facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2014-04-08
 

Jacek Trzemżalski

Wspinacz, ekiper, społecznik. Zapraszamy do wywiadu :-)

TWOJE WEJŚCIE W ŚWIAT WSPINACZKOWY BYŁO TRADYCYJNE – PRZEZ GÓRY, CZY NOWOCZESNE – PRZEZ SPORT?
Było dość romantyczne. Chodziłem po górach – najpierw Beskid Niski, Bieszczady, a w końcu Tatry. Zacząłem się wspinać, by potem to spożytkować w górach. Ale w związku z tym, że praktycznie 30 minut spacerem od domu mam skały, szybko odkryłem sportowy wymiar tego zajęcia... Innymi słowy, żeby robić progres, trzeba trenować. To „romantyczne” podejście do wspinania dość szybko minęło... Choć pojechaliśmy jeszcze z bratem wspinać się zimą w Tatrach, co omal nie zakończyło się tragicznie, bo rozwaliły mi się raki z magazynu RKW...

 

 

Fot. Piotr Drożdż

 

Zanim zacząłem się wspinać, prezentowałem przyzwoity poziom sportowy, ponieważ uprawiałem różne dyscypliny: grałem w piłkę nożną, potem w koszykówkę (jako rozgrywający). Namiętnie grałem w badmintona. Dlatego zawody były dla mnie całkiem naturalną sprawą, a fakt występowania przed widzami – czymś znajomym i nie czułem z tego powodu żadnej presji...


Gdy byłem jeszcze na kursie, mój instruktor, Wiesiek Madejczyk, zabrał mnie do Mirowa na zawody organizowane przez AKA Gliwice, które odbywały się na naturalnej skale. Oczywiście obaj byliśmy widzami. Spotkałem w jednym miejscu wszystkich legendarnych wspinaczy: Szalonego, Marcisza, Podhajnego, Kuchara, Mielczarka, Zaczkowskiego, Wódkę i debiutującego wtedy w świetnym stylu Jacka Jurkowskiego. Nie przypuszczałem, że już niedługo będę mógł z Jackiem rywalizować.


W 1989 roku – również z Wieśkiem i wciąż w charakterze kibiców – pojechaliśmy na kolejną imprezę, która odbywała się na Okienniku. Przyjechała czołówka wspinaczy z Czech. Zawody były wtedy nie tylko rywalizacją, ale po prostu spotkaniem najlepszych wspinaczy skalnych w Polsce!

STARTOWAŁEŚ W OSTATNICH OGÓLNOPOLSKICH ZAWODACH ODBYWAJĄCYCH SIĘ W SKALE, W JAROSZOWCU W 1990 ROKU?
To był mój pierwszy start. Sytuacja była o tyle ciekawa, że eliminacje przeciągnęły się do nocy, a ja miałem ostatni albo przedostatni numer startowy. Waldek Podhajny zabrał nas na noc do Morska i mieliśmy wystartować wcześnie rano – przed finałami. Było potwornie zimno. Rozgrzewka odbywała się na jakiejś połogiej płycie. Na drodze nie poszło mi źle, ale wszyscy odetchnęli z ulgą, jak spadłem przed zjazdem... Lista finalistów została zachowana, bo trzeba było skończyć drogę...

 

 

Podróż za jeden uśmiech, VI,4, Schodki, Czarnorzeki. Fot. Łukasz Skublicki

 

A JAK PRZEBIEGAŁY TWOJE NAJLEPSZE STARTY?
Najlepszy start miałem w 1994 roku w Tarnowie, gdzie na Mistrzostwach Polski przegrałem tylko z Jackiem Jurkowskim. Tutaj zresztą miała miejsce ciekawa historia, bo od kilku już startów tworzyliśmy z Sebastianem Zasadzkim (Ziejką) i Marcinem Bartochą „lobby punkowe”. Wspólnie oglądaliśmy drogi i ustalaliśmy patenty. W poprzednich latach konsultowałem patenty z Tomkiem Uśmiechem Samitowskim, z którym po raz pierwszy pojechałem na prawdziwy westowy trip, ale o tym za chwilę.


