facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2014-04-08
 

Wspomnienia - IV Memoriał Andrzeja Skwirczyńskiego

Powoli zbliża się V edycja Memoriału Andrzeja Skwirczyńskiego. Wkrótce będzie wiadomo więcej. Na zachętę do uczestnictwa w piątej edycji, mamy dla was relację Andrzeja Mirka z zeszłorocznego Memoriału.

Kolejna edycja tej towarzysko-sportowej imprezy już za nami. Największym przegranym okazały się prognozy pogody, które zupełnie się nie sprawdziły. Cała reszta zagrała i wygrała. Uczestnicy dopisali, ze zgłoszonych stu piętnastu zespołów na starcie zameldowało się sto pięć, z czego wynika, że dwadzieścia osób dało się nabrać na przepowiednie meteorologiczne. Sto siedemdziesiąt jeden dróg było wystarczającą liczbą, by dwustu dziesięciu wspinaczom dostarczyć miejsca do dobrej zabawy. Szczęśliwie nikt nikomu nie spadł na głowę.

 

 

Raz, dwa, trzy.. Start! Fot. Piotr Drożdż

 

Organizacja zawodów była świetna, nic dziwnego, bo to już czwarta edycja i członkowie Klubu Wysokogórskiego Kraków pod charyzmatycznym przywództwem Wojtka Bieńka i Pawła Ćwiąkały stali się specjalistami od urządzania takich imprez. Sztab mieścił się w najbardziej prestiżowym miejscu Jerzmanowic, czyli w remizie strażackiej. Lokalnego kolorytu dodał przemieszczający się obok remizy kondukt ślubny, skutecznie zablokowany tak zwaną bramą przez dwóch wspinaczy, którzy wykazali się refleksem, dzięki czemu zdobyli pozaregulaminową, tradycyjną nagrodę. Pozostałe nagrody rozdano już bardziej oficjalnie, były podium, brawa i gratulacje. Gadżetów starczyło nie tylko dla zwycięzców, więc obeszło się bez łez. Obfitość nagród zawdzięczamy powszechnie rozpoznawanemu Petzlowi oraz firmie Astor, niezwiązanej z branżą outdoorową, ale z automatyką przemysłową.

Zdania co do sensowności użycia rowerów były podzielone, o czym można przeczytać poniżej, ale nikt nie zaginął, Szerpowie nikogo nie pobili, liczne psy nie pogryzły się i obyło się nieomal bez afer. Niespodziankę zgotowali panowie Mariusz Farat i Rafał Kuchta, wygrywając przed faworytami. Wśród dziewczyn nieoczekiwanie najlepsze były warszawianki – Justyna Gorzoch i Sylwia Zarzycka, w parach mieszanych wygrali Olga Niemiec i Adrian Chmiała. Redakcja GÓR zdecydowanie triumfowała w kategorii media, bo aż dwóch zawodników z redakcji – Maciek Ciesielski (w zespole z Jackiem Zaczkowskim – 2. miejsce) i Damian Granowski (z Mikołajem Pudo – 3. miejsce) stanęło na podium.

 

 

Maciek Ciesielski w akcji. Fot. Piotr Drożdż

 

Oto kilka wywiadów z uczestnikami Memoriału, którzy wyróżnili się w rozmaity sposób.

Żółwie Team (Marta Misiak i Wojtek Witkowski)


– Dlaczego właśnie żółwie?
– Bo to odzwierciedla nasz sposób wspinania się.
– Tak wolno się wspinacie?
– Nie, nie, tak spokojnie. Staramy się wyczuć rzeźbę, tak żeby każde położenie ręki czy nogi współgrało ze skałą. Dlatego nie biegaliśmy po drogach i nie zrobiliśmy ich zbyt dużo.
– Macie jeszcze jakieś związki z tymi sympatycznym gadami?
– Lubimy żółwie i myślimy, że niedługo będziemy mieć małe stadko.

Kociaki Team (Anka Kubanka i Beata Żbikowska)


– Jak to się stało, że zasłużyłyście na nazwę Kociaki?
– Tak to już bywa, jak laski zakładają ekspresy facetom i rzucają im wędki.
– Nie czujecie się poniżone?
– Nie, bo obiecano nam za to loda i czekoladę.

Międzynarodowo (zawodnicy z Ukrainy)


– Skąd przybyliście na Memoriał?
– Ze Lwowa i Stanisławowa.
– A co was tu przygnało?
– Ja chciałem zwiedzać świat i wybrałem Kraków, bo stąd blisko w Tatry i Dolinki.
– A u mnie babcia pochodzi z Polski, przyjechałem zobaczyć, co tu się dzieje i zostałem.
– Jak wam poszło?
– Słabo, bo ja już trzeci dzień się wspinam, poza tym to pierwsze nasze zawody na ilość, wcześniej startowaliśmy tylko na trudność.
– Jak wrażenia?
– Bardzo dobrze, tak mi wyszło, że nawet nie jestem zmęczony.

 

 

Ekstrakcja Łysego Zęba. Fot. Piotr Drożdż


O rowerach krytycznie (Agnieszka i Szymon Kazimierczakowie)


– Jak się sprawdziły rowery na tym Memoriale?
– Nie sprawdziły się, bo można było te trasy przejść na piechotę, a rower stwarzał same problemy.
– Poza tym było tyle dróg w pojedynczych rejonach, że nie trzeba się było przenosić.
– Leśna Turnia chyba nie była zbyt dobrym wyborem?
– To jedna wielka wtopa, byliśmy w kolejce jako czwarty zespół. Jedyny plus to komentarz usłyszany po tym, jak podbiegliśmy pod skałę. Powitano nas z respektem: „Chłopaki, ale macie tempo” :-).
– A jak ogólne wrażenia?
– Zajebiście było i piwo by się przydało.

