facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2005-03-27
 

Z upału w śnieg (JEBEL MGOUN)

„Upał” to pierwszych kilka dni spędzonych w półpustynnych górach Sarhro, „Śnieg” to z kolei trekking w regionie Jebel Mgoun...


Jeżeli ktoś poprosiłby mnie bym jak najkrócej streścił naszą wyprawę w góry Maroka, powiedziałbym: „z upału w śnieg”. „Upał” to pierwszych kilka dni spędzonych w półpustynnych górach Sarhro, oddzielających masyw Atlasu Wysokiego od Sahary. „Śnieg” to z kolei trekking w regionie Jebel Mgoun (4068 m) - drugiego pod względem wysokości szczytu Maroka. I właśnie o tej części wyprawy chciałbym opowiedzieć.

Jest nas sześcioro i stanowimy już zgrany zespół, zahartowany w górach i na pustyniach Jordanii („Pustynia, góry i wiatr, czyli trekking w Jordanii”, GÓRY 2002/11). Wyruszamy w połowie kwietnia, dość wczesnej porze roku jeżeli chodzi o sezon trekkingowy, co miało w sumie zimno-śnieżne konsekwencje.
Po zejściu z gór Sarhro lądujemy w Boumalne de Dades, niewielkiej miejscowości na głównej drodze pomiędzy Warzazat a Er-Rachidia. Stąd chcieliśmy wynająć transport do Tatrarat – malutkiej wioski w jednej z odległych, górskich dolin. Zadanie z pozoru proste zaczęło się gwałtownie komplikować po kilku rozmowach z miejscowymi taksówkarzami. Albo nie chcieli tam jechać, bo droga podła, a miejsce mało znane, albo rzucali sumy wręcz kosmiczne. W końcu udało nam się namówić jednego naiwnego (lub chciwego?) na tę eskapadę.
I tak zaczął się cyrk. W przedstawieniu udział wzięli: stary, rozklekotany jak sztuczna szczęka staruszka Pegout, sześcioro nas z nielicho ciężkimi plecakami oraz kierowca, który absolutnie nie miał pojęcia, jak tam dojechać. Zamiast planowanych dwóch, było prawie sześć godzin tłuczenia się po wertepach w sam raz dla Land Rover’a ale nie dla takiego grata jak nasz. Wraz z obniżaniem się słońca ku zachodowi nasz szofer bladł coraz bardziej, nerwowo pytając czy już blisko. Świetne pytanie do kogoś, kto jest tam pierwszy raz.
Jakoś wreszcie udało nam się zjechać do doliny, gdzie 4 km dalej jest to nasze magiczne Tatrarat. Dalej już nie jedziemy, bo droga biegnie łożyskiem wyschniętej rzeki i tego auto by już z pewnością nie wytrzymało. Tu też rozbijamy obóz, by przenocować. Jak się potem okazało pojechaliśmy możliwie najtrudniejszym wariantem, ponieważ niedaleko od naszego biwaku zaczynała się wygodna, asfaltowa droga!




