facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-05-07
 

Z woreczkiem przez Dziki Zachód

Chcemy Wam przybliżyć prawdopodobnie najlepsze rejony wspinaczkowe, jakie można sobie  wyobrazić. 300 dni lampy w roku? No problem man! Darmowy camping? No prob man! Nie masz sprzętu? No prob man, powspinaj się z nami!


Tekst: Majka Kotarska  & Krzychu „Krzykacz” Belczyński

Zaczęło się zmieniać po spokojnym przyznaniu się do winy. Todd Skinner, czołowy (kowboj) wspinacz rysowy, któremu nieobce też były buldery i sportowe wyczyny, przyznał kilkanaście lat temu, że Europa jest czołówką wspinania, a Amerykanie jedynie mogą się od nas uczyć. Chyba nadszedł czas, aby ktoś z europejskiej czołówki wstał i oddał Amerykanom należny szacunek. I to nie tylko w alpinizmie, gdzie Rosjanie, brnąc jak czołgi (po trupach), pokonują oblężniczo ściany, które Amerykanie atakują w niewielkich zespołach bez wsparcia i tylko z tym, co mogą upchnąć po przysłowiowych kieszeniach, ale także w sportowym wspinaniu, gdzie drogi czy to Sharmy czy Grahama są często „nierobliwe” dla nawet najlepszych w Europie, by tylko wspomnieć komentarz Francuzów o „niemożliwym dla Europejczyków” strzale Sharmy na Realization lub przypomnieć jak Josh Wharton prowadził kluczowy wyciąg na trzykilometrowej drodze, otwartej w stylu alpejskim w Karakorum, w jednym paskowym raku (sic!) na adidasku, na drugiej nodze mając but wspinaczkowy, 1.5 dziaby (1 ucięta w połowie, bo 2 byłyby za ciężkie); był to bodajże piąty dzień wspinaczki (biwaki bez portala czy namiotów), a gaz skończył się po pierwszym dniu... Anegdoty można przytaczać bez końca, ale jedno wydaje się jasne: dzisiaj to Amerykanie ustalają czystość oraz jakość stylu i są w tym naprawdę dobrzy.

A stylu uczyli się właśnie na zachodzie USA. Chcemy Wam przybliżyć prawdopodobnie najlepsze rejony wspinaczkowe, jakie można sobie  wyobrazić. 300 dni lampy w roku? No problem man! Darmowy camping? No prob man! Nie masz sprzętu? No prob man, powspinaj się z nami! Hej, masz ochotę zapalić? Tu masz jointa! Chcesz jakiegoś browara? Idziemy jutro zrobić tę czy tamtą wieżę? A może byśmy otworzyli tu jakąś drogę, co? Hej, a może kopniemy się na dechę na pobliską górkę czy do jakichś gorących źródeł na rescie?! etc etc... A wkoło tysiące (nie przesadzam!), tysiące wież, skał, dróg do spróbowania, przewspinania, wyuczenia. I wiele osób w USA tak właśnie żyje, wspinając się na 100%, mieszkając w swoich samochodach (pełny luz: łóżko, kuchenka, a czasami nawet trafi się jakaś dziewczyna (sorry, tudzież i chłopak), żeby dzielić trudy dnia powszedniego...

Nie będę się tu więcej wymądrzał, bo dopiero co, mniej więcej rok temu, zacząłem uczyć się po odstawieniu ław i hakówki. W każdym razie Europa dostaje w dupę w górach takich jak Himalaje czy Karakorum, bo po prostu nie umie wspinać się w rysach. Yo, myślisz, że jeśli umiesz ściągnać się z jednego palca, to coś zrobisz w górach?! Gówno prawda. To ci tutaj, którzy czasami mają problem, żeby raz zadać na drążku, a potrafią się klinować w rysach (od milimetrowej po metrową), w górach rozwalają problemy, wydawałoby się nie do przejścia bez ław, haków i spitów.  Oni to robią na własnej albo w ogóle bez asekuracji. To jest właśnie cool, ale nam trudno to przyznać. I gdy czyta się doniesienia polskie z Doliny, że jakiś wyuzdany filozoficznie Regan (sic!; GÓRY nr 160) czy ironicznie nastawiona Samson z Belczyńskim (GÓRY nr 160) biją te haki i jeszcze się tym chwalą, czy że jakiś Krawczyk, Marcisz albo Ciesielski przeszli następną 5.11-stkę (VI.2), to chce się rzygać, szczególnie że te wszystkie ich drogi tu robi się albo treningowo, albo na rozgrzewkę… Ok, tyle więc słowem rozgrzewki. Oddaję głos Majce, aby was wprowadziła w zaczarowany świat rys, w którym zaistniały takie fenomeny jak Lynn Hill, Dean Potter, Steph Davis, Peter Croft, Beth Rodden, Tommy Caldwell, Bobbi Bensman etc. I ostatnia uwaga ode mnie. To naprawdę nieważne, czy Wam się podoba ten tekst czy nie, liczy się to, czy potraficie wyciągnąć z niego wnioski i czegoś się po drodze nauczyć.


