facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
 
 
2012-02-22
 

Zmarł Józef Uznański, nestor ratownictwa tatrzańskiego

Zmarł Józef Uznański, nestor ratownictwa tatrzańskiego, znakomity narciarz, taternik, przewodnik tatrzański. Dzięki niemu TOPR zaczęło stosować nowoczesne techniki ratownicze, m.in. tzw. zestaw Grammingera. Był także przewodnikiem psa lawinowego, co wówczas było wielką rzadkością.
Przed wojną zaledwie jako 14-latek zaczął wygrywać zawody narciarskie najwyższej rangi. Trasy zjazdowe z Kasprowego nie miały przed nim tajemnic. Niebywale zapowiadającą się karierę zawodniczą przerwała wojna. Zasłynął jako ten, który w czasie wojny na nartach wyskoczył z kolejki na Kasprowy Wierch. Walczył w AK. O tragicznych, trudnych, powojennych przeżyciach nie za dużo mówi. Dopiero w latach 50. mógł powrócić do rodzinnego Zakopanego.

Ratownik TOPR, narciarz, taternik, przewodnik tatrzański. Dzięki niemu TOPR zaczęło stosować nowoczesne techniki ratownicze, m.in. tzw. zestaw Grammingera (specjalne nosze, lina i kołowe bębny do wyciągania rannego). O pracy ratownika i pasji taternickiej mówił: - Trzeba ryzykować. Ryzyko jest niezbędne.
Opowiadając o dawnych latach, często uśmiechał się do swoich wspomnień. A miał ich tyle, że można było nimi obdarować życie nie jednego, a kilku ludzi.

Poniżej przypominamy długi wywiad z Józefem Uznańskim - człowiekiem Kasprowego Wierchu.

"Narty: nie wiem, czy ktoś tak to odczuwa, jak ja"

- Jak to było z tym słynnym skokiem z kolejki?


- Już tyle razy to opowiadałem... Zima 1944 rok. Przyszedłem do domu, i nie myślałem o tym, że będę chciał jechać kolejką, ale w nocy spadło dużo śniegu, kilkadziesiąt centymetrów. Nie można się było przedrzeć żadną boczną drogą, a miałem iść na Słowację do leśniczego. Można było skorzystać z kolejki, nie była ona "nür für Deutsche". Pech - trafiłem na obławę. Gdy wszedłem do holu, a nic się tam nie zmieniło, dziś wygląda to tak samo, wiedziałem, że nie będę się mógł wycofać, bo mnie zatrzymają. Przy drzwiach stał gestapowiec, Polak, który poszedł na usługi Niemców. On mnie znał, a ja jego. Trochę zdziwiony byłem, że nie podchodzą do mnie, ani nic... I byłem pewny, że wysiądę na Myślenickich Turniach i pójdę swoją drogą. Tam jednak drzwi były zamknięte, żandarmi spacerowali po peronie. No i nie było wyjścia, trzeba było wsiadać do wagonika i jechać na Kasprowy. Szczęście było, że w wagoniku jechałem po prawej stronie. Konduktorzy mnie znali. Kolega konduktor podpowiedział mi, że nie ma mowy o tym, bym przeszedł na Kasprowy, tak Niemcy pilnowali. Właściwie on mi podpowiedział, że jak będziemy dojeżdżać do Kasprowego, to prawe drzwi odsunie. Normalnie powinien otworzyć drzwi po prawej stronie. Po wszystkim jego chyba potem miesiąc trzymali, przesłuchiwali. Ale wytłumaczył się. Kolejne szczęście, że jechało tylko dwóch narciarzy: ja i starszy pan, Niemiec albo Austriak. Dlatego pozwolono nam zabrać narty do wagonika. Normalnie trzeba było je umieścić w koszu na zewnątrz wagonika. Nikt mnie nie zatrzymywał w wagoniku, nikt się mną nie interesował, na górę wyjeżdżało niewielu ludzi - Niemcy na urlopie, żołnierze, w sumie kilkanaście osób. Położyłem na podłodze w wagoniku narty, i udawałem, że coś sobie poprawiam przy wiązaniach. Gdy wagonik zwolnił przed Kasprowym, kolega konduktor odsunął drzwi. I wtedy zeskoczyłem.

