facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-02-23
 

Bezingijskie lato

Są wyjazdy, które z założenia mają charakter sportowy. Dobrze dobrany zespół specjalistów, ściśle określone cele, sponsorzy, dodatkowa presja... Ten do nich nie należał. Priorytetem była przygoda, dobry czas spędzony w górach, wymiana doświadczeń, spontan... Chyba taki styl lubię najbardziej. Połączenie spręża z możliwością odpuszczenia, z odrobiną niezależności i nieprzewidywalnością.
Tekst i zdjęcia: Paweł Karczmarczyk

Z całym szacunkiem do moich towarzyszy i ich górskiego doświadczenia – nie byliśmy teamem sportowym. Większość z nich po raz pierwszy miała okazję zetknąć się z wysokimi górami. W rzeczywistości oznaczało to obniżenie poziomu, jeszcze większe skupienie niż zwykle i zachowanie szczególnej ostrożności. Oczywiście dla niektórych oznaczało to odrobinę niespełnionych ambicji, ale chyba nikt z nich nie może powiedzieć, że nie zasmakował prawdziwej górskiej przygody.


 


Za sprawą moich częstych wizyt w dolinie Bezingi mogliśmy z miejsca nawiązać głębszy poziom relacji z miejscowymi. Integrowaliśmy się więc na wszystkich poziomach: z ratownikami, personelem stołówki oraz ekipą robotników, której plac budowy rozciągał się przed drzwiami naszego baraku. 
Niestety, nie wszyscy przyjechali tu dla przygody. Fakt, że po drugiej stronie grani rozciąga się zielona Gruzja i że w południowej Osetii rozpoczęła się wojna ściągnął do doliny pluton wojskowych na szkolenie w alpiniźmie...

Po dobrym rozprężeniu i aklimatyzacji w bazie na dwóch tysiąch ruszyliśmy w góry. Bez biwaku, na rozruch przeszliśmy tzw. „kalco Saratowa“ (od nazwiska naczelnika ratowniczego punktu), czyli runda wokół lodowca Miżirgi pod jego pierwszym spiętrzeniem. Na lodowych progach, każdy miał okazję sprawdzić się w pionowych formacjach. Następnego dnia, dla odmiany, poruszaliśmy się na skale w przybazowym ogródku dróg sportowych.

Pozostawanie w zasięgu barów dało się odczuć w naszych wątrobach. Byliśmy już naprawdę głodni prawdziwego wyjścia w góry. Sprecyzowaliśmy plany na wyjście i zaczęliśmy przygotowywać się do wyjścia na pięć dni. Przyjechali ziomale z Petersburga. Zapytali, gdzie idę: 
Pik Siemienowskiego (4040 m, płd. granią, 1B) i Dychniausz baszi (4025 m, płn. ścianą, 2A) – odpowiedziałem.
...??? Po co? Wracaj szybko, pójdziemy razem na Krumkol drogą Timofiejewa 6A.
Podziękowałem za kuszącą propozycję i jednocześnie odmówiłem:
Dzięki, jestem tu z przyjaciółmi i mamy swoje ścieżki...

Pierwszy wypad zaspokoił nasze skromne pragnienia. Była świetna pogoda, piękna sceneria, lodowce, biwaki oraz... dwa wierzchołki. Strategicznie na Austriackim Biwaku pozostawiliśmy namioty i cały sprzęt. Do bazy zeszliśmy na relaks i uzupełnić produkty. W rzeczywistości trudno jest w bazie wypocząć, bo każdy powrót trzeba tradycyjnie uczcić, a tych, którzy cieszą się z tego powodu jest wielu. Trzeba było szybko uciekać w góry, żeby nie zniszczyć się kompletnie.   
Pomimo dużego zapału części mojej ekipy, starałam się studzić nadmiar ich adrenaliny i nie rekomendowałem dróg z wyższej półki. Lepiej zdobywać jest doświadczenie stopniowo, a góry są po to, by do nich wracać. W bazie wpisaliśmy się na dwie kolejne drogi:
 
Baszchaauz 4466 m, płd.-zach. granią, 2A
Sella 4300 m, płn. ścianą, 3B
 
Wszystko przebiegło jak poprzednim razem. Dobra pogoda, towarzystwo górskich kozic, trochę graniowo, trochę ścianowo, skalnie i lodowo. Super... a przecież nie ekstremalnie.



Na lodowcu Sella. W tle masyw Szhary.



W bazie świętowaliśmy podwójnie. Dla większości wyjazd dobiegł końca. Krótki, ale myślę, że inspirujący. Rejon nieco poznany, skala gór trochę oswojona, logistyka rozkminiona... dobra baza pod kolejny przyjazd. Ze mną został tylko Damian. Przyjechał tydzień później od nas, nic nie stracił, a zyskał czas na kolejną drogę. Nie zawahałem się zaproponować mu coś poważniejszego. Miałem okazję poprzez poprzednie wyjścia poznać go od dobrej strony. Decyzja przyszła szybko. Wybór padł na:
 
Dżangitau Wsch. 5038 m, płn.-wsch. granią, 4B (dolinowy klasyk)
 
Z drogą tą miałem do czynienia już wcześniej. W 2004 r. po załamaniu się pogody wycofaliśmy się z Bernhardem Vossem, po niekomfortowym biwaku, z grani podszczytowej, po przejściu części ścianowej. Na wierzchołku stanęliśmy na kolejnym wyjściu, pokonując północną ścianę szczytu Szota Rustaweli drogą Laletina 5B, choć zejście ewidentnie omija ten szczyt. Wciąż jednak pozostawał niedosyt z nieskończonej drogi na Dżangi.



Drugi biwak na pn.-wsch. grani Dżangitau Wsch.



Pogoda nie rozpieszczała nas jak ostatnim razem. Z powodu burz, opadu śniegu i gradu odsypialiśmy wszystkie nieprzespane noce z przeszłości. Dwukrotnie zawróciliśmy jeszcze z podejścia pod drogę. Oczekiwanie na pogodę stawało się pomału męczące. Wiza Damiana też nie znała żadnej litości i godziłem się z faktem, że nie tym razem. Po kolejnym nieudanym wyjściu o poranku zdecydowaliśmy się założyć biwak bezpośrednio pod drogą. Nie przyniosło to pożądanego efektu. Poranek przywitał nas burzą i opadem śniegu. Sypać przestało dopiero o dziewiątej. Nasza marna logistyka, która miała nas przybliżyć do wierzchołka, w rzeczywistości nieco nas od niego oddaliła. Było późno, namiot mokry, pogoda nie obiecująca... mimo to zdecydowaliśmy się napierać...

Ciąg dalszy: GÓRY, nr 11 (174) listopad 2008



Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com