facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2012-03-09
 

Zakończenie lata na Górze Kościuszki

Pół roku temu, wspólnie z Pawłem Gospodarczykiem, prezesem „Strzelecki Heritage Inc”, postanowiliśmy zorganizować imprezę „Zakończenie lata na Górze Kościuszki” na szczycie najwyższej góry w Australii.
Bez wsparcia innych organizacji polonijnych w Australii, zamierzone zadanie wyglądało na nieosiągalne. Jednak po paru miesiącach starań udało nam się zebrać dużą grupę pomocników i, co najważniejsze, fundusze potrzebne na organizację tak wielkiej imprezy.

W programie znalazły się 4 sportowe wydarzenia: wejście oryginalną trasą Pawła Edmunda Strzeleckiego na najwyższy szczyt kontynentu, 11-kilometrowy bieg na Górę Kościuszki, jazda na rowerze oraz wspólny spacer malowniczą trasą „Main Range Walk” z widokami na polodowcowe jeziora.

Impreza rozpoczęła się w piątek, 10 lutego, od przejścia szlakiem Strzeleckiego.

Australijskie Biuro Meteorologiczne przewidywało opady deszczu, niskie temperatury i silnie wiejący wiatr, co zmniejszyło planowaną 15-osobową grupę do trójki najwytrwalszych. W grupie tej znalazł się David Broadfield, Patryk Wasilewski i Oscar Kantor.

Przygoda rozpoczęła się w Geehi, małej miejscowości górskiej, która znajduje się ok. 400 km na południowy wschód od Sydney i 80 km od Jindabyne (miasteczko turystyczne w Górach Śnieżnych Australii, w którym znajdują się sklepy, stacje paliw, kino oraz dyrekcja Parku Narodowego Kościuszko).

Przez Geehi przepływa Swampy Plain River, którą na początku wędrówki należy przekroczyć wpław. W lutym jest to strumień, którego głębokość nie przekracza metra, więc nie ma większego problemu, aby przedostać się na drugą stronę. Po pokonaniu pierwszej przeszkody, rozpoczęliśmy naszą wyprawę.

Prognoza pogody na nasze szczęście nie sprawdziła się i do wieczora było pięknie.


Od lewej Patryk Wasilewski, David Broadfield i Oscar Kantor. Fot. Oscar Kantor

Trasa zaczyna się na wysokości 400 m n.p.m. i kończy się na 2228. Jest to największa różnica wysokości w Australii. Nie jest to zwykły „bushwalking”, ponieważ w wielu miejscach używa się rąk do przechodzenia przez powalone przez pożary wielkie drzewa.

Szlak, czy raczej pozostałości po szlaku, nazywany jest przez władze lokalne, dziką strefą.
W XIX wieku trasą tą przepędzano bydło na hale Gór Śnieżnych. Od nazwiska właściciela, który pierwszy ją przeciął nazywała się „Hannels Spur Track”. Po utworzeniu Parku Narodowego, przy niewielkim zainteresowaniu turystów porosła ona dużą ilością drzew i krzaków, przez co nawigacja w terenie jest dosyć trudna i aby nie zgubić się na dobre, koniecznie należy mieć ze sobą kompas i mapę topograficzną terenu.

Szczerze mówiąc, cieszyłem się, że w tym roku miałem ze sobą tak małą grupę ludzi, bo technicznie nie byłoby możliwe przeprowadzenie większej grupy tą trasą.

Z informacji udzielonych mi przez zaprzyjaźnionego przewodnika górskiego i instruktora narciarskiego, Bruca Eastona, dowiedziałem się, że znakowanie tej trasy i ostatnia przecinka odbyła się w roku 2001. Dyrekcji Parku najwyraźniej nie zależy na tym, aby tą piękną wędrowało wielu turystów, ponieważ w przypadku załamania pogody lub wypadku, trudno byłoby do nich dotrzeć. Z drugiej strony, dbając o trasę Strzeleckiego, można by nadać jej szczególny charakter jako „historyczne przejście” (Historic Trail). 12 marca, 1840 roku, Paweł Edmund Strzelecki wszedł tą drogą na najwyższy punkt Australii, na Górę Kościuszki.