- Ile tam było metrów?


- Niedużo. Kilka metrów mogło być. Ale to było po dużych opadach śniegu, było bezpiecznie. I ja znałem ten zjazd Żlebem po Palcem, z 1938 roku, gdy byłem w kadrze narodowej i jako 14-letni chłopak trenowałem do Mistrzostw Świata, które się odbyły w 1939 roku. I tam zjeżdżaliśmy w czasie treningu z Bronkiem Czechem. Tak że wiedziałem, że tam mogę zjechać. Ale bałem się, bo jechałem za szybko. Ale wszystko skończyło się dobrze.

- Nie poszukiwali pana?

- Dla mnie gehenna zaczęła się, gdy zjechałem do Doliny Kasprowej. Świeży śnieg powyżej kolan. Gdzie teraz iść? Całą noc szedłem w tym grząskim, kopnym śniegu. Nad ranem doszedłem na Halę Gąsienicową. Przesiedziałem cały dzień w starym schronisku. Nikt nie szukał na Hali Gąsienicowej, nikt się nie wypytywał, więc wieczorem poszedłem swoją drogą przez Liliowe. I tak się to skończyło.

- Kiedy po raz pierwszy ubrał pan narty? Jakie były pana początki w narciarstwie?


- Jeszcze za dobrze nie chodziłem, a już miałem narty na nogach. Pamiętam pierwsze zawody dla dzieci na Lipkach, to był bieg na 100 metrów. Zająłem pierwsze miejsce. Miałem chyba 4 lata. No a później to jeździło się z kolegami. Czasy były inne, to był masowy sport. Po szkole wszyscy chodzili pod Nosal chodzili. W 1937 i 1938 roku miałem najlepsze w tym okresie wyniki - jako 14-letni chłopak, także wśród seniorów. Nie klasyfikowali nas wtedy osobno. Wszyscy razem startowali i byli oceniani bez podziału na wiek. Bieg zjazdowy jeździliśmy na trasach FIS 1 i FIS 2, dziś już zarośniętych. Na Międzynarodowych Mistrzostwach Polski w biegu zjazdowym na 167 startujących zająłem 18. miejsce.
Wtedy był taki regulamin: w zależności od tego, które miejsce zajęło się w biegu zjazdowym, to w takiej kolejności takiej startowało się w slalomie specjalnym w Suchym Żlebie. W slalomie specjalnym zająłem 8. miejsce. To był dobry wynik. A w kombinacji alpejskiej byłem chyba 7.


- To były pana pierwsze ważniejsze zawody?


- Tak. Nie miałem takiego kolegi w moim wieku, z którym mógłbym jeździć. Zaczynał wtedy Andrzej Bachleda. Ale on pochłonięty był nauką, studiami. To był 1938 rok. Jeszcze w 1939 startowałem w eliminacjach do Mistrzostw Świata, ale okazało się, że trzeba było mieć skończone 16 lat, a nie 15... No a później nadeszła wojna, i tak się skończyło narciarstwo.

- Po wojnie jeszcze pan startował?


- Startowałem, ale o tym to ja nie chcę mówić, bo to przykre sprawy. 9 lat w ogóle nie jeździłem na nartach.

- A jakie to były te sprawy? Czy może zechce coś pan o tym powiedzieć?