Rankiem następnego dnia rozpoczynamy marsz w kierunku północnym, prosto na Jebel Mgoun (od Tatrarat jest chyba najszybsze dojście do tej góry). Mijamy pierwszą wieś – Tighouzzirin, wspaniale wkomponowaną w górski krajobraz.
Wioski berberyjskie to osobny temat. Skrawki zieleni pieczołowicie uporządkowane w tarasowe poletka. Wydarte jałowym górom ciężką, żmudną pracą rąk ludzkich. Ponad nimi przyczepione do zbocza gliniane domy o płaskich dachach, ułożone tak, że przypominają jeden gigantyczny plaster miodu. Czasem w górę wybija się wyniosła, dumna kazba – berberyjski dom-zameczek. Każde poletko jest starannie nawadniane systemem przemyślnie zrobionych kanałów.
Tego dnia miałem okazję przywitać się z berberyjską dziewczynką, miała może 8-10 lat. Skóra jej dłoni, stwardniała od ciężkiej pracy, była jak podeszwa butów.
Za wioską rozpoczyna się mozolna wspinaczka doliną strumienia na przełęcz. Wleczemy się noga za nogą objuczeni sprzętem, grawitacja spowalnia nasze ruchy. Na podejściu wyprzedził nas staruszek, ok. 60-70 lat, przywitał się i rześkim krokiem podreptał dalej pod górę. Na usprawiedliwienie mogę tylko dodać, iż on tak pewnie od dziecka, no i nie miał na plecach ponad 25 kg.
Cały wysiłek wejścia zostaje wynagrodzony przez jeden rzut oka na widok z przełęczy. Przed nami główna grań Jebel Mgoun - wielka, potężna, lśniąca bielą śniegu! Cud! Robimy postój, rozkoszując się tym widokiem. Pogoda wspaniała, błękit nieba nie skalany nawet jedną chmurką. Potem, niestety okazało się, że pogoda w tych górach jest równie zrównoważona jak humor kobiety, gdy zbliżają się „trudne dni”. Jeszcze kilka godzin marszu i biwakujemy w małej niecce, gdzie z trudem robimy platformy pod namioty. To będzie nasza sypialnia przez najbliższe dwie noce. Mamy za sobą ciężki i długi dzień. Szczególnie końcówka była dobijająca - strome zejście i podejście. Na nieszczęście dysponujemy tylko schematyczną mapą – „graniówką”, na której brak poziomnic i takie niespodzianki są trudne do przewidzenia.




Kolejny dzień przeznaczamy na aklimatyzację. Z naszego obozu na ok. 3000 m robimy podejście „na lekko” od południa w kierunku niższego wierzchołka Jebel Mgoun - 4008 m. Mamy dość ambitny plan (jak się potem okazało, dla nas zbyt ambitny) przejścia nazajutrz z plecakami całej grani szczytowej i zejścia północną ścianą do doliny Oulilmt. Po powrocie i oszacowaniu naszych sił oraz warunków śnieżnych na górze przyjmujemy bardziej realistyczną wersję planu. Przetniemy masyw Mgoun przez przełęcz Tizi n’Oumassin (3640 m) i zejdziemy na biwak do doliny Tessaout. Ci, którzy będą się czuli na siłach, wystartują z obozu w nocy lub spróbują wejść na wierzchołek Jebel Mgoun z tej właśnie wysokiej przełęczy – zobaczymy jednak, jaka będzie pogoda.
Popołudniowy odpoczynek przerywa nam niepokojąco rozwijająca się chmura. Mała, niepozorna szaro-granatowa myszka urosła nagle do ogromnych rozmiarów. Teraz już potężna, piętrowa o wyraźnie burzowym charakterze sunie bezlitośnie prosto na nas. Rzucamy się do umacniania obozu. Ryjemy rowy odprowadzające wodę, obkładamy kamieniami namioty, umacniamy szpile i linki. I czekamy...
Uderza. Najpierw delikatnie, cichym, przenikliwym jękiem wiatru, potem śniegiem. Ale widać nawałnicy znudziła się ta gra wstępna, bo zaraz rzuca się z rykiem na nasze namioty. Kakafonia pisków, trzasków, jęków, jakie wydaje z siebie namiot, nie wróży nic dobrego. Na szczęście nasze Alpinusy miały fartuchy śnieżne i były porządnie zrobione, dlatego dzielnie znosiły te tortury. Burza raz słabnie, za drugim razem wali ze wzmożoną siłą. Spodziewaliśmy się, że będzie to ciężka noc, i taka była. Dowcipkujemy, staramy się grać w karty, by jakoś ukoić nerwy, w końcu zmęczeni, zasypiamy.
Ranek przyniósł niespodziankę – piękną, bezchmurną pogodę. „No przecież w końcu jesteśmy w Afryce” - ktoś kwituje. Jasne, tylko jakoś tu zimno, pozamarzało wszystko, śniegu świeżego nasypało i krajobraz się zrobił iście alpejski. Szybko składamy namioty i idziemy na przełęcz Tizi n’Oumassin. W miarę wyraźna dotąd ścieżka coraz częściej ginie pod śniegiem, by w końcu zniknąć zupełnie. Na tej wysokości dominuje już tylko biel.
Po prawie trzech godzinach dochodzimy na przełęcz, a dwoje z nas decyduje się stąd podjąć próbę wejścia na Jebel Mgoun. Z pewnością nie jest to najlepsza pora na rozpoczęcie podejścia (jest prawie południe), jednak pogoda dopisuje i mamy nadzieję, że się utrzyma. Zostawiamy plecaki i tylko z najbardziej niezbędnym sprzętem, wodą i „szturmżarciem” ruszamy pod górę. Idziemy bardzo szybko, aż coraz głębszy śnieg wyhamowuje nasze tempo. Widoki z kolei są naprawdę wspaniałe.
Północna ściana masywu Mgoun jest zdecydowanie bardziej stroma niż południowa, miejscami przepaścista. Sama grań przy silnym wietrze może być niebezpieczna, gdyż bywa wąska na 1,5 m.
Wejście na wierzchołek główny Jebel Mgoun, 4068 m, zajęło nam ponad 3 godziny intensywnego marszu. Panorama gór i dolin roztaczająca się ze szczytu robi oszołamiające wrażenie. Jednak jesteśmy zbyt zmęczeni, by popadać w zachwyt. Pozwalamy sobie tylko na 15 minut odpoczynku i gnamy z powrotem.
Wracamy na przełęcz zupełnie wyczerpani i odwodnieni, nie chce mi się nawet myśleć, że trzeba jeszcze zejść z plecakami do doliny, gdzie reszta grupy rozbiła obóz. Ale nie było tak strasznie, chociaż stromo, to marsz po śniegu był bardzo szybki. Klucząc po śladach naszych kolegów, odnajdujemy w końcu biwak przy „schronisku” zwanym Tarkeddid Refuge (ok. 2900 m). Jest to murowany budynek, jednak bez stałej obsady (korzystają z niego trekkingi zorganizowane przez agencje). W pobliżu jest źródło doskonałej wody oraz mocno zdekompletowana szopa z paleniskiem i wspaniałym, trzylitrowym czajnikiem.