Niestety, natura nie pomaga w utrzymaniu tego szlaku w dobrej kondycji. Duże opady deszczu i regularne pożary, zamieniają ten teren w dżunglę nie do przebycia. Nasz klub „Strzelecki Hiking Club” regularnie od 2009 roku „przechadza” się tą trasą i niestety muszę stwierdzić, że z roku na rok trasa jest coraz gorsza, bardziej zarośnięta, jest wręcz w opłakanym stanie.

Na odcinku od Swampy Plain River do górnej granicy lasu jest tylko jedno miejsce, gdzie można rozbić kilka niewielkich namiotów. Nazywa się ono „Moiras Flat”. Znajduje się tam również woda. Woda płynąca w górskim strumieniu „Kosciuszko Creek” jest zdatna do picia bez przegotowania.

Doskonale wiedzieliśmy, że nadchodzi wielka burza z gradem i tak też się stało po dosłownie paru minutach od rozbicia naszego pierwszego obozu. Niestety nie zdążyliśmy nazbierać suchego drewna na ognisko... i tu właśnie zaczęła się nasza prawdziwa przygoda, która trwała do niedzieli.

Po paru godzinach deszcz przestał padać, jednak pojawił się kolejny problem. Przymrozek...
Temperatura gwałtownie spadła do 0 st.C. Nie było innego wyjścia, jak tyko rozpalić ogień, ale jak? Wszystko było zamoczone: zapałki, zapalniczki i przede wszystkim drewno. Na pomoc przyszedł nam nóż „survivalowy” reklamowany przez znanego poszukiwacza przygód – Bear Grylls. Nóż ten ma w sobie zainstalowaną nowoczesną rozpałkę, która działa nawet w deszczu. System jest bardzo prosty, a mianowicie aby uzyskać iskrę wystarczy potrzeć specjalny materiał „Ferrocerium” -  (mieszanka wielu metali: Żelazo:19%, Cer: 38%, Lantan:22%, Neodymowy:4%, Prazeodym: 4%, Magnez: 4%) o stal.

Przez potarcie o stal, czyli ostrze noża, możemy wywołać iskry o temperaturze 1650 st. C, co w zupełności wystarcza, aby rozpalić ogień. Aby jednak iskra zajęła się ogniem potrzeba mieć coś suchego na rozpałkę... Na szczęście zabrałem ze sobą watę, która świetnie się pali i co najważniejsze jest lekka.

15 kilogramów, to maksymalny limit ciężaru plecaka na tego typu wycieczki, my jednak postanowiliśmy zmniejszyć go do 10 kg, co nie było łatwe. Każdy z nas musiał mieć przy sobie 3 litry wody, namiot, śpiwór, trochę jedzenia i parę podstawowych rzeczy potrzebnych do przeżycia w lesie. Stwierdziliśmy, że aby udało się wszystko spakować do 10 kg, jedynym wyjściem było zabrać jak najmniej jedzenia. Bez jedzenia człowiek może przeżyć nawet kilkanaście dni, ale bez wody tylko parę. Więc naszym priorytetem była woda, natomiast „prawdziwe jedzenie” zastąpiliśmy energetycznymi batonikami, żółtym serem, orzeszkami ziemnymi, pestkami dyni, suchą kiełbasą oraz dietą aborygeńską tzw. „bush tucker”. Dieta ta opiera się na owocach, które rosną w lesie, dzikie pomidory, papperberry-odmiana jagód, czernice, dziki górski pieprz, „Blue Flax Lily” (niebieskie jagody) oraz „Bogong Moth” - w wolnym tłumaczeniu - ćmy, które zalegają jaskinie w wyższych partiach gór.


