facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-12-31
 

Himalajska Wyprawa - Dhaulagiri 2008

Propozycja wyjazdu na Dhaulagiri wiosną 2008, którą usłyszałem na Festiwalu Filmów Górskich w Krakowie od Ryszarda Pawłowskiego, była kolejną w moim życiu propozycją nie do odrzucenia.
 
ŚLADAMI HAJDUKIEWICZA
Propozycja wyjazdu na Dhaulagiri wiosną 2008, którą usłyszałem na Festiwalu Filmów Górskich w Krakowie od Ryszarda Pawłowskiego, była kolejną w moim życiu propozycją nie do odrzucenia. Przed wyprawą z całej ekipy znałem tylko Artura Hajzera. Poznałem go na zimowej wyprawie 2006/2007 na Nanga Parbat. To z nim korespondowałem i kontaktowałem się przed wyprawą.
Zimą 2007, podczas wyjazdu na grań Tatr Zachodnich, kupiłem zauważoną przypadkowo w zakopiańskim Sklepie Podróżnika książkę „Himal Cu Cu Ra. Dhaulagiri 1958”. Napisał ją Jerzy Hajdukiewicz, który był lekarzem szwajcarskiej wyprawy na niezdobytą wtedy jeszcze Dhaulagiri. Pierwszy Polak i pierwszy polski lekarz uczestniczący w wyprawie na szczyt ośmiotysięczny. Chirurg, głównie zakopiański, z krótkim epizodem gdańskim w latach 1947-48. Historia przeżyta i opisana przez lekarza stała się moim himalajskim przewodnikiem duchowym – biblią przed moją Dhaulagiri. Miałem wrażenie, że nie przypadkowo, dokładnie w pół wieku po wyprawie Hajdukiewicza, jadę na Białą Górę. Magia liczb? Podobne „spaczone” przysięgą Hipokratesa, miłością do gór i przygód podejście do życia? Kontynuacja historii widzianej lodowymi oczami Dhaulagiri?


Dhaulagiri zdobyta. Fot. Artur Hajzer



WIDMO ZŁOTYCH JAJ
Pierwszy mail od Hajzera był podejrzanie optymistyczny. „Dhaulagiri jest dużo łatwiejsza od Nangi, wejdziemy na szczyt w drugim, maksymalnie trzecim wyjściu, masz szczyt w kieszeni na 100%”. Długo się nie zastanawiałem i po prostu dałem szansę Arturowi, by udowodnił mi to 100%.
Po dwutygodniowej aklimatyzacji w dolinie Kumbu, gdzie weszliśmy na Imja Tse- 6198 m n.p.m., spotkaliśmy w Kathamndu resztę ekipy – Ryśka Pawłowskiego, Piotra Snopczyńskiego, Bogdana Kaszyckiego i Chhiring Finjo Szerpę.
Organizując sami karawanę do bazy wyszliśmy na tym jak Zabłocki na mydle. Strajk pseudotragarzy zatrzymał naszą wyprawę w wiosce Marpha i Jomson na prawie dwa tygodnie. Plan bycia pierwszą wyprawą w bazie runął. Dość długo wisiało nad nami widmo otrzymania w sylwestra 2009 nagrody Złotych Jaj w schronisku nad Morskim Okiem, ponieważ  koniec wyprawy bez dojścia do bazy był bardzo realny. Udało się z trudem zwerbować garstkę tragarzy, którzy za rekordową cenę zobowiązali się przetransportować ładunki do bazy. Rysiek, Snopek i Bogdan wyruszyli z nową karawaną z dwudziestoma ładunkami, które stanowiły połowę naszego bagażu. Niestety, kolejny strajk i dezercja kulisów spowodowała, że utknęli w Ukrytej Dolinie oddalonej o dzień drogi od bazy.
W tym czasie, razem z Hajzerem i drugą połową naszych ładunków, stacjonowaliśmy w wiosce Jomson. Pobyt w Jomson upłynął na bezskutecznych poszukiwaniach tragarzy, codziennym stresie, czy uda się zorganizować helikopter i pytaniach, czy w końcu wylecimy, bieganiu, by ciężko zdobyta aklimatyzacja i kondycja nie ulotniły się, uprawianiu jogi, korzystaniu z sauny, przesiadywaniu (ze zniżką jako stali klienci)  w kafejce internetowej, obserwowanie wraz z przedstawicielami Narodów Zjednoczonych – UN, pierwszych wolnych wyborów, czyli śmierci królestwa i narodzin republiki Nepalu. Ostatecznie udało się i wylądowaliśmy w bazie wraz z dwoma tragarzami, których zabraliśmy po to, by ruszyli do Ukrytej Doliny chłopakom z odsieczą. Bogdan zrezygnował z wyprawy, Rysiek ze Snopkiem dzięki wahadłowym transportom dotarli do bazy dwa dni po nas.