- Związane były z moją działalnością w Armii Krajowej. Do końca wojny byłem w AK. Ostatnie lata działałem w partyzantce, to był I Pułk Strzelców Podhalańskich, IV Batalion "Lamparta". A po wojnie mnie aresztowali. I jechałem już na Sybir ze Słowacji, bo w Zakopanem mnie aresztowali, przeprowadzili na Słowację, tam był punkt zborny. To stamtąd uciekłem. Ale niedługo się cieszyłem wolnością. Po raz drugi wpadłem, podczas obławy NKWD. Dowódca naszego oddziału postanowił, że nie ma tu już czego szukać, trzeba uciekać za granicę. Mieliśmy iść przez góry do Austrii. W gospodarstwie za Gubałówką była zbiórka. Czekaliśmy na nich, ale nie przyszli. Zostałem tam wysłany, żeby zobaczyć, się dzieje. A tam było piekło. Była obława. Mogłem się wycofać, ale chciałem ich ostrzec, żeby się ratowali, uciekali. Ale nie dało się. I tak przeszedłem przez NKWD, UB, Plac Inwalidów w Krakowie, forty na ul. Kamiennej. Gdy siedziałem w IV bastionie, zorganizowaliśmy ucieczkę, przy pomocy z zewnątrz.

- Jak udało się wam uciec?

- Można się było zgłaszać do pracy na ochotnika. Na górze rosły drzewa, krzewy, nic nie było widać, że pod spodem są forty. Wartownicy spacerowali na górze ścieżeczkami. Były one wysypywane jasnym pisakiem, żeby wiedzieli, którędy chodzić. Zgłaszałem się do pracy, zawsze to świeże powietrze. Po kilku razach zorientowałem się, że można uciec. Wyjeżdżaliśmy taczkami na zewnątrz fortu przy ul. Kamiennej. Tam za murem był piasek i trzeba było go załadować na taczki i wracać z powrotem na górę, by wysypać te ścieżeczki. Jeden wartownik pilnował, a my we dwóch jeździliśmy, woziliśmy ten piasek. Dwóch naszych kolegów już było umówionych i tego wartownika myśmy troszkę unieszkodliwili. Przeżył. Mieliśmy podstawiony samochodów na skrzyżowaniu, teraz tam się na tej ulicy Kamiennej trochę pozmieniało, byłem tam zaglądnąć. Uciekało nas czterech. Biegłem ostatni do samochodu, jeszcze trzeba było przedrzeć się przez płot i druty kolczaste. Dobiegłem do samochodu, silnik był zapuszczony, a jak wsiadłem, to zgasł. Tego nie zapomnę. Po którymś razie zastartował i zaczęła się jazda po ulicach Krakowa. Kierowca wiedział, jak i gdzie jechać. Strzelali do nas chyba, bo tak coś po tym samochodzie dudniło przez moment. Wjechaliśmy na jakieś podwórko, był tam warsztat samochodowy. Po 9 - 10 latach szukałem tego miejsca, ale nie mogłem znaleźć. Tam przesiedzieliśmy dzień, dali nam ubrania, i każdy ruszył w swoją stronę. Ja do Zakopanego. To była jesień 1945 roku. Mostów na Wiśle nie było... Ale też nie napotkałem na żadną kontrolę. Wróciłem do Zakopanego. Ale tu nie było co robić. Wyjechałem na Ziemie Odzyskane, na zachód, zresztą całe nasze towarzystwo. Tam więcej było AK-owców niż wszystkich innych...

- Jak pan rozpoczął powojenne lata? Co pan wtedy robił, z dala od Zakopanego?


- Praca była w nadleśnictwie, tylko tam było dla nas najbezpieczniej. Nadleśnictwo nad samą Odrą, Mosina Gorzowska, Gorzów Wielkopolski. Ale i to się skończyło, bo ktoś mnie rozpoznał, przecież UB miało swoich ludzi. I aresztowali mnie w Gorzowie Wielkopolskim. Były śledztwa, nie ma co opowiadać. Po miesiącu przewieźli mnie do szpitala w Gorzowie Wielkopolskim. Tam bardzo fajny personel się mną opiekował.

- Dlaczego pana przewieźli do szpitala?

- No wiadomo było, że po śledztwach byłem słaby i dobity... Ale szybko doszedłem do siebie, bo personel był fajny, opiekowali się mną. Udawałem, że jestem słaby, nie mogę chodzić. Tam byłem prawie 4 tygodnie. Z tego szpitala uciekłem. To był chyba 1952 roku.

- To tak długo był pan na Ziemiach Odzyskanych?