Fot. Oscar Kantor

Owe ćmy, nie wyglądają zbyt apetycznie i nie każdy ma ochotę je spróbować, ale jak się je odpowiednio przyrządzi to, uwierzcie mi, smakują jak masło orzechowe. „Bogong Moth” przez tysiące lat były konsumowane przez Aborygenów, którzy regularnie odwiedzali Góry Śnieżne Australii. Aborygeni przemierzali setki kilometrów, większość z nich przybywała z odległych i gorących terenów północnego Queenslandu, aby się ochłodzić i najeść do syta owymi ćmami, które są świetnym źródłem protein i kalorii. Ciekawostką jest to, że owe ćmy, pokonują tysiące kilometrów, aby dolecieć do jaskiń w Górach Śnieżnych. Są dalekodystansowcami, co rzadko się zdarza w świecie owadów.

Przez wielotysięczne migracje, ćmy nieraz już zakłóciły rożnego rodzaju koncerty czy imprezy np. Australia Open, wielkoszlemowy turniej tenisa ziemnego, wielokroć nie oszczędziły też parlamentu australijskiego w Kanberze, który stoi dokładnie na trasie ich przelotu.

Do dzisiaj nie jest pewne, dlaczego „Bogong Moth” przemieszczają się w tak odległe Góry Śnieżne.

Ale wracając do naszej wyprawy, po około półgodzinnych próbach, udało nam się rozpalić ogień, mogliśmy zagotować wodę na herbatę, osuszyć się i co najważniejsze ogrzać się.
W sobotę planowaliśmy wyruszyć bardzo wcześnie, jednak deszcz po raz kolejny pokrzyżował nam zamiary. Niestety musieliśmy poczekać do 10-tej, kiedy to przestało padać. Wreszcie wyruszyliśmy.

Teren stawał się coraz trudniejszy i trudniejszy. Ostatnie pożary lasu, pomogły w szybszym rozprzestrzenianiu się drzew i krzewów (popiół po spalonych drzewach jest świetnym naturalnym nawozem, więc krzaki i zarośla rosną jak przysłowiowe grzyby po deszczu).
Z moich obserwacji, mogę stwierdzić, że w porównaniu z rokiem 2011, chaszcze są wyższe o ponad  metr. Trzymetrowe chaszcze, na dodatek mokre od deszczu, nie przypadły nam zbytnio do gustu...

Już po godzinie wędrówki okazało się, że z północy nadchodzi kolejna burza i kieruje się dokładnie w naszą stronę. Mieliśmy dwa wyjścia, jedno to rozbić obóz gdzieś w krzakach na stoku nachylonym ok. 60 stopni, albo po prostu uciekać przed deszczem. Wybraliśmy to drugie rozwiązanie, zaczęliśmy się kierować na południowy zachód, w innym  kierunku niż nasz cel – Góra Kościuszki.

Przez zmianę kierunku naszej wyprawy, wiedzieliśmy, że możemy opóźnić się nawet do paru godzin. Jak się później okazało, ucieczka przed deszczem opłaciła się. A spóźnienie na szczycie było minimalne, tylko jedną godzinę, co przy 2,5-dniowej wyprawie jest niczym. Piszę spóźnienie, ponieważ nasza wyprawa była częścią „Zakończenia lata na Górze Kościuszki” imprezy zorganizowanej wspólnie z „Strzelecki Heritage Inc” i mieliśmy zameldować się około godziny 10 rano, aby powitać innych uczestników imprezy.

Kolejną noc spędziliśmy tym razem w... jaskini, nieopodal „Byatts Camp”, jakieś 200 metrów od oryginalnego szlaku „Hannels Spur Track”. Jaskinia była na tyle duża, że pomieściła całą naszą grupę wraz z plecakami. Jedynym problemem była szczelina w „dachu”, którą musieliśmy w jakiś sposób zakryć, aby do środka nie dostał się potencjalny deszcz. Wykorzystaliśmy starą metodę Aborygenów, kamienie, liście i mech.

Jaskinia miała dwa wejścia, czyli była doskonałym kominem. Bez obaw mogliśmy rozpalić w niej ognisko, na którym przysmażyliśmy sobie pożegnalne porcje polskiej kiełbaski... i wspomniane wcześniej ćmy „Bogong Moth”.

