facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-08-05
 

Z Ladakhu do Spiti

Nasza kolejna wyprawa w Himalaje indyjskie miała na celu wejście na Lungser Kangri (6666 m) oraz treking z Ladhak’u do Spiti przez przełęcz Parang La (5600 m)...
Tekst i zdjęcia: Marek Romanowicz

Plany na wakacje były ambitne, jak to plany do siebie często mają. Nasza kolejna wyprawa w Himalaje indyjskie miała na celu wejście na Lungser Kangri (6666 m) oraz treking z Ladhak’u do Spiti przez przełęcz Parang La (5600 m).

Jednak życie, jak to życie – napisało nieco odmienny scenariusz… Już sama podróż lądem z Delhi do Leh dała nam nieco w kość. Zbyt szybko zdobywana wysokość odbiła się na zdrowiu i w Leh dwa dni dochodziliśmy do siebie, dodatkowo aklimatyzując się na okolicznych górkach.

Potem ruszyliśmy jeepem do Korzok, naszej bazy wypadowej i ostatniej wsi stale zamieszkanej przez ludzi. Droga jest bardzo malownicza: najpierw wije się wzdłuż Indusu, a potem prowadzi na niezwykły, upstrzony jeziorami płaskowyż. Jesteśmy w regionie zwanym Rupsu. To Tybet Zachodni
– geograficznie i historycznie. Wysokogórska kraina, gdzie najniżej będziemy na ok. 4600 m, a najwyższy punkt to właśnie nasz sześciotysięcznik, Lungser Khangri.

Korzok jest przepięknie położony nad największym jeziorem tego regionu – Tso Moriri. Z roku na rok w ten odległy zakątek Ladakh’u zapuszcza się coraz więcej turystów. Ponieważ autobus kursuje tu zaledwie dwa razy w miesiącu (!), wynajęty jeep to praktycznie jedyna sensowna opcja. To miejsce jest warte każdego wysiłku, ponieważ widoki są po prostu niesamowite. W granatowych
wodach jeziora odbijają się ośnieżone, bliźniacze sześciotysięczne szczyty – Chamser (6600 m) i Lungser Kangri (6666 m) – taki widok będziemy mieć przez parę dni z okien naszego hoteliku.

Teraz staramy się dobrze zaaklimatyzować i codziennie robimy wycieczki po okolicznych wzgórzach. Wejść gdzieś wysoko to nie jest żaden problem, dwie godziny spaceru i już jesteśmy
na wysokości Mount Blanc, a obok pasterz przegania stadko owiec. Połoga, żwirowata górka ponad nami ma według mapy ok. 6000 m. Skala tych gór w porównaniu do Europy jest kompletnie inna, wszystko jest wielkie, przestrzenie gigantyczne.


Karawana w dolinie rzeki Parang

Choroba znów daje znać, krzyżując nam plany. Musimy się rozdzielić. Dwójka z nas decyduje
się wejść na bliższy szczyt – Mentok (ok. 6300 m). Ja zostaję z chorą Kasią w Korzok. Wszyscy nas już dobrze znają, ponieważ żadni turyści nie siedzą tu tak długo. Wieś jest mała, a my się włóczymy z kąta w kąt, zwiedzając to gompę, to sklepik i kończąc tradycyjnie w restauracji „pod spadochronem”. Chłopak z obsługi nauczył się nawet otwierać piwo, nie wylewając połowy na ziemię. Mała wskazówka – piwo butelkowane na nizinach, a otwierane na wysokości prawie 4700 m wytryskuje z energią małego gejzera. Trzeba powoli i ostrożnie podważać kapsel, jeśli się chce wypić całą zawartość butelki.

Pech nas nie opuszcza na tej wyprawie. Uzgodniony w agencji koniuszy nie dość, że pomylił
jeziora – czekał na nas pod Tso Kar (raptem trzy dni marszu od Tso Moriri) – to jeszcze pogubił konie. Jego beztroska i „olewanie” wywoływały we mnie mordercze instynkty. Na szczęście szybko znaleźliśmy innego koniuszego i to był punkt zwrotny wyprawy, jeśli chodzi o pasmo pechowych zdarzeń.

Wreszcie opuszczamy Korzok. Byliśmy tu całe pięć dni i chociaż rzeczywiście miejsce jest piękne, to jednak z radością ruszamy w drogę. Z planów na sześciotysięcznika nici, więc został nam treking. Na dzień dobry objuczone koniki postanowiły zrzucić nieprzyjemny ciężar i w tym celu dziko rozhasały się po okolicy. Jednak koniuszy z naszą pomocą jakoś je okiełznał.

Szlak, którym będziemy podążać na południe, jest tradycyjną drogą handlową od dawien dawna wykorzystywaną m.in. do handlu solą wydobywaną nad jeziorem Tso Kar i potem transportowaną do Indii przez dolinę Spiti i wzdłuż rzeki Sutlej. Jest to również jedna z nielicznych tras łączących dwa stare, tybetańskie królestwa: Ladakh i Spiti.