Marcin Bartocha w Tarnowie spadł na przewieszonej płycie, a my z Ziejką doszliśmy do daszku, co dawało podium. Ustaliliśmy z Zieją, że do klamki na środku daszku będziemy robili dokładkę. Podszedłem z podchwytu – obmacałem klamkę i uznałem, że nie mam szans do tego dołożyć... Cofnąłem się i sięgnąłem z podchwytu przez cały daszek. Klamka w daszku okazała się tylko stopniem! Spadłem dwa ruchy dalej pod końcową klamą... Zieja startował po mnie. Doszedł do podchwytu i zrobił tak, jak ustaliliśmy – po prostu złapał stopień i dołożył do niego rękę, powisiał chwilę i... spadł, bo nic więcej nie dało się z tego zrobić. Po prostu Zieja był o wiele silniejszy ode mnie i dlatego przegrał! Wygrał Jacek Jurkowski, który skończył drogę...


Trzeba wiedzieć, że poza oficjalnym obiegiem Pucharu Polski i Mistrzostw Polski, zimą niemal co tydzień odbywał się w piwnicy Puchar Korony. Zawody te były całkiem mocno obsadzone, a jedną edycję udało mi się wygrać. Wspólnie z Kubą Rozbickim wygrałem też zawody w Gdańsku, w czasie wakacji nad morzem...

GŁADKO UDAŁO CI SIĘ WEJŚĆ W ŚRODOWISKO KRAKOWSKIE, PONOĆ HERMETYCZNE?

Jakoś się specjalnie nie starałem, po prostu w nie wszedłem. Któregoś dnia na oczach kilku dobrych wspinaczy zrobiłem OS Abazego VI.3+, który miał wtedy zasłużoną renomę, a już na pewno jako cel bez znajomości. Potem regularnie startowałem w zawodach, wspólnie budowaliśmy Koronę. Zanim zaczęliśmy, musieliśmy rozbić kilofami podest pod kajak w wioślarni i wynieść gruz. To była naprawdę ciężka praca. Muszę przyznać, że podziwiam Andrzeja Marcisza za to, że miał wizję zrobienia w tej norze ściany wspinaczkowej i zrealizował ją z nawiązką, bo powstała też ściana na hali!


Pamiętam radość, kiedy przykręciliśmy chwyty do pierwszego panelu i chodziliśmy góra–dół po pięciometrowej ściance! W czasach, kiedy przyjechałem na studia do Krakowa, tworzyłem już nowe drogi w Czarnorzekach, więc szybko zaprzyjaźniłem się z Piotrkiem Dawidowiczem, bo on też eksplorował. Mieliśmy wspólną pasję i sporo razem jeździliśmy w skały. Dawid miał samochód, a to nie było wtedy takie powszechne. W skały jeździło się autobusem. Dawid zadedykował mi nawet drogę w Brzoskwince – Jajco VI.3+, która niestety teraz nie jest dostępna, choć nawierciłem już na niej dziury pod ringi...

 

 

Facelifting VI. 6+, Obchodnia, Dolina Brzoskwinki. Fot. Maciej Gajewski

 

Późną jesienią 1992 roku zrobiliśmy razem szczegółowy zwiad w Dolinie Prądnika i powołaliśmy do życia organizację o nazwie OWP (Organizacja Wyzwolenia Prądnika). Jej duch trwa do dziś...

NAMAWIAŁEŚ MOCARZY Z TAMTYCH CZASÓW NA WIZYTĘ W PRZĄDKACH?

Środowisko wspinaczy, którzy na początku lat 90. robili w Krakowie drogi około VI.5, było nieliczne i wszyscy się znali. Spotykaliśmy się niemal codziennie na Koronie, a zanim powstała Korona – na Zakrzówku... Przez kilka sezonów namawiałem kolegów na wizytę w Czarnorzekach, gdzie robiłem już drogi o takich trudnościach. Jednak Prządki zostały „przeklęte” przez Szalonego, który publicznie wygłosił zdanie: „Nigdy nie pojadę w te twoje Prządki, bo tobie się podobało na Krzemionkach...”. I to załatwiło sprawę, wszyscy się z Prządek nabijali, a Michał Wayda nie mówił o nich inaczej, jak o „Wsządkach”. I tak faktycznie się stało, że do 1996 roku, czyli do usunięcia ringów z Rezerwatu, żaden sportowy wspinacz z Krakowa w Czarnorzekach się nie pojawił...

