Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2014-01-24
 

Włoskie Podróże – „Skalne ogrody”

„Znowu jedziesz się męczyć za własne pieniądze!”


Takie słowa usłyszałam, wybierając się na kolejny urlop w Dolomitach. Mogłam się tylko uśmiechnąć, bo jak wytłumaczyć to komuś, kto nigdy nie docenił piękna gór? Dzisiaj moją odpowiedzią są słowa, które trafnie określają urlopy w nadmorskich kurortach: „pobyt w obozie zamkniętym”. Ten obóz to hotele, baseny, wszystko podobne do siebie, łącznie z każdym dniem i położeniem geograficznym. Dla mnie, odpoczywającej najlepiej na górskich szlakach, leżenie plackiem na plaży to gorsza męczarnia niż mozolna wspinaczka czy ostrożne zejścia po urwistych piargach.

To dopiero mój trzeci wyjazd w Dolomity, tym razem „Włoskie Podróże” prowadzą na ich wschodnią stronę, w okolice Cortiny. Nigdy nie zapomnę zachwytu widokami strzelistych szczytów, szmaragdowych hal, wypucowanych wiosek. Największe zadziwienie wywołały u mnie potoki o barwie seledynu, płynące po śnieżnobiałym dnie koryta. Pamiętam, jak marzyło mi się wtedy, by móc kiedyś pochodzić po alpejskich ścieżkach, nie wierzyłam jednak wówczas, by mogło się to kiedykolwiek ziścić. A proszę, dzisiaj po raz kolejny jadę w kierunku najbardziej fantastycznej części Alp, by tam spędzić wspaniały urlop! To następny dowód na to, że marzenia naprawdę się spełniają!

 


Cibiana di Cadore


Będziemy mieszkać w rejonie Cadore, w małej, położonej na uboczu Cibianie. Osada leży w głębokiej dolinie, otoczona wieńcem gór. To położenie, dla nas tak piękne, skazało mieszkańców na trudne, często bardzo ubogie życie. Utrzymywali się z rzemiosła, a kiedy i to nie wystarczało, emigrowali aż na drugą półkulę, do dalekiej Argentyny. Życie dawno by tu chyba zamarło, na szczęście wystarczył prosty pomysł, żeby Cibiana stała się bardziej popularna.
W latach 80. ubiegłego wieku zaczęły powstawać na ścianach tutejszych domów murale, przedstawiające życie ich mieszkańców. Te malowidła ścienne są dziełem różnych, nie tylko włoskich artystów, wśród których jest także Polak, Feliks Szyszko. Jego mural przedstawiający pług śnieżny i zimową, na wpół baśniową Cibianę uważam za jeden z najbardziej udanych. A podpis „Dzieciom z Cibiany, które nigdy nie widziały Warszawy, od Feliksa, polskiego malarza, który nigdy nie widział pługu śnieżnego”, wydaje się być pięknym łącznikiem pomiędzy tym skromnym, ale uroczym miejscem a nami, przybyszami z północy. Ta przyjazna atmosfera udzielała się wszystkim podczas wieczornego zwiedzania miasteczka: nasza grupa oświetlająca sobie wąziutkie uliczki pochodniami była ciepło witana przez tutejszych mieszkańców.


Ferrata Averau


Pierwsza ferrata ma być nietrudna i krótka, ale już ona jest wspaniałym wprowadzeniem w świat Dolomitów. Kolejka wwozi nas na przełęcz, z której łatwym szlakiem dochodzimy do miejsca, gdzie ubieramy uprzęże. Stąd wąska dróżka z widokiem na Tofany prowadzi do początku ferraty. Rzeczywiście, nie ma tu trudnych miejsc, żelazna droga kończy się szybko, na sam szczyt trzeba jeszcze dotrzeć zwykłą, piarżystą ścieżką. Pogoda dopisuje, skały lśnią w słońcu, siedząc u stóp krzyża można cieszyć się rozległą panoramą.

 

 

Najbliższe oczom Tofany są masywne i męskie, tam też będziemy się wspinać. Sylwester wymienia po kolei nazwy pojedynczych szczytów, ja nie potrafię teraz wszystkiego powtórzyć, ale tutaj po raz pierwszy widzę Monte Pelmo, noszący miano Tronu Boga, w oddali dostrzec można znaną już z poprzednich wyjazdów Marmoladę. Podzielam zdanie Le Corbusiera, jednego z największych XX-wiecznych architektów, że Dolomity to najpiękniejsza budowla na świecie. Przecież stworzył je najwspanialszy Architekt!


W drodze powrotnej zatrzymamy się na chwilę przy schronisku, gdzie w największe zadziwienie wprowadzi mnie widok Nuvolau, którego grzbiet zdaje się idealnie równy, jakby był odciętym kawałkiem tortu. I po tej równiutkiej kreseczce przesuwają się ludzie, stąd wyglądający jak mrówki. Chciałabym kiedyś też tam pójść, żeby popatrzeć na Dolomity z takiej niezwykłej perspektywy.

Tre Cime (ferrata Innerkofler i Percorso delle Forcelle)


Czasem trzeba wstać wczesnym rankiem, chociaż jest się na urlopie. Ale przed nami dłuższa droga niż zwykle. Zostawiamy Cortinę z tyłu, mijamy jezioro Misurina. W jego wodach przegląda się majestatyczna Sorapis, zaś nasz dzisiejszy cel leży po przeciwnej stronie, w pobliżu masywu będącego jednym z symboli Dolomitów: Tre Cime. Nie mogę uwierzyć, że górska szosa prowadzi prawie do samego ich podnóża, ale rzeczywiście, nasz autokar dojechał do parkingu przy schronisku Auronzo.