Fot. Chris Gilles



Magister, impreza, parę drinków, szybka decyzja. Doktorat, oferty pracy, rzeczywistość powoli przebija się do mózgu, ale gdzieś głębiej, daleko zakopana na czas studiów, leży pasja tego cholernego wspinania i nie da o sobie zapomnieć... Nie za rok, tylko teraz! Znudzona codziennym życiem, zmęczona szarością dużego miasta, zapakowałam „woreczek” i ruszyłam w stronę gór. I tu wszystko się zaczęło: Durango, Kolorado, bajkowe pogranicze gór i pustyni. Misja była prosta – wyjść ze świata fantazji i wreszcie zacząć wspinać się „for Real”. 

Najpierw był Indian Creek, 2 godziny na północny-zachód od Durango. Magiczne Utah, gdzie by nie spojrzeć tysiące rys przedzierają się przez skały. Cienkie, szerokie, offy, na palce, na całe ciało, długie, krótkie, przewieszone, zacięcia, kominy, coś dla każdego. Nowe środowisko wspinaczy było dla mnie niezwykle życzliwe. Starałam się od każdego czegoś nauczyć. Od tych brudnych hipisów mieszkających w samochodzie po sławy jak Jim Donini czy Vince Anderson. Gdy po raz pierwszy uczyłam się klinować ręce, palce i stopy, czułam się, jakbym znalazła magiczny kuferek, z którego do dnia dzisiejszego zawsze mogę wyciągnąć jakiś skarb, na każdej drodze. Dość szybko emocje wiszenia na wędkę przestały dostarczać dziennej dawki adrenaliny, więc uzbroiłam się w arsenał friendów i sama zaczęłam prowadzić. Indian Creek szybko stał się dla mnie drugim domem. Zamiast uczelni, obiadów w restauracji,  butów na obcasie czy szminki na ustach, standardem stały się długie dni w skałach, noce pod gołym niebem, tuńczyk z puszki i prysznic co 7 dni. Poczucie winy z powodu pozostawienia „normalnego” życia słabło coraz bardziej i powoli wspinanie stało się moją codziennością, która jak dotąd jeszcze nigdy mnie nie znużyła.


Fot. Chris Gilles



Skała w Indian Creek to piaskowiec windgate, jeden z najtwardszych i najlepszych rodzajów tej skały.  W związku z tym rysy w Indian Creek są niemalże idealne. Nieraz na jeden wyciąg potrzeba dziesięć takich samych friendów. Siłowo i technicznie wspinanie w tym rejonie potrafi być ciężkie, chwytów, na których można sobie „odpocząć” raczej brak, ale perfekcyjne rysy oferują komfort mentalny. O ile mamy sprzęt, to raczej niemal na pewno da się go założyć. I jeśli umiemy to zrobić, to raczej zawsze można go założyć w niemalże książkowy sposób.

Na jesieni do Indian Creek zjeżdżają tłumy i można tam spotkać każdego: od Lynn Hill i Sonniego Trottera, przez mnóstwo dobrych wspinaczy, o których nikt nigdy nie słyszał, po wycieczki żółtodziobów z Nowego Jorku czy Los Angeles. A jeśli widzicie kogoś, kto robi Supercrack na dilfra, to musi to być Europejczyk! 

Z tą myślą i woreczkiem umiejętności nabytych w Indian Creek przemieszczamy się mniej więcej godzinkę na wschód. Wczesna jesień, w Moab jeszcze tłumy turystów, więc jedziemy dalej do Castle Valley. „Dolina zamków”, ale nie takich jak w Europie – tutejsze pustynne twierdze są o wiele starsze – liczą swój wiek w milionach lat. Mało które widoki można porównać do Castle Valley. Gdzie nie spojrzeć wyłaniają się bajkowe giganty z piaskowca. Jeden, drugi, trzeci, o popatrz – tam następny, a te wyglądają jak bliźniaki! Pierwszy raz udałam się tam na parę dni, zostałam trzy tygodnie.