Jedynie Piotrek Mikser Drobot i Jasiu Łątka tam bywali, ale to inna bajka, bowiem obaj pochodzili z Tarnowa, a ich rejonem były piaskowcowe Ciężkowice, które Mikser eksplorował. Ringi żebrowane na późniejsze realizacje załatwialiśmy właśnie wspólnie z Piotrem. Pamiętam, jak całe noce przesiadywałem w mieszkaniu Miksera na Prokocimiu, grając w Wolfensteina (śmiech). Dobrze się rozumieliśmy i część dróg, które Piotr wytyczył,
ma moje propozycje nazw.

SKĄD KSYWA JAJO?
Ksywę dostałem od Michała Waydy, bo ścinałem się niemal na łyso. W weekendy często go odwiedzałem – siedzieliśmy każdy przy swoim 400-gramowym słoiku „nutellopodobym” i oglądaliśmy Bonda. Do tego jego babcia piekła ciasto...

JAK WSPOMINASZ MAGAZYN GÓRY Z CZASÓW, KIEDY NACZELNYM BYŁ KRZYSZTOF BARAN?
W porównaniu do dzisiejszych czasów to był naprawdę XIX wiek. Trudno to sobie wyobrazić, ale nie było „Windowsów”! Nie mówiąc o Internecie... Tak się złożyło, że pierwszą „prasową” relację o nowych drogach w Czarnorzekach napisałem w 1991 roku do „Brytana”, reaktywowanego wtedy przez Michałka Waydę i Uśmiecha. Mniej więcej w tym samym czasie „Taterniczek” przekształcił się w GÓRY. O Prządkach napisałem do GÓR w 1992 roku – to był drugi numer magazynu.

 

 

Prace nad setną drogą w sezonie 2012. Fot. Edi Dolak

 

Niedługo potem, już jako człowiek z redakcji, pojechałem z Krzyśkiem Baranem i Stasiem Kalitą na Festiwal Filmów Górskich do Katowic. Przy okazji muszę wspomnieć o pierwszej edycji Festiwalu, na której byłem w 1988 roku. Zamiast jechać na najważniejsze koszykarskie zawody w sezonie, u „szczytu kariery” wybrałem Katowice. Był to moment przełomowy, który przesądził o tym, że zająłem się wspinaniem na poważnie. Podczas tej wspaniałej imprezy chłonąłem wszystko! Festiwal niejako podsumowywał złote lata polskiego himalaizmu. Kukuczka, Rutkiewicz, Kurtyka, Wielicki, Cichy, Zawada, Heinrich, Chrobak, Kurczab, Majer, Hajzer, Warecki i wielu innych, a także gwiazdy światowego himalaizmu – wszystkich można było wtedy spotkać w Katowicach! Dla miłośnika gór było to niezapomniane przeżycie. Taka impreza już się niestety nie powtórzy...

Wyświetlano także liczne filmy o wspinaniu w skałach (między innymi słynne Życie na opuszkach palców z Patrickiem Edlingerem i Seo z Cathrine Destivelle), a ja uświadomiłem sobie, że przecież niegorsze skały mam koło swojego domu. Od roku 1992 regularnie współpracowałem z GÓRAMI.


W 1993 roku Darek Król na poważnie zajął się „Brytanem”, a ja znalazłem się w redakcji. Krzysztof Baran zaprosił Darka do redagowania GÓR, a skutek tego był taki, że do magazynu przeszła niemal cała redakcja. Wydaliśmy w takim składzie kilka numerów, bardziej na zasadzie „pospolitego ruszenia” niż normalnej pracy. W końcu Darek uznał, że taka formuła mu nie odpowiada i wrócił do „Brytana”, zabierając znów niemal całą redakcję. Ja zostałem w GÓRACH, bo wierzyłem w ten magazyn. Poza tym zależało mi na „normalnej” pracy, a właśnie kończyłem studia (był 1994 rok). Krzysztof zaproponował mi kontrakt i w ten sposób redagowałem GÓRY przez kolejne sześć lat.

CZAS WSPOMNIEĆ UDZIAŁY W ZAWODACH ZA GRANICĄ.

