skończyć sequelem filmu „O jeden most za daleko”;) Atak odparty, więc wracamy do bazy, gdzie spotykamy zwycięską ekipę – chłopcy zdobyli swój szczyt, o wysokości 4901 m który nazwali „Byssymylda” (kirgiskie „Szczęśliwej drogi” lub „Z Bogiem”). Powrót do cywilizacji był urozmaicony dniem konnej turystyki po okolicy i kąpielą w gorących źródłach leżących nad Saryjazem. Tocząc się UAZ-ikiem na niziny, żegnaliśmy góry z mocnym postanowieniem powrotu.

 

Osobowym do Teresopola, czyli początek podróży

Osobowym do Teresopola, czyli początek podróży

fot. samowyzwalacza


Agencyjny UAZ w Dolinie Inylczeku

Agencyjny UAZ w Dolinie Inylczeku

fot. Wojtek Grzesiok



W następnym roku, w zupełnie innym składzie, już „błyskawicznie” (5 dni pociągami, 1 dzień marszrutką, 1 dzień terenówką, 2 dni konno), pokonaliśmy kilka tysięcy kilometrów, kilka granic i kilka kontroli policji, by znaleźć się w naszej bazie pod lodowcem Kaindy. Po dwóch dniach dreptania po znajomych hałdach rozbiliśmy namioty pod szczytem, który rok wcześniej był celem naszego dwuosobowego wypadu. Niestety, tym razem powstrzymała nas bariera bardzo kruchych skał, broniących dostępu do kopuły szczytowej. Jedynym pocieszeniem było zdobycie kolejnej dziewiczej przełęczy oraz widok na dziką dolinę Tierekty. Potem już standard – zepsuła się pogoda, marsz przez lodowiec, wycieczka konna, jedzenie barana, kąpiel w gorących źródłach i powrót via Moskwa do domu. Podczas jazdy powrotnej wpadł nam do głowy brzemienny w skutkach pomysł – „a może by tak pokonać każdy kilometr tej drogi własnym środkiem transportu... Wtedy nasze zdobywanie byłoby pełniejsze?” Jednogłośnie zakrzyknęliśmy „Za rok wracamy!” – z małym dodatkiem – jedziemy samochodem.

 

Papu w obozie na Morenie Bocznej

Papu w obozie na Morenie Bocznej

fot. samowyzwalacz


 Przełęcz zdobyliśmy, góry jeszcze nie

Przełęcz zdobyliśmy, góry jeszcze nie

fot. Wojtek Grzesiok


Rok później, pod koniec czerwca 2006, nabyliśmy cud techniki samochodowej – Volkswagen Transporter w wersji T3, rocznik 1988, wyposażony w dieslowską jednostkę napędową o mocy 50KM i pojemności standardowej butelki typu PET i kieliszka w rozmiarze „setka” (czyli w sumie 1,6 l). Po pokonaniu wszelkich przeszkód biurokratycznych w połowie lipca cała nasza siedmioosobowa ekipa zapakowana w VW, w międzyczasie ochrzczonego imieniem „Bomber” (...płyń po morzach i ocenach;)...) ruszyła na podbój Wscho du. Droga wiodła szlakiem karawan kupieckich (niegdyś) i TIR-ów (obec nie) przez Kraków, Lwów, Kijów, Charków i dalej. Pierwszy postój na zwiedzanie wypadł nam w bohaterskim mieście Wołgograd, zwanym szerszej publiczności z roli statysty;) o imieniu Stalingrad w fi lmie „Wróg u Bram”. Tam też Bomber zaczął wykazywać pierwsze oznaki zmęczenia, objawiające się defektem rozrusznika – od tej pory odpalaliśmy na popych, co w pozytywny sposób wpłynęło na naszą kondycję podczas podróży. Z Wołgogradu pognaliśmy, zgodnie z kierunkiem wody w Wołdze, w stronę Morza Kaspijskiego i miasta Astrachań, gdzie pożegnaliśmy gościnną rosyjską ziemię. To, że Azja tuż, dało się zauważyć po stanie dróg. O ile do tych rosyjskich nie można mieć zastrzeżeń, to już pas ziemi niczyjej między Rosją a Kazachstanem uświadomił nam, że coś się zmienia – ni stąd, ni zowąd w połowie odcinka między terminalami skończyły się asfalt i... mosty, wobec czego ostatnią odnogę delty Wołgi musieliśmy pokonać promem. Potem 7 godzin „zabawy z celnikami” na przejściu, wykup OC i ruszamy. 

1 | 2 |
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-07-19
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (262): Kazbek - wademekum zdobywcy

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-18
Tylko w GÓRACH
 

Poważniejsze wypadki w rejonie Morskiego Oka

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-17
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (262): Betlejemka

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-04
Tylko w GÓRACH
 

Przykłady skałoplanów - Rudawy Janowickie

Komentarze
0
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com