Nad ranem kolega, wiedziony proroczym snem, odkrył, że jedne drzwi są otwarte i mogliśmy spać w środku. Nasze niedopatrzenie to efekt myślenia grupowego – każdy myślał, że ktoś inny już próbował je otworzyć, więc w rzeczywistości nikt tego nie zrobił. W środku była kuchnia i puste pomieszczenie do spania.
Tego dnia na śniadaniu nastąpił przełom – zjedliśmy ostatnią konserwę. Zostały nam same liofilizaty i zupki błyskawiczne, czyli proszek o tym lub innym smaku. Od prawie trzech dni nie minęliśmy żadnej wioski oraz praktycznie nie spotykaliśmy ludzi, więc nie było możliwości uzupełnienia zapasów.
Dolina Tessaout, w której spaliśmy jest uznawana za jedną z najpiękniejszych w Atlasie Wysokim. Na nas również zrobiła głębokie wrażenie. Otoczona wysokimi szczytami, zaśnieżona, wiosna dopiero nieśmiało zaczynała tu przypominać o sobie. To miejsce jest również ważnym skrzyżowaniem szlaków. W kierunku zachodnim ścieżka wiedzie do wsi Amezri i dalej do Ayt Alla. Po drodze trawersuje nad głębokim na kilkaset metrów, malowniczym kanionem Wandras, zaczynającym się już kilka kilometrów stąd. Szlak wschodni prowadzi przez przełęcz Tizi n’Oumsoud (2969 m) do osady El Mrabtin, skąd z kolei można udać się bardziej na południe do dwóch znanych i bardzo interesujących wąwozów – Imgoun i Achabou. Idąc wytrwale dalej na wschód dojdziemy do słynnej doliny Dades, a za nią do kanionów Todry. Wariantów trekkingowych w tej części gór jest więc bez liku.
Udajemy się na północ, by dotrzeć do asfaltowej drogi prowadzącej do wioski Tabant (największej w okolicy). Na początku ścieżka stromo pnie się zygzakami na przełęcz Tarkeddid (ok. 3400 m). I tu kolejny zwalający z nóg widok! Odpoczywamy trochę i pstrykamy zdjęcia jak szaleni. Zejście na północną stronę jest strome i prowadzące miejscami w zmrożonym śniegu, wszyscy musimy przypiąć raki. Schodzimy do doliny strumienia Arous, która wiedzie prościutko do asfaltu, czyli cywilizacji.