Dzięki niezłym wynikom w kraju przez kilka lat byłem w Kadrze Polski. Były takie zimy, kiedy jeździliśmy na zawody niemal co 1–2 tygodnie: Słowacja, Czechy, Węgry... Z każdych przywoziliśmy punkty, które decydowały o rankingu. Na zawody „bliskie” jeździłem najczęściej z Tomkiem Pęcherzem Lewandowskim. Trzeba było mieć niezłą psychę, by wytrzymać taką podróż, bo Tomek był kierowcą rajdowym i miał podrasowanego Forda Sierrę. Na dodatek najczęściej zjawiał się na spotkanie mocno spóźniony i po drodze musieliśmy „nadrobić”. Z tymi wyjazdami wiąże się tyle anegdot, że ciężko je tutaj przytoczyć. Tomek był rewelacyjnym kierowcą i zawsze czułem się z nim bezpiecznie, mimo że „dawał czadu” w każdy możliwy sposób... Może przytoczę tylko jedną historię, kiedy wracaliśmy z zawodów w Poważkiej Bystrzycy. Droga w tamtą stronę była jedną z bardziej szalonych, bo nadrobiliśmy ponadgodzinny deficyt, gdy na granicy okazało się, że auto ma nieważne badania techniczne i musimy je zrobić na miejscu! W każdym razie Tomek obiecał, że z powrotem jedziemy spokojnie. Przy wyjeździe z Bystrzycy był odcinek dwupasmówki, na końcu którego znajdował się dymiący niemiłosiernie słowacki autobus...


Zobaczyłem charakterystyczny błysk w oczach Pęcherza i po chwili mieliśmy na budziku 200 km/godz. Gdy już niemal mijaliśmy autobus, dwupasmówka się skończyła, ale to nie był żaden problem. W tym momencie Tomek podrzucił mentosa, złapał go w usta i... zaczął rozpaczliwie łapać powietrze! Mentos wpadł mu prosto do tchawicy! Zrobił się siny na twarzy i zwyczajnie się dusił... Jednak instynkt wziął górę, bo z piskiem opon wyhamował auto, przepuścił autobus (do dziś pamiętam twarze pasażerów) i zjechał na piaszczyste pobocze. Wytoczyliśmy go z auta, złapaliśmy za nogi i wytrzęśliśmy z niego morderczy cukierek... Niemal do końca podróży Tomek jechał bardzo spokojnie.


Jednak korek na Zakopiance wyprowadził go z równowagi i sprawił, że nasz kierowca znów był sobą. Wymijaliśmy auta hurtowo lewym pasem, nie zważając na znaki i linię ciągłą. Wszystko szło dobrze, ale w pewnym momencie ze sznurka aut wyjechał za nami radiowóz. Polonez. Nie wiem, czy miał jakiś lepszy silnik, ale jego szanse na dogonienie nas były zerowe...

 

 

Sezon nigdy się nie kończy. Fot. arch. J. Trzemżalski

 

Tomek szybko przemyślał sprawę – stwierdził: „Mam zachlapaną tablicę z tyłu!” i już cisnęliśmy w kierunku Myślenic. Wszyscy wiedzieliśmy, że jak dojedziemy do dwóch pasów, to nikt z niebieską Sierrą nie ma szans... Takie były te podróże. Generalnie zawody przy tym to pikuś...

NAJWIĘKSZE ZAWODY, W KTÓRYCH STARTOWAŁEŚ?
Mistrzostwa Europy we Frankfurcie w 1992 roku. Byłem wtedy w niezłej formie, ale do światowej czołówki brakowało mi... kosmicznie dużo. Nocowaliśmy w strefie izolacji w hali, podobnie jak inne nacje ze wschodu: Ukraińcy czy Kazachowie. Uznaliśmy z Tomkiem Uśmiechem Samitowskim, że w zawodach nie mamy zbyt dużych szans, więc musimy użyć podstępu, żeby wykończyć konkurencję. W tym celu przykręciliśmy na ściance rozgrzewkowej wyjątkowo parszywy bulder i patentowaliśmy go chyba ze dwie godziny...


Następnego dnia pokazałem bulder Kazachom. Nasz plan zdawał się iść w dobrym kierunku. Kairat chwilę pomęczył się z bulderem, Salawat potrzebował 2–3 prób. Do zabawy dołączyli się Włosi, a następnie Francuzi. Wreszcie „nasz” problem zaszczycił sam François Legrand, który był wtedy zdecydowanym dominatorem. Zrobił bulder w pierwszej próbie, ale z lekka go zatrzęsło. Na to przez tłumek gapiów przecisnął się... Mateusz Kilarski.
– Co tu macie? Mogę spróbować?