POROZMAWIAJMY SZCZERZE
Większość obecnych już na lodowcu wypraw wybrało drogę wejścia pierwszych zdobywców, dlatego podział zadań dla poszczególnych ekip wydawał się bardzo sensowny. Pierwszego dnia po dotarciu do bazy wzięliśmy z Arturem udział w spotkaniu liderów wypraw stacjonujących pod Dhaulagiri. Naszej czwórce i wyprawie kierowanej przez Anię Czerwińską, z powodu „spóźnienia do bazy”, przypadło w sumie mało ambitne zadanie wzmocnienia już częściowo położonych poręczówek między bazą a obozem drugim. Według ustaleń najliczniejsza ekipa – Hiszpanie z Edurne Pasaban na czele – miała mieć już wyniesione do obozu drugiego liny w celu zaporęczowania odcinka między obozem drugim a trzecim. Chcieliśmy wynieść do obozu drugiego naszą lekką linę, ale w tej sytuacji, po rozmowie z Południowcami, nie było sensu wyważać otwartych drzwi. Nie wierzyłem słowom Artura, który po spotkaniu liderów powiedział, żebym sobie za bardzo ustaleń nie brał do serca, bo nic z nich zazwyczaj nie wynika. Mimo wszystko mieliśmy liczyć tylko na siebie? 

Pod Dhaulagiri stacjonowały trzy rodzaje ekip. Trzon stanowiły wyprawy, które sprzętowo i logistycznie były przygotowane do samodzielnego zdobywania góry. O takim przygotowaniu świadczyła ilość lin poręczowych, liczba uczestników i Szerpów. Drugą grupę stanowiły wyprawy bardziej odważne, głównie dwuosobowe, zamierzające zdobyć górę bez używania lin poręczowych. Trzecia grupa to „himalaiści”, których plan wejścia na Dhaulagiri zakładał korzystanie z poręczy i śladów innych, tzw. ekipy na doczepkę.


Wyjście do obozu III. Fot. Piotr Snopczyński



CZY KTOŚ ZABRAŁ ZE SOBĄ LINĘ?
Zdobywanie Dhaulagiri okazało się być raczej indywidualną, zabarwioną egoizmem grą (w której nieliczni mieli zwyciężyć) niż wspólnym działaniem. Zauważyli to pierwsi Rysiek ze Snopkiem, gdy w obozie drugim nie udało im się znaleźć obiecanych hiszpańskich lin, co uniemożliwiło szybkie założenie poręczówek do trójki. Kładąc z Arturem poręczówki z pożyczonej w dwójce, ciężkiej, koreańskiej liny,  próbowaliśmy sobie przypomnieć, który to Południowiec kazał nam zapomnieć o braniu do góry naszej liny.
Naszym celem w drugim wyjściu z bazy było założenie i nocleg w obozie trzecim. Późny przyjazd i jeszcze zbyt słaba aklimatyzacja nie pozwalały nam ryzykować ataku szczytowego, który był planowany w tym samym czasie przez liczną międzynarodową grupę. Założone przez nas poręczówki sięgały do 7000 m, do obozu trzeciego brakowało jeszcze 400 metrów różnicy wysokości. 30 kwietnia w obozie drugim byli prawie wszyscy: Hiszpanie z Edurne Pasaban, Carlos Pauner, Austriacy z Gerlinde Kaltenbrunner, Rosjanie – Valery Babanov i Nikolaj Tomianin, Czesi – Radek Jaros i Zdenek Hruby, Argentyńczycy, Ekwadorczyk Ivan Valejo, Katalończycy i nasze Polki – Kinga Baranowska i Kasia Skłodowska. Wstaliśmy jak zwykle o czwartej, by o szóstej, gdy słońce uderzy promieniami w namiot, być gotowymi do wyjścia. Tym razem nie ruszyliśmy od razu, chcieliśmy poczekać na ekipę szczytową. Liczyliśmy, że ruszy ich sumienie i zmienią nas w zabezpieczaniu pozostałej drogi do trójki.
Po godzinnym obserwowaniu bezruchu w obozie drugim zapakowaliśmy resztę znalezionej koreańskiej liny i ruszyliśmy do góry. Po dwóch godzinach zobaczyliśmy za sobą tłum tych, których psycha okazała się twardsza, a sumienie mięciuchne. W poręczowaniu pomogli nam bracia Słowianie – Rosjanin Nikolaj Tomianin i Czech Radek Jaros, którzy nas dogonili. Gdy skończyła się koreańska lina, okazało się, że nikt prócz nas liny nie zabrał, więc pozostało ryzykowanie na starych poręczówkach lub wchodzenie bez asekuracji.
Pamiętam dziwny dialog z Edurne Pasaban w kolejce do wpięcia się w starą poręczówkę. Edurne, patrząc na mijającą nas między innymi Gerlinde Kartenbrunner, miała pretensje, że ci co wchodzą bez poręczy korzystają z drogi wydeptanej przy linie. Nie wiedziałem co odpowiedzieć, wpiąłem się w linę przypominającą sznurek do bielizny i poszedłem do przodu. 