Pierwszy cały dzień idziemy wzdłuż jeziora Tso-Moriri na jego południowy koniec. Tu biwakujemy
nieopodal namiotów tybetańskich koczowników zwanych Khampa. Żyją nadal w swoich charakterystycznych, czarnych namiotach z wełny jaków, zajmując się hodowlą. Ich styl życia to sceny przeniesione żywcem z filmu „Himalaya”. Tu i ówdzie zdarzają się akcenty nowoczesności, takie jak np. baterie słoneczne. Lecz poza tym wszystko wygląda jak pewnie dziesiątki czy setki lat temu.

Kolejnego dnia odpoczywamy koło namiotu koczowników, którzy częstują nas jaczym serem i tsampą (grubo mieloną mąką) – tradycyjnym pożywieniem Tybetańczyków. Rewanżujemy się
ciastkami i cukierkami, co bardzo ucieszyło nieziemsko umorusane dzieciaki. Przy okazji mamy
możliwość przyjrzenia się z bliska, jak wygląda ich codzienne życie w „obejściu i zagrodzie”.

Po paru godzinach mijamy mini-posterunek wojskowy, dwa namioty, konie i kilku znudzonych żołnierzy. To skrzyżowanie szlaków, Tybet jest bardzo blisko, ot, dosłownie za miedzą. Turyści to dla nich miłe urozmaicenie monotonnej służby na tym straszliwym zadupiu.

Tego dnia chcemy przekroczyć rzekę Parang. Najlepiej jest to robić przed południem, kiedy topiąca
się woda z lodowców jeszcze nie podnosi poziomu rzeki i nie stwarza zagrożenia. Cóż, było po
14 i daliśmy radę. Ale największy problem nie był z wodą, tylko z jednym z koni, który z uporem
godnym osła w połowie rzeki stwierdził, że dalej nie idzie. Nasz koniuszy wziął parę kamieni i mój
trekingowy kijek, i po krótkich negocjacjach koń zmienił zdanie.

Biwaki są wspaniałe. Przez parę dni rozbijaliśmy się sami, nad rzeką, w niesamowitej scenerii Himalajów, ciesząc się ciszą i spokojem. Choćby dla tych chwil warto było się tu znaleźć.

Trasa nie jest ani trudna, ani skomplikowana. Trzeba iść w górę rzeki tak długo, aż zamieni się
w lodowiec, potem przejść ten lodowiec i już będziemy w Spiti. To tak w skrócie. Codzienna rzeczywistość jest jednak o wiele bogatsza. Ścieżka czasem idzie korytem rzeki, potem wspina się na strome urwisko, by znów opaść w dół. Bywa, że musimy przekraczać wezbrane potoki czy trawersować suche jak pieprz mini płaskowyże.

Za to coś, co towarzyszy nam niezmiennie przez cały czas wędrówki, to wspaniałe widoki.
Z pewnością nie można narzekać na brak obiektów do fotografowania.


Na przełęczy Parang - La, 5600 m

Piątego dnia docieramy do podnóża lodowca, miejsca zwanego po prostu „base camp” (ok.
5000 m). Wstajemy bardzo wcześnie, ok. 4 rano, by przekroczyć lodowiec, kiedy jest zmrożony
i bezpieczny. Słyszeliśmy o historiach, gdy konie zapadały się po brzuch w mokrym śniegu czy
wpadały w szczeliny. Tak w ogóle, to trudno mi było sobie wyobrazić juczne konie przechodzące
lodowiec na wysokości 5600 m! A jednak, radziły sobie bardzo dobrze, choć ślizgały się po
lodzie i czasem trzeba było im pomagać. Wszystkie konie i koniuszowie z trzech grup, które
tego ranka przekraczały przełęcz, zbili się w ciasną gromadkę i szybko ruszyli do przodu, znacznie
nas wyprzedzając. Chcieli mieć jak najszybciej lodowiec za sobą, zanim zrobi się ciepło, czyli
niebezpiecznie.

W całkiem dobrej formie docieramy na przełęcz Parang La (ok. 5600 m). Co za widok! Przed nami dolina Spiti, a w oddali mur himalajskich szczytów. Siedzimy dość długo na przełęczy, fotografując i rozkoszując się krajobrazem, słońcem i beztroską tej chwili.

Jednak dzień dopiero się zaczął… teraz ostro w dół, do strumienia...

Dokończenie relacji w GÓRACH, nr 6 (193) czerwiec 2010.

Dokończenie relacji oraz informacje praktyczne w dodatku GÓRYtrek, bezpłatnym dodatku magazynu GÓRY, nr 6 (193) czerwiec 2010.
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com