I przeszedł to w pierwszej próbie na samych rękach! Na zawodników padł blady strach i zaczęli się oglądać po sobie... Niestety, Mateusz we właściwych zawodach spadł niewysoko na odcinku pionowym. Mnie poszło tak sobie – przeszedłem pion, ale powyżej był dach po preclach i wpuszczanych stopniach. Wybrało mnie na tyle, że przewis nad dachem okazał się za trudny. Wystarczyło to na 44. miejsce. Uśmiech spadł dwa przechwyty dalej i był 37., wspólnie z Andrzejem Marciszem. W zawodach startowało około 60 zawodników, więc trudno to uznać za sukces... Wygrał Legrand, przed François Petitem, a Rachmietow był trzeci.

WYJAZDY TO TAKŻE PRZYGODA, ZWŁASZCZA GDY COŚ NIE IDZIE ZGODNIE Z PLANEM.
Najciekawszy wyjazd zaliczyłem z Tomkiem Samitowskim do Pau we Francji. Było to w październiku 1992 roku. Siedzieliśmy jak zwykle na Koronie, gdy do piwnicy przyszedł ktoś z KW Kraków z informacją, że Francuzi zapraszają na zawody do Pau (miasto pod Pirenejami). Informacja o zawodach dwa miesiące wisiała w klubie i nikt się nie zgłosił, więc teraz organizatorzy dają pieniądze na podróż oraz zapewniają noclegi i wyżywienie. Było to bodajże we wtorek, a zawody w sobotę...


Szalony, czyli prawdziwy Wódz, zawyrokował szybko: „Jajo i Uśmiech, bo mają najlepszą formę”. Nikt z tym nie polemizował, a tym bardziej nam nie wypadało. Policzyliśmy, że budżetu powinno wystarczyć także dla trzeciej osoby i zabraliśmy ze sobą Renatę Piszczek. Kupiliśmy bilety autobusowe do Paryża, z którego mieliśmy jechać TGV do Bordeaux. Wszystko byłoby super, gdyby nie awaria autobusu w Reims, która kosztowała nas pół dnia.
Dość powiedzieć, że do Pau dotarliśmy o 5.00 rano, a zawody zaczynały się o 7.30... Wszedłem na drogę prosto ze śpiwora. Skutek był łatwy do przewidzenia. Zawody były mocno obsadzone przez Francuzów i Hiszpanów (w tym wielu mocnych Basków). Dobrze, że Renata, która miała czas choć trochę się wyspać, zaprezentowała się świetnie – stanęła na podium... Francuzom zrobiło się tak przykro, że dali nam kierowcę z samochodem i możliwość zostania przez 1–2 tygodnie na wspin w okolicy. Dzięki temu zwiedziliśmy bardzo egzotyczne rejony, jak Vallée d’Aspe w Pirenejach czy Pibeste koło Lourdes.


Niestety, po kilku dniach pogoda się popsuła, ale wtedy nasz kierowca (z którym zdążyliśmy się zaprzyjaźnić) zaproponował pobyt u jego rodziców w okolicach Aix-en-Provence. Musieliśmy tylko dojechać stopem. Dostaliśmy na pożegnanie buty wspinaczkowe i kilka chwytów na Koronę! W Aix spędziliśmy kilka dni, odwiedzając między innymi słynne St. Victoire. Generalnie już wtedy cyfra wydała mi się łatwiejsza niż w Polsce: mimo totalnie „czilautowej” atmosfery bez problemu rozgrzewaliśmy się na 7a+, a u nas zrobić VI.3+ OS to był niemały wyczyn...

ALE NA ZAWODACH, JAK POWIEDZIAŁEŚ, PORÓWNANIE ŚWIAT VS MY WYPADAŁO DLA NAS KIEPSKO...
Tylko dwaj polscy wspinacze byli wtedy na prawdziwie światowym poziomie: Piotr Korczak i Andrzej Marcisz... Czasy Tomka Oleksego były dopiero przed nami. Jeżdżąc na mocno obsadzone zawody, jak Miszkolc, Ostrawa czy Praga, mogliśmy konfrontować się regularnie z lepszymi od nas zawodnikami ze Wschodu. Do Pragi w 1993 roku przyjechała niemal cała europejska czołówka (bez Francuzów). Znałem swoje miejsce w szeregu.