MARATON PO SPRÓCHNIAŁYM MOŚCIE
Powodem do wielu rozmyślań i pytań etycznych był tragiczny finał pierwszego ataku szczytowego. Kilkusetmetrowy upadek jednego z dwóch, heroicznie sprowadzanych przez Czechów, Katalończyków tuż nad obozem drugim to był, mimo wszystko, szok. Tym bardziej, że razem z nimi, uwięzieni w Jomson, próbowaliśmy znaleźć najlepszy sposób dotarcia do bazy i poznaliśmy chłopaków z Katalonii. Jako lekarz czułem pewien dyskomfort. Upadek nawet kilkusetmetrowy nie jest równoznaczny ze śmiercią. Nieszczęsny Katalończyk mógł się, po prostu, tylko połamać. W normalnych warunkach miałby szanse przeżyć. Tutaj nie miał. Zrozumiałem to, gdy sam po ataku szczytowym zszedłem do obozu drugiego. Musiałem sam uważać, by bezpiecznie zejść. Gdyby wtedy ktoś powiedział mi, że mam w nieznanym terenie schodzić po poszkodowanego – nie miałbym sił, hartu ducha i odwagi narażać, tak bezpośrednio, swojego życia. To tak jakby zaproponować komuś po maratonie biec kolejne 42 kilometry, tym razem po wiszącym, spróchniałym moście, na końcu którego, gdyby mu udało się nie spaść i przebiec, czekałby na niego, wymagający transportu na plecach, człowiek. Heinrich Harrer w „Białym pająku” opisuje postawy, którym niezmiernie trudno dorównać. Trudne… Tuż po tej tragedii i ataku szczytowym pierwszej grupy, Rysiek ze Snopkiem wycofali się spod góry.

JEDEN KROK ZA 30 ODDECHÓW
Podświadomie na wyprawie szukałem „śladów Hajdukiewicza” – dzikiej przyrody, szczerej przyjaźni ludzi zmagających się z własną psychiką i wydolnością w niesprzyjających życiu warunkach. Szukałem tego, o czym gdy czytałem, czułem przechodzące po plecach ciarki. Mimo wszystko udało się je znaleźć – pogoda pod Dhaulagiri była taka sama jak ją opisywał Hajdukiwicz 50 lat temu – „rano słońce, od południa chmury i załamanie” – to na szczęście nie jedyne podobieństwa.
Radek Jaros i Zdenek Hruby bezinteresownie i bez zbędnych fanfar sprowadzający Artura Hajzera z obozu II z powodu pojawienia się u niego objawów obrzęku mózgu. Ci sami Czesi po wykańczającym udanym ataku szczytowym sprowadzający ledwo żywych Katalończyków do obozu drugiego. Kinga i Marta (z Hiszpani) sprowadzające przez podszczytowy trawers o zmierzchu dwóch Hiszpanów, którzy na szczyt wybrali się bez czołówek. Szwajcarka torująca lawiniaste stoki przed swoim Szerpą, stymulująca do nie poddawania się. Doktor Inaki zaopatrujący odmrożenia Argentyńczyków, mimo iż nóż w kieszeni się otwierał na myśl, że nie są ubezpieczeni. Kucharz Gialzen, który widząc zmęczenie na twarzy Hajzera, brał jego rzeczy do miski i prał. Szerpa Finjo z jego maksymą „Money is nothing, Life is life” – to tylko niektórzy z wielu tych cichych, wiernych spadkobierców wartości himalaizmu, o których czytamy w książkach.

Nasz samotny atak na Dhaulagiri z Arturem też wywoływał ciarki na plecach i to permanentnie – te 19 godzin walki z własną psychiką i wytrzymałością, płacenie za jeden krok trzydziestoma oddechami, a jednocześnie 19 godzin świadomości, że obok jest przyjaciel, który nie będzie się zastanawiał nad tym, czy spróchniały most jest niebezpieczny – to esencja himalaizmu, dla której warto było zaryzykować.  To „prawie 100%” Hajzera sprawdziło się: zdobyliśmy szczyt11 maja 2008, w naszym trzecim wyjściu.

Robert Szymczak

GÓRY, nr 9 (172) wrzesień 2008
 Demonstracja wyborcza w Jomson. Fot. Artur Hajzer
 Spotkanie liderów. Fot. Robert Szymczak
 Kawy? Poręczówek jeszcze nie ma przecież? Fot. Artur Hajzer
 Helikopter w bazie. Fot. Artur Hajzer
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com