Nie zabrakło śpiewu i opowieści o Górach Śnieżnych. Jeden z uczestników wyprawy, Australijczyk, David Broadfield, okazał się świetnym piosenkarzem, który co raz serwował nam australijskie piosenki i przeboje, m.in. "Waltzing Matilda" (nieoficjalny hymn australijski) czy „Beds Are Burning” (hit lat 80-tych zespołu Midnight Oil).

Trzeciego dnia naszej wyprawy, postanowiliśmy wyruszyć bardzo wcześnie, już o godzinie siódmej byliśmy w dalszej drodze na Górę Kościuszki.

Górna granica lasu w Górach Śnieżnych przebiega na wysokości ok. 1800 m n.p.m., co w dużym stopniu ułatwia wędrówkę, a więc była już ona dla nas samą przyjemnością.

Aby podążać dokładnie tak jak Strzelecki, nie ominęliśmy również drugiego co do wysokości szczytu w Australii – Mt Townsend (2209 m n.p.m.). To właśnie na tym wierzchołku Strzelecki stwierdził, że jeszcze nie wszedł na najwyższy szczyt Australii, po czym udał się w kierunku Góry Kościuszki, którą nazwał na cześć bojownika o wolność i suwerenność, bohatera narodowego – Tadeusza Kościuszki.

Przepiękne widoki, roztaczające się wokół nas, dodawały nam otuchy i po krótkim marszu znaleźliśmy się na szczycie „dachu Australii”, gdzie powitał nas Konsul Generalny RP w Sydney – Daniel Gromann, wraz z przedstawicielem Rady Naczelnej Polonii Australijskiej – Dr. Włodzimierzem Wnukiem.


Fot. Krzysztof Bajkowski

Na szczycie Kościuszki, spotkali się również inni uczestnicy imprezy „Zakończenia lata na Górze Kościuszki”, biegacze Kosciuszko Run, rowerzyści oraz piechurzy, którzy „podchodzili” pod górę z dwóch stron, jedna grupa z Charlotte Pass, a druga od górnej stacji wyciągu krzesełkowego z Thredbo.

Kiedy wszyscy spotkali się na szczycie, Paulina Caine, znana australijska piosenkarka polskiego pochodzenia, odśpiewała hymny Australii i Polski. Do całości akompaniowała nam gitara, „przyciągnięta” na górę przez „Koło miłośników wycieczek”, którego założycielem jest Darek Plust i bez którego nie byłoby tak wesoło i tak skocznie podczas całej imprezy.

Po blisko godzinnym wspólnym śpiewie, wszyscy razem udaliśmy się do Jindabyne, gdzie Paulina Caine wraz z Sylwestrem Gładeckim przygotowali muzyczny koncert i gdzie zostały również rozdane nagrody i medale dla zwycięzców trzeciego już z rzędu biegu na Kościuszkę – Kosciuszko Run.

Wyniki biegu Kosciuszko Run 2012:


Kategoria mężczyzn:
Nr : 11 Paul Flannery 55.06
         1 Chris Llewellyn 61.22
         5 Witold Krajewski 63.53
         3 Andrew Krajewski 68.40
       10 Paul Gospodarczyk 84.23 (organizator biegu)
         4 Eryk Wasilewski 89.30

Kategoria kobiet:
Nr.:    6 Hannah Flannery 55.50 (zwyciężczyni biegu w 2011)
        24 Jennifer Lloyd 70.54
        23 Lucy Shumack 79.46
        21 Rachel Marsden 84.51

W imieniu organizatorów „Zakończenia lata na Górze Kościuszki 2012”, dziękuję wszystkim, którzy zaszczycili nas swoją obecnością na szczycie, wszystkim tym, którzy pomagali nam przy organizacji tej imprezy i którzy przyczynili się do jej sukcesu.

Dziękuję i do zobaczenia za rok.

Pełna lista osób i firm zaangażowanych w imprezę znajduje się na naszej stronie internetowej www.strzeleckiclub.com/endofsummer


Tekst: Oscar Kantor

Zdjęcia: David Broadfield, Oscar Kantor, Krzysztof Bajkowski i Patryk Wasilewski

Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com