O paleniu (Anonimowy palacz „Ducze”)


– Jak przygotowałeś się do zawodów?
– Wczoraj, specjalnie żeby nie palić, kupiłem plastry, ale odkleiły się po godzinie wspinania. Nie powiedziałem tego partnerowi, żeby go nie załamywać, no i daliśmy radę.
– Wytrzymałeś bez palenia?
– Wytrzymałem, nie było na to czasu.
– Czyli da się?
– Da się.
– Piękny wynik, gratuluję. A od innych nałogów też się powstrzymałeś?
– Tak, jedynie obcinałem laski.
– Obcinałeś? Te seksistowskie uwagi, które przekazały koleżanki, były twoje?
– Tak, absolutnie.
– Było jeszcze małe zamieszanie z butami pod Leśną Turnią, co się działo?
– Zebrało się tam kilka zespołów z 5.10 Velcro i jeden koleś poszedł w moich butach. Mówię więc do niego: „Słuchaj, stary, poszedłeś w moich butach”. A on na to: „Nie, bo pasują”. „Sprawdź, czy jest dziura na prawej kostce”. Była i musiał zjechać.

Rozmowa ze starym mistrzem (Jacek „Jaca” Zaczkowski)


– Co cię skłoniło do startowania w tego typu imprezie? Wcześniej nie brałeś w takowych udziału.
– Nie no, kiedyś startowałem.
– Kiedyś to wiem :-), ale teraz?
– Fajna impreza. Poza tym jest to taka rzecz, którą potrafię robić, bo tutaj wygrywa wytrzymałość i operacje sprzętem, czyli coś, w czym z Maćkiem czujemy się dobrze, bo jesteśmy owspinani w dużych ścianach. A to jest podobne do wspinania wielowyciągowego.
– Logistykę mieliście zaplanowaną?
– Nie do końca, po cichu liczyłem, że w dalsze skały pojedzie mniej ludzi. To się sprawdziło, bo pierwsze drogi zrobiliśmy, kiedy nie było tam nikogo. Poza tym byłem kiedyś w Słonecznych i w zeszłym tygodniu przyjechałem na Witkowe, żeby mieć pojęcie, gdzie są.

 

 

Pociechy niespecjalnie obchodziła dziwna działalność rodziców. Fot. Piotr Drożdż


Świeżo upieczona mama (Olga Niemiec)


– Jesteś świeżo upieczoną mamą. Kiedy pojawiła się pociecha?
– Trzeciego marca tego roku.
– To miałaś niewiele czasu na zrobienie formy.
– No niewiele. Dopiero od miesiąca się wspinam, i to po łatwych drogach
– Jak się udał start?
– Jestem zadowolona, ale było parę spinek, parę łez nawet.
– Dobrze, że nie trafiliście na „ciche dni”.
– Nie no, aż tak źle nie było.
– Może powiesz coś o wsparciu logistycznym?
– Babcia [Iwona Niemiec – przyp. red.] się dzidzią zajmowała.
– Jaki mieliście plan?
– Jednym rozwiązaniem taktycznym było robienie dróg po swojemu, alternatywa miała polegać na tym, że siedzimy na ogonie Andrzejowi Marciszowi.
– A jak został rozwiązany problem karmienia?
– Nie wiem, czy wypada o tym mówić publicznie, ale mój biust urósł o parę rozmiarów podczas niekarmienia przez kilka godzin.
– Czyli dziecko było głodne?
– Nie, bo wcześniej odciągnęłam pokarm, ale cały czas produkowałam.

Czarny koń, czyli zwycięzcy (Mariusz Farat i Rafał Kuchta)


– Byliście chyba czarnym koniem tej imprezy, wygrana dla was to zaskoczenie?
– Cztery lata temu zajęliśmy ósme miejsce, trzy lata temu też ósme, w zeszłym roku piąte przez przypadek, bo mieliśmy stać na pudle, ale zadecydowała zła taktyka. Doszliśmy do tego, że ważna jest logistyka i taktyka oraz wybór dróg, rowery bardzo pomogły.
– Użyliście komputera najnowszej generacji?
– Nie. Przyznaję, że znaliśmy drogi i przez to było dużo łatwiej. Dużym plusem była pogoda.
– Nie załapaliście się na korki pod Leśną?
– Doświadczenia z zeszłego roku zadecydowały o tym, że zrezygnowaliśmy z dalekiego, dobrze punktowanego rejonu, bo przewidywaliśmy, że będzie tłok.
– Wspinaliście się na zmianę czy mieliście taką taktykę, że kilka dróg prowadził jeden z was, a potem kilka drugi?
– 2/3 dróg prowadziłem ja, a Rafał za mną.
– Startujecie w przyszłym roku?
– Będziemy startować.
– Ciężko będzie pobić rekord, chyba że zmienicie płeć :-).


Tekst Andrzej Mirek

Zdjęcia: Piotr Drożdż (Więcej fotek memoriałowych autorstwa Piotrka znajdziecie tutaj)


Relacja ukazała się w GÓRach nr. 228.

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
tlen w sprayu
Na wysokościowe wycieczki tlen inhalacyjny.

Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
Łukasz Kocewiak
 
2017-09-28
HYDEPARK
 

Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com