Jednak, jak już się nie raz okazało, rzeczy z pozoru proste szybko się komplikują, tym razem zadecydowała o tym mgła. Ścieżka wcale nie jest łatwa i zmusza nas do niezłej gimnastyki. Każe co rusz przeskakiwać przez strumień, przeciskać się przez krzaczory, a przede wszystkim należy jej szukać z wytrwałością psa-tropiciela. W końcu docieramy nad stromy kanion, a nasza rzeczka ucieka w dół. Coś niewątpliwie poplątaliśmy, trzeba się cofnąć i rozłożyć biwak, bo zmrok tuż, tuż.
Rozbijamy namioty pod pewnie grubo ponad tysiącletnią tują-drzewem w pobliżu prymitywnych szałasów pasterzy. To oni wskazali nam w końcu właściwą drogę, która odbijała nagle na wschód.
Ranek zwyczajowo przynosi nam miłą niespodziankę. Mgła zniknęła i zamiast niej pojawiły się ośnieżone szczyty skąpane w porannym słońcu. Dopiero teraz możemy podziwiać piękno miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. To już ostatni biwak w górach, opuszczamy go z żalem, co rusz oglądając się za siebie.
Po prawie godzinnym marszu docieramy nad krawędź urwiska, z którego roztacza się taki widok, iż szczęka sama wędruje w kierunku ziemi. U naszych stóp rozpościera się dolina Ayt Bou Goumez, porównywana do himalajskich. I nie ma w tym specjalnej przesady. Jej dno, płaskie i jaskrawo zielone od poletek, udekorowane jest brązowymi wioskami. Na samym środku wznosi się idealny stożek z kazbą na szczycie (chyba wygasły krater wulkanu). Dolina bardzo głęboko wcina się pomiędzy wysokie góry, których szczyty bielą się śniegiem. Po prostu bajka, trudno przestać patrzeć, a ruszyć stąd jeszcze trudniej.
Schodzimy stromymi serpentynami i po dwóch godzinach docieramy do wsi Agouti. Tu rozpoczynamy okupację miejscowego sklepiku, zajadając się sardynkami wprost z puszki, popijając je coca-colą i zagryzając czekoladą. Właściciel, bardzo miły człowiek i przewodnik górski, patrzył na to wielkie żarcie ze zrozumieniem i lekkim uśmieszkiem. Pewnie sam to nie raz przeżył.
Po południu dojeżdżamy do Tabantu i tu nocujemy. To już koniec górskiej przygody. Było cudownie, przyjemna jest też świadomość, że tak wiele jeszcze jest tam szlaków, których nie przeszliśmy. Będzie po co wracać.

Porady praktyczne:

Kiedy jechać?
Byliśmy w połowie kwietnia. O tej porze roku w wyższych partiach gór (od ok. 3000 m) jest zimno i leży jeszcze bardzo dużo śniegu. W nocy temperatura spada nawet do –10° C. To wymusza konieczność zabrania dodatkowego sprzętu. Najlepszy okres to połowa maja: śniegu jest już mało, a jeszcze nie panują letnie upały. Można też wyruszyć jesienią (wrzesień/październik), jednak wiosna jest ładniejsza kolorystycznie: wszystko się zieleni i kwitnie.

