Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2007-08-01
 

Z Boską opatrznością - Wielki Filar Narożny

Wertując albumy i przewodniki wybieramy za cel jedną z piękniejszych ścian w Alpach - Wielki Filar Narożny Mont Blanc i drogę o budującej nazwie: Divine Providence


Jesienią 1999 pełni jeszcze wspomnień z letnich wypraw oraz podbudowani doświadczeniem wcześniejszych alpejskich wspinaczek mnożymy plany zimowych akcji na ścianach Masywu Mont Blanc. Wertując albumy i przewodniki wybieramy za cel jedną z piękniejszych ścian w Alpach - Wielki Filar Narożny Mont Blanc i drogę o budującej nazwie: Divine Providence - Boska Opatrzność.

W marcu 2000 odbył się w Chamonix centralny obóz PZA, w którym udział wzięli: Wiesław Madejczyk, Tomasz Sowiński, Marcin Pius oraz Mariusz Majchrowicz. Celem zespołu było pokonanie drogi Divine Providence na Wielkim Filarze Narożnym Mont Blanc.

Pierwszego przejścia letniego drogi dokonali P. Gabarrou i F. Marsigny w 1984 r. wyceniając ją na ABO A3 6b. Uklasycznienie tego pasażu odbyło się w 1990 roku, a jego autorami byli A. Ghersen i T. Renault, ustalając trudności na 7c+. Do tej pory zanotowano jedynie trzy przejścia zimowe.

Droga Divine Providence o długości ok. 950 m rozpoczyna się w prawej części Filara, przecina Drogę Bonattiego i biegnie środkiem 400-metrowego Monolitu. Dolna część to trudne wyciągi mikstowe VI-VI+ oraz w Monolicie wyciągi hakowe do A3 oraz klasyczne do 6b.



Podejście w zimie - zależnie od warunków - 1-1,5 dnia Lodowcem Giganta, przez przełęcz de la Fourche (schron dla 12 osób) a następnie lodowcem Brenva i przez przełęcz Moore. Zejście z Filara granią do Mont Blanc de Courmayeur i dalej przez Mont Blanc oraz schron Vallota do doliny Chamonix.

Zespół polski po dwóch dniach wspinaczki dotarł do półki biwakowej na początku Monolitu. Po załamaniu pogody i opadzie ok. 1 m świeżego śniegu wycofał się zjazdami do podstawy ściany. Stąd przez 3 dni przebijał się do górnej stacji kolejki przy schronisku Torino. Stale trwające opady śniegu uniemożliwiły jakąkolwiek dalszą działalność w górach.

Szpej czeka przygotowany w plecakach, lecz z Chamonix dochodzą stale wieści o kiepskich warunkach w górach. Mimo fatalnych prognoz, w połowie marca zapada decyzja: trzeba zaryzykować i wykorzystać ostatnie dni zimy. Wyruszamy: Wiesiek Madejczyk z miasta stołecznego Warszawy, Tomek Sowiński i Marcin Pius ze świętego miasta Częstochowy oraz Mariusz Majchrowicz z festiwalowej stolicy piosenki - Opola wspierani przez PZA oraz firmy Mount & Wave, Cumulus i Kanion. Niestety witająca nas pogoda w Chamonix potwierdza obawy, prószy śnieg, a zza gęstych chmur nie widać gór. Meteo rozbudza jednak nadzieję, zapowiadając kilka dni dobrej pogody a napotkani francuscy łojanci twierdzą, że w Vallee Blanche są bardzo dobre warunki. Z niedowierzaniem decydujemy się i podejmujemy ryzyko.

Późnym popołudniem wjeżdżamy kolejką linową na Midi i tu zaskoczenie! Nad pułapem
gęstych chmur, błyszcząc w słońcu piętrzą się alpejskie czterotysięczniki. Po idealnych betonach, w promieniach zachodzącego słońca przemierzamy Lodowiec Giganta. Wąskim przesmykiem przekraczamy pas szczelin, przecinających jego górne piętro, by późną nocą dotrzeć do Bivacco Fourcha. Cały następny dzień wygrzewamy się w słońcu, podziwiając wschodnią ścianę Mont Blanc, zerwy Filara Narożnego i Grań Peuterey. Idyllę psuje nieco ból głowy wywołany tak szybkim przeskokiem z nizin na alpejską grań.

W środku nocy ruszamy z blaszaka, przekraczamy lodowiec Brenva i docieramy na przełęcz Moore. Zbiegamy z niej trzystumetrowymi, zmrożonymi śnieżnymi stokami i bladym świtem przemykamy pod wschodnią ścianą Mont Blanc. Promienie wschodzącego słońca grają feerią barw na zerwach Filara. Widok imponującego Monolitu wprawia nas w niemą zadumę na kilkanaście minut. Lecz nie ma to, tamto - trzeba łoić.