Początki w Indian Creek były fajne. Fajnie jest załoić trudną rysę, bezstresowo zaliczyć długi lot, albo „relaksować” się na popularnych klasykach.  Podejścia najwyżej 15-minutowe, co wyciąg siedzimy tyłkiem na ziemi, można wciągnąć kanapkę, zapalić skręta – co kto lubi. Tysiące dróg, więc czego jeszcze można chcieć?  Bo człowiek to taka pazerna bestia! Hmm, a jakby te wyciągi były jeden na drugim...  A gdybym tak mogła ten wór ze sprzętem zamiast paru minut tachać przez półtorej godziny, a potem cały dzień wisieć w pustynnym pionie, przeciskać ciało w offach bez asekuracji, zdzierać palce na nieoczekiwanych trudnościach, a w międzyczasie urywający łeb wiatr, partnera już dawno nie widać i nie słychać, pot w oczach, piach w ustach... To dopiero poezja! Nie rozumiem, dlaczego ludzie częściej nie spędzają wakacji w ten sposób?


Fot. Maja Kotarska



W Castle Valley takie rysy jak w Indian Creek potrafią być jedna na drugiej i piętrzyć się przez dwieście metrów. Najbardziej znaną formacją jest Castleton Tower. Access Fund wykupił teren, więc aż milo przeczytać na parkingu „FOR CLIMBERS ONLY”. Tu można przespać się w towarzystwie wielu innych „obywateli świata”, aby o świcie zapoznać się z „Donnini Effect”. Fenomen ten został nazwany oczywiście na cześć znanego wszystkim Jima Donnini, który mimo iż jest sporo po sześćdziesiątce, ma więcej energii niż niejeden z nas i widząc kogoś lub coś (może to być pies czy turysta) na szlaku ma jedną misję – dotrzeć pod ścianę jako pierwszy. Mówi, że w jego wieku to ważne. Może nie znacie tej nazwy, ale uczucie zapewnie nie jest nam obce. Idąc więc np. w piękny jesienny dzień o szczycie sezonu na Castleton Tower, można się pościgać na szlaku z całą resztą. Głównie tylko po to, aby po godzinnym zapierdalaniu pod górę z ciężkim worem dowiedzieć się, że każdy idzie na inną drogę, bo jest ich tu dostatek. Najczęściej oblegane drogi to te najłatwiejsze (Korr-Ingalls i North Chmimney, 5.9), moim zdaniem najgorsze. Jeśli pisze w przewodniku, że to klasyk to kto to k*@#** pisze? Z doświadczenia wiem, że na pustyni reguły są inne: im teoretycznie łatwiej, tym gorzej, a kto by chciał umierać na 5.7? Więc jeśli nie prowadzicie 5.10, to zanim weźmiecie się za te turnie, radzę wrócić do Moab i załapać silnego partnera lub udać się z powrotem do Indian Creek. Z reguły około 5.10 skała jest lepszej jakości, rysy są czystsze i asekuracja jest nie tylko psychiczna, ale coś by tam utrzymała. Może inaczej jest w Yosemitach, ale tutaj to nie granit. Nie mam tutaj pięknych 5.6. Na pustyni 5-łatwo równa się horrorowi. Zazwyczaj jest to teren typu połamane bloki z miękkiej skały, dziury w ścianie i innego typu formacje z psychiczną asekuracją lub jej zupełnym brakiem.

Często też tzw. crux, jeżeli chodzi o trudności nie równa się cruxowi mentalnemu. Szybko się tego nauczyłam na północnej ścianie Castleton Tower. Całą noc przekręcałam się z boku na bok. Pod niebem usłanym gwiazdami zastanawiałam się, czy uda się opchnąć pierwszy wyciąg o trudnościach 5.11b. Poprzedniego dnia zrobiliśmy Korr-Inglles, po której obiecałem sobie, że już nigdy więcej nie idę na żaden klasyk. Trzeba zrobić coś sensownego. I mimo iż blisko do  Indian Creek, to nie wypada latać. A jeśli skała krucha? A jak nie będzie już odpowiedniego frienda? A jak się zaczepi lina przy zjazdach? Przecież to moje pierwsze długie drogi! Mój chłopak jeszcze zielony, dopiero zaczął się wspinać, nie mam komfortu „kochanie poprowadzisz?”. Belczyński to przynajmniej małpy na pierwsze drogi brał...

Dokończenie w: Góry, nr 1-2 (164-165) styczeń-luty 2008

(kg)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com