BYŁY JAKIEŚ SKUTKI UŚWIADOMIENIA SOBIE TEGO?
To niestety działało destrukcyjnie na motywację w powtarzaniu najtrudniejszych dróg w skałach, bo rozumowałem, że jeśli one były wyzwaniem dla Korczaka czy Marcisza, to ja nie mam na nich żadnych szans. I tego właśnie żałuję najbardziej – byłem wtedy w o wiele lepszej formie niż teraz i miałem duże szanse powtórzyć Pawiany czy Chomeiniego. Trzeba było odważnie napierać... Skupiłem się na Rozgrzeszeniu w Kobylanach, bo tam mogłem
łatwo dojechać, a zrobiłem już wszystkie łatwiejsze drogi w Dolinie. Spadłem kilka razy z ostatniego trudnego ruchu i do dziś mam z nią porachunki...

POLSKA JEST FENOMENEM PRZEWODNIKOWO-ASEKURACYJNYM (NA PRZYKŁAD W PORÓWNANIU ZE SŁOWACJĄ). WIESZ MOŻE, Z CZEGO TO WYNIKA?

Wydaje mi się, że Słowacy już niedługo postawią na komercję, a to oznacza komfort obicia i ogólnodostępne przewodniki. Spółka Tatry Mountain Resort, która tam „rządzi”, według mnie już niedługo zajmie się także mecenatem wspinania, który jest letnią formą rekreacji w zarządzanych przez nią górach.


Takie zjawisko ma miejsce choćby w Austrii czy w wielu rejonach Włoch, Niemiec i Francji. Po prostu wspinaczka w skałach to relaks i fitness na świeżym powietrzu. Jak ktoś chce zaznać prawdziwej skalnej przygody, musi jechać do Adršpachu, Saskiej Szwajcarii, a przynajmniej na Hejszę...


Ja wyniosłem „gospodarską” postawę z opieki nad Czarnorzekami, które są po prostu skałami leżącymi koło mojego domu. Wspinanie tam – i w ogóle wspinanie – sprawia mi wiele radości. To temat na osobną rozmowę, ale ogólnie wspinaczka jak żadna inna aktywność dostarcza odpowiedzi na pytania dotyczące sensu i celu. W ludzkim żywocie mało jest takich sytuacji...


Dlatego chcę się nią dzielić z innymi, bo w moim odczuciu jest to wartość sama w sobie. Poprzez utratę Rezerwatu Prządki nauczyłem się cenić nawet małe formy skalne, bo także na nich można przeżyć przygodę życia. Aby drogę udostępnić innym, trzeba ją obić bezpiecznie. Jak ubezpieczam, to nie myślę o sobie, tylko o tych, którzy będą ją powtarzać i o tym, jak będą się wspinać OS, nie znając układu chwytów.

TAKI SPOSÓB MYŚLENIA NIE JEST STANDARDEM WŚRÓD EKIPERÓW?
Gdy się zjeżdża i patentuje, a potem obija pod swoja wiedzę o chwytach, to jest to według mnie nieuczciwe. Po prostu „bucówa”. Każdy jest odważny, jak wie, że za chwilę jest klama i można zabaniować... Praktyka pokazała, że popularne rejony obronią się przed naporem roślinności, więc lepiej jest drogę mniej starannie czyścić, a za to obić bezpiecznie, bez niepotrzebnych runoutów, które, jak zarosną, stają się przerażające – i koło się zamyka... Źle obite rejony po prostu szybko z powrotem zarastają. Dlatego też jestem za dzieleniem się informacją o drogach z rzeszą wspinaczy.
Głównym wrogiem skał jest roślinność, która potrafi być niezwykle destrukcyjna. Przez źle pojętą ekologię zrujnowaliśmy krajobraz jurajski, a skały nie obronią się same przed takim naporem. Drzewa mogą rosnąć wszędzie, a skały już nie urosną. To samo dzieje się na Podkarpaciu: piaskowiec jest co prawda bardziej odporny na penetrację korzeniową, ale za to rozpuszczają go porosty.