Koszty
Największy wydatek to oczywiście samolot, w obie strony do Casablanki - ok. 400 USD (udało nam się kupić bilety w promocji walentynkowej za 200 USD!). Wiza marokańska na 30 dni (do załatwienia w konsulacie w Warszawie) kosztuje 85 zł (tel. 022 849 63 41; jednak trzeba trochę pokombinować).
Waluta to dinar marokański (Dh), 1 USD = 8,9 Dh. Kawa, herbata, ok. 2 Dh, tani hotel 30-50 Dh/os., suty obiad w taniej restauracji – 30-40 Dh. Kilo pomarańczy – 5 Dh! Wynajęcie mułów na dzień, różnie ok. 120-150 Dh za muła. Przewodnik za dzień – 100–120 Dh. Oczywiście trzeba się zawzięcie targować. Przejazd tanim autobusem np. Casablanka – Marrakesz, ok. 44 Dh.

Ekwipunek
Jak do zwykłego trekkingu w wyższych górach. Koniecznie ciepły śpiwór i bielizna. Niezbędny jest również kapelusz przeciwsłoneczny z rondem dookoła głowy (fantastyczne są wojskowe, amerykańskie), krem z filtrem (wysokim!) i składany zbiornik na wodę. Należy zabrać kurtkę przeciwdeszczową oraz czapkę i rękawiczki, w górach bywa zimno nawet latem. Jeżeli ktoś jedzie w marcu/kwietniu, to niezbędne są raki do poruszania się po wyższych partiach gór. Dodatkowo trzeba mieć porządną apteczkę. Mogą się też przydać tabletki do odkażania wody. Świetny patent to palniki wielopaliwowe, chodzą na gaz, ropę, benzynę. Często daje się gotować na ognisku, opał można znaleźć nawet na ok. 3200 m.
Można nocować w namiotach lub w wioskach w specjalnie do tego przygotowanych domach (zwanych gite d’etape, ok. 30 Dh/os.), tylko trzeba wcześniej się upewnić, iż są na planowanej trasie. W wioskach można kupić podstawowe jedzenie jak chleb, jajka, oraz jak ktoś lubi to i kurę, kozę... Sklepy są najczęściej tylko w większych osadach.

Mapy, przewodniki
Korzystaliśmy z następujących przewodników: „Morocco”, wyd. Lonely Planet, 2003 – informacje ogólne o kraju, cenach itp. Oryginalne wydanie jest na pewno znacznie lepsze niż jego polskie tłumaczenie Pascala. „Trekking in Moroccan Atlas”’ R. Knighta, wyd. Trailblazer 2001 – szczegółowe opisy, ale tylko wybranych tras w Atlasie Wysokim i innych pasmach górskich Maroka. Dużo odręcznie rysowanych mapek.
Mapy: mieliśmy tylko jedną – „Mgoun Massif”; 1:100 000, wyd. West Col Productions. Pożyteczna graniówka, brak poziomic utrudnia planowanie marszu. Na odwrocie mapy jest sporo informacji praktycznych. W stolicy Maroka, Rabacie, można załatwić dobre mapy górskie (1:100 000), widzieliśmy je i warto się o nie starać, jeżeli ktoś chce się włóczyć po górach na własną rękę.

Skąd wyruszyć?
Jeżeli ktoś chce udać się na Jebel Mgoun od południa (jak my), najlepiej zorganizować transport w mieście Skoura. Jeżdżą z niej dwa razy dziennie towarowo-osobowe furgonetki do odległych wiosek w dolinach. Droga asfaltowa na północ kończy się w Agerd n-Igherm, potem jest tylko gruntowa, różnej jakości (zwana tu pistą). Od północy z kolei popularną bazą wyjściową jest Tabant. Cały trekking można w zasadzie zorganizować na miejscu. Jest tu biuro przewodników górskich, dwa gite d’etape, kilka sklepów, poczta, kawiarnia. Dość łatwo jest też dojechać z Marakeszu przez Azilal, praktycznie cały czas drogą asfaltową.

Autor: Marek Romanowicz

Więcej zdjęć w Galerii. 

"Góry", nr 3 (130) marzec 2005

(kb)

Goryonline
 
2018-11-07
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”. Góry, wolność i niepodległość

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-19
HYDEPARK
 

Film „No Trace Tatra” na jesiennych festiwalach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-16
HYDEPARK
 

Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com