Pierwsze wyciągi pokonujemy w trudnym skalno-lodowym mikście, ale za to w wyśmienitych warunkach. Friendy i kostki siadają dość często, oszczędzając nam tym samym bicia zbyt wielu haków, co znacznie przyspiesza wspinaczkę. Opóźniają ją zaś ciężkie wory, klinujące się złośliwie podczas wyciągania. O głębi naszych uczuć do nich świadczą litanie wysublimowanych epitetów wyrzucanych pod ich adresem. Generalnie posuwamy się jednak zgodnie z planem. Pierwszy biwak zakładamy w wąskim kuluarze. Spędzamy noc niewygodnie pół siedząc, pół leżąc na wyrąbanych w śniegu półeczkach, ale za to w ciepełku śpiworów Cumulusa, mimo temperatury spadającej do kilkunastu stopni poniżej zera. Drugi dzień idealnej pogody rozbudza w nas entuzjazm, więc napieramy sprawnie, mimo pojawiającej się
miejscami kruszyzny. W partiach biegnących depresją łącznie z Drogą Bonattiego odkładamy delikatnie na boczek co luźniejsze kamienie, lecz niestety nie udaje się nam całkowicie uniknąć niebezpieczeństwa. Jedna lina trafi do kasacji po powrocie. Drugi biwak zakładamy na etatowej, dość wygodnej półce pod samym Monolitem. 400 metrów idealnego pionu i rozgwieżdżony wieczór tworzą nad głowami obraz, który nie pozwala nam długo zasnąć.

Ranek obwieszcza niestety koniec przyjemności. Coraz gęściej padający śnieg nie wróży nic dobrego. Po kilku godzinach oczekiwania decydujemy się na wycof. Monolit pewnie da się przejść, mimo wielkiego opadu i trudnej hakówki, ale na grani wyjściowej... przy takim załamaniu pogody nie mamy żadnych szans. Zjazdy w walących się coraz bardziej pyłówkach utwierdzają nas w słuszności podjętej decyzji. Dochodzący ze wschodniej ściany Mont Blanc łoskot walących się co chwilę lawin nie napawa optymizmem. Pod tą ścianą biegnie jedyna droga powrotna. Sprężamy się w zjazdach jak tylko szybko można w takich warunkach, bo z każdą chwilą rośnie zagrożenie lawinowe. O zmierzchu docieramy do podstawy ściany i
rozkładamy się obok leżącego w pobliżu niewielkiego seraka.

Osłuchani już nieco z hałasem lawin, ignorujemy kolejną do momentu, gdy już wiadomo, że ta nas nie ominie. Idealnie synchroniczny skok do stóp seraka całej ekipy wyprzedza o ułamek sekundy lawinę, która przewala się po nas. Na szczęście jest to tylko jej skraj. Wygrzebujemy się więc szczęśliwie, i po godzinie poszukiwania przysypanego sprzętu, ruszamy dalej z duszą na ramieniu. O 4 rano, we mgle i śnieżycy rezygnujemy z poszukiwań wejścia na przełęcz Moore. O świcie okazuje się, że biwak - na w miarę bezpiecznej półce - wypadł całkiem blisko
właściwego wejścia. Jeszcze tylko 8 godzin wspinania od skałki do skałki, sztywnej asekuracji, lotów z urwanymi blokami i pokonujemy trzystumetrowy stok, którym 3 dni wcześniej zbiegliśmy w ciągu 30 minut. Z przełęczy Moore, już bezpieczniejszym terenem, docieramy późną nocą do Bivacco Fourcha.



Komfort blaszaka, skołatane nerwy i panująca na zewnątrz zawierucha zatrzymują nas aż do południa następnego dnia. Wydaje nam się, że mimo fatalnych warunków, droga już tylko w dół Vallee Blanche będzie błahostką. Jednak zmieniamy zdanie, gdy w zamieci nocy tylko dzięki kompasowi i altimetrowi możemy nadal posuwać się do przodu. Kolejne seraki urastające w ciemności do rozmiarów olbrzymów i śnieg po pas dopełniają kompletu atrakcji. Szczęśliwie trafiamy jednak w śnieżne przejście między szczelinami, mimo wielokrotnej różnicy zdań w ekipie - jak iść. Nawet kompas wariuje, pokazując północ raz z jednej strony, a po kilkudziesięciu krokach z przeciwnej. Na szczęście wyjaśnia się, że został poprzednio źle
zorientowany. Wyłaniający się na moment zarys Mont Blanc du Tacul pomaga ostatecznie ustalić właściwy kierunek marszu. Mimo że mamy bilety na kolejkę z Midi, decydujemy się na drogę do bliższego schroniska Torino i zjazd do Courmayeur.

O świcie, po 16 godzinach marszu docieramy do schroniska Torino. Mocna, włoska kawa wydaje się szczytem rozkoszy, w ciepłym wnętrzu stacji kolejki linowej, zaś smaku włoskiego wina w restauracji w Courmayeur nie jest w stanie zepsuć nawet kelner krzywiący nos na nasz siedmiodniowy zapaszek.

Boska Opatrzność nie była zbyt przychylna naszej wspinaczce tym razem, jednakże poprowadziła nas cało na niziny, mimo fatalnych warunków i uraczyła wielką dawką mocnych, górskich wrażeń.

Mariusz Majchrowicz  

Z archiwum magazynu GÓRY

(kg)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
Łukasz Kocewiak
 
2017-09-28
HYDEPARK
 

Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com