- Wróciłem tu do Zakopanego, ale do 1954 roku ukrywałem się. 13 grudnia ujawniłem się w wojskowej prokuraturze w Zielonej Górze. Tam były dokumenty opisujące moją działalność. Byłem tam 3 dni, po czym zwolnili mnie.

- Czy to dla pana oznaczało w końcu normalne życie bez konieczności ukrywania się?


- Prawie normalne. Bardzo chcieli, żebym został tam, gdzie pracowałem, ale wróciłem do Zakopanego. Koledzy, znajomi z klubu "Start", jak mnie zobaczyli - bardzo pomogli. I zacząłem startować. Mimo 10 lat przerwy i mojego wieku - miałem wtedy 30vlat - miałem świetne wyniki. Zaraz podczas pierwszych Mistrzostw Polski w narciarstwie zjazdowym w Szczyrku byłem wśród 10 najlepszych. Ale wiedziałem, że to już nie ma co... Zacząłem zresztą pracować ratownictwie. Ratownictwo - to była tradycja rodzinna. Mojej mamy brat był ratownikiem i przewodnikiem, ojciec - przewodnikiem, dziadek - przewodnikiem. Całe towarzystwo. Ja się w tej atmosferze wychowywałem, kolegów miałem, którzy już pracowali w TOPRze, a raczej w GOPRze, bo wtedy jeszcze był GOPR. Czasem im pomagałam, i na Kasprowym, i jak się w górach coś działo. Bardzo im przypadłem do gustu, mówili, że powinienem działać w ratownictwie. Najstarsi też mnie akceptowali Byrcyn, Szymków Gąsienica, ten z Lasa Wawrytki. Ten początkowy okres szybko przeszedł, i zacząłem pracę jako ratownik zawodowy. Wszystkie stopnie po kolei przeszedłem. Aż do emerytury... Miałem też stopień instruktora narciarskiego.

- Pracował pan również jako przewodnik tatrzański?


- Byłem przewodnikiem, ale mnie to jakoś nie ciągnęło. W czasie urlopu, w wolnych dniach wolałem pracować w szkółce taternickiej w "Betlejemce" na Hali Gąsienicowej, albo przy remoncie szlaków, żeby sobie dorobić. Bardzo dobrze można był osobie zarobić. Malowaliśmy słupki graniczne od Wanty aż do Doliny Chochołowskiej. Było nas 4 kolegów. Nasz odcinek był od Wanty aż do Zadniego Mnicha. Zbigniew Wójcik (naczelnik GOPR - przyp. red) nas zwalniał, i pracowaliśmy.


- Kim byli pana mistrzowie? Kto pana uczył ratownictwa, taternictwa?

- Nie chciałbym o tym mówić, ponieważ to nie był jeden człowiek ani nawet dwóch. Mógłbym kogoś pominąć. Gdy zacząłem pracować jako ratownik zawodowy, ci, którzy już byli, bardzo mi pomagali. Stworzyliśmy taką fajną grupę. Zainicjowaliśmy przejście z ratownictwa tradycyjnego do nowoczesnego. To był trudny okres, bo w grupie byli zwolennicy i przeciwnicy.

- Co oznaczało wtedy ratownictwo tradycyjne i nowoczesne?

- Najpierw wprowadzenie zestawu Grammingera. Było tylu przeciwników co i zwolenników. Jednak nawet ci najstarsi gdy zobaczyli jak to działa, jednak się przekonali. Potem rozpoczęła się era łączności radiowej. Inżynier Wojciech Nietyksza zrobił nam pierwsze przenośne "Klimki" i stacjonarne "Wawy". - To był chyba początek lat 60.


Dalsza część wywiadu dostępna na Nasz Kasprowy.
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Maciek Szopa
 
2018-07-22
GÓRY
 

Andrzej Bargiel zjechał na nartach z K2!!!

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-07-22
GÓRY
 

Andrzej Bargiel zdobył K2 - teraz rozpoczyna zjazd!

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-07-21
GÓRY
 

Bardzo dobre warunki na K2 - 31 osób na szczycie

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com