JAK PRZEDSTAWIA SIĘ TWOJA FILOZOFIA EKSPLORATORSKA?
Dla mnie eksploracja to sens wspinania – przecież bez niej w ogóle by go nie było... Otwieranie nowych dróg, a nawet ich nazywanie zaspokaja ludzką potrzebę kreacji. Bez kontekstu ludzkiego skały po prostu nie istnieją. Ich wartość przyrodnicza (na przykład przewieszenia) sama w sobie jest właściwie niezbyt istotna. Czy jest to społecznikostwo? Nie wiem – ja jestem egoistą i robię to dla siebie.

Jakoś tak mam, że jeśli pochodzę pod skałę i widzę w wyobraźni potencjalne linie, nie spocznę, póki ich tam nie obiję... To chyba jakiś defekt osobowości. Polski Związek Alpinizmu i Związek Gmin Jurajskich, które są największymi mecenasami obijania, nie zwracają kosztów, a tylko dostarczają materiału. Ekiper otrzymuje ringi, klej i wiertarkę. Realne koszty to paliwo do samochodu, które jest mierzone w złotówkach, i czas... Czas, który mógłbym poświęcić po prostu na zarabianie pieniędzy w celu utrzymania rodziny. Jednak wytyczałem nowe drogi „od zawsze” i robiłbym to niezależnie od systemu, który przecież sam wprowadziłem w życie, postulując kilka lat temu podczas Walnego Zjazdu PZA powołanie Komisji Wspinaczki Skalnej.

Oczywiście skala tych działań byłaby o wiele mniejsza, a drogi byłyby pewnie tylko takie, które stanowią dla mnie samego sportowe wyzwanie. Aby choć trochę zarobić na wspinaniu, wydałem przewodnik po Podkarpaciu – uważam, że zaproponowałem uczciwy układ: ludzie dostają niezłej jakości, nowatorski produkt, którego brakowało na rynku, a ja budżet na paliwo. Dlatego zachęcam do zakupu przewodnika, bo to bezpośrednio oddziałuje na moją ekiperską
działalność, przede wszystkim na Jurze.

OBSERWUJESZ PRACĘ INNYCH EKSPLORATORÓW?
Raczej nie... Bardzo mało – jeśli w ogóle – wspinam się po cudzych drogach. W ostatnich dwóch latach chyba mi się to w ogóle nie udało! Sporadycznie denerwuję się na złe obicie. Wyznaję zasadę, że jeśli jest to pomyłka, to trudno – każdy może się pomylić – mnie też się zdarzyło 2–3 razy poprawiać po sobie. Ale gdy jest to przejaw przemyślanej „filozofii” (na przykład żeby zaoszczędzić ringa), złe obicie jest porażką... Czegoś takiego nie da się „poprawić” – po prostu trzeba obić od nowa. Jak już wspominałem, lepiej dobrze obić, niż precyzyjnie czyścić. Po roku lub dwóch z tego  czyszczenia nic już nie zostaje – jeśli droga nie jest przechodzona, wygląda dokładnie tak jak w dniu, w którym po raz pierwszy pojawił się na niej ekiper. Jeśli pytasz o ludzi, którzy robią nowe drogi, to każdy z nich należy do... kasty. Nie musimy sobie tłumaczyć pewnych spraw, bo każdy z nas wie, ile pracy wymaga przygotowanie drogi do wspinania. Samo poprowadzenie ma często coś z wymiaru formalności. Bardzo się cieszę, że są osoby takie jak Łukasz Dudek, Michał Jagielski czy Mirek Wódka, wkręcone w tworzenie nowych trudnych dróg na Jurze. Brakuje mi takiej aktywności w Krakowie. To trochę niezrozumiałe, że nie ma lidera od trudnej cyfry w Podkrakowskich Dolinkach.

 

Pytał: Andrzej Mirek

 

Całość wywiadu znajdziecie w GÓRach nr. 233

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-12-11
GÓRY
 

Treningowe Centrum Lawinowe na Kalatówkach otwarte!

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-08
GÓRY
 

7 grzechów turystów w górach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-05
GÓRY
 

Co zabrać zimą w góry?

Komentarze
0
 
 
Piotr Michalski
 
 
Piotr Michalski
 
2017-11-13
GÓRY
 

Phungi – nowa droga rosyjska w Himalajach Nepalu

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com