Stąd (czyli od południa) sławne turnie nie prezentują się może tak fantazyjnie jak od północy, ale widok na koronkowe szczyty otaczające jezioro Misurina jest niezapomniany. Mocne espresso to najlepszy sposób na ożywienie mego jeszcze na wpół uśpionego ciała i ducha, ale początkowo droga okazuje się spacerem prowadzącym do północnej strony Trzech Szczytów, po niemiecku nazwanych bardziej poetycko „Drei Zinnen”, czyli Trzy Blanki. Dzisiejsze plany to dwie ferraty, ale wszystko zależy oczywiście od pogody.

 

 

Najpierw mamy wejść na Monte Paterno, początek trasy prowadzi przez wykuty w skałach tunel (z czasów I wojny światowej), schody są szerokie i przez to uciążliwe. Ale kiedy wyjdę na zewnątrz, oczywiście nie będę żałować, bo zacznie się już prawdziwa ferrata, z której Tre Cime prezentują się w całej okazałości. Nadciągające obłoki ubierają trzy masywne wieże w lekkie welony. Droga na szczyt nie jest trudna, skała daje oparcie stopom, zrobiło się tylko chłodniej, chmury poszarzały. Ostatni fragment, już bez zabezpieczeń, to ścieżka błądząca pośród piargów.


Tymczasem naszą grupę rozdzielili inni ferratowicze, ja zostałam z tyłu, mogę więc teraz popatrzeć z góry, jak reszta stoi na wąskiej półeczce w oczekiwaniu na decyzję Sylwestra, co robić dalej. Na szczęście niebo ukazało swoje jaśniejsze oblicze, idziemy więc zdobywać baśniową fortecę. Droga tutaj jest jeszcze łatwiejsza, nawet mostek, po którym przechodzimy, jest stabilny i szeroki. Zamek okazał się nietrudny do zdobycia, robimy pamiątkowe zdjęcie na jednej z półeczek, niby na najwyższym murze, a potem można już schodzić. Zdejmujemy uprzęże na rozległej polanie, teraz czeka nas powrót do schroniska Auronzo zwyczajnym, ale równie pięknym szlakiem.


Ferrata degli Alpini


To dla mnie dzień przełomowy, a dlaczego, wytłumaczę później. Znowu wyruszamy w stronę Cortiny, zatrzymujemy się w pobliżu masywu Fanes. Od razu rzuca się nam w oczy widok niemałego stada owiec pasącego się na hali. Nie co dzień można poobserwować walkę dwóch baranów! Łatwą dróżką leśną dochodzimy do stóp masywnych skał (Col dei Bos), mijając po drodze następne ruiny – pamiątki z I wojny światowej.


Tu, podczas ubierania uprzęży, Sylwek trochę nas „straszy”, radząc rezygnację z wspinaczki, jeśli już na początku ktoś zauważy, że jest mu zbyt trudno. Porównuje przy tym tę ferratę do Stevii (znajdującej się w Val Gardena). Ach, jeśli tak, to muszę spróbować! W zeszłym roku przeszłam co prawda Stevię, ale tylko dzięki pomocy przewodnika Fabia, moim pragnieniem było więc pokonać podobną drogę jeszcze raz, tym razem zupełnie samodzielnie.


Na początku okazuje się, że jakaś przerażona, zapłakana Włoszka tamuje ruch, musimy czekać cierpliwie, aż ruszy dalej. Atmosfera się zagęszcza, kilka osób rezygnuje. Ja nie daję za wygraną, ustawiam się tylko blisko przewodnika Toniego, tak na wszelki wypadek. Ale pierwsze dwa kroki (te, które mają zadecydować o dalszej drodze), okazują się łatwiejsze od tego, co przedstawił Sylwester. Ta ferrata jest bardziej wertykalna od innych pokonanych podczas wyjazdu, a ja cieszę się z każdym krokiem, lubię przecież uczucie zawieszenia pomiędzy niebem a ziemią, w tak wspaniałej scenerii! To już nie tylko adrenalina, to endorfiny, hormony szczęścia, które mój mózg wytwarza w zwiększonej ilości (oto naukowo uzasadniona odpowiedź na pytanie: „Dlaczego męczysz się gdzieś tam w górach?”).


Tofany (ferrata Lamon – Formenton)


Czy jechaliście kiedyś kolejką górską o niezwykłej nazwie „Strzała do nieba” (Freccia del Cielo)? Już samo to oznacza, że dzień będzie niezwykły. Wiemy, że idziemy dzisiaj wysoko, na trzytysięcznik, zabieramy więc cieplejsze ubrania. Musimy przesiąść się na dwóch pośrednich stacjach, ostatni etap jest wprost niesamowity: wjeżdżamy prosto w chmury! Dla mnie to przeżycie większe niż lot samolotem, mam wrażenie, że już jesteśmy w niebie, spowici płaszczem z obłoków.


Stąd blisko do ferraty, która w większości prowadzi granią, a ponieważ jest tu wysoko, więc nie za ciepło. Chmury zdają się bawić z nami, pojawiając się i znikając. Zatrzymujemy się na wierzchołku Tofany di Dentro i podziwiamy panoramę przed nami. Jeśli ten świat, który roztacza się wokoło, jest taki piękny, to co może nas czekać po tamtej stronie? A skały znowu ułożyły się warstwowo, tworząc poziome i pionowe pasy. Czasem przechodzimy wąskimi półeczkami, jakby specjalnie wykutymi dla nas, czasem tuż przy samej grani. Mijamy pozostałości po I wojnie, przypominające o tym, że pierwsze ferraty były drogami żołnierskimi, potem dopiero stały się turystycznymi szlakami.


Niestety, w końcu trzeba opuścić te podniebne okolice. Zejście piargami jest o wiele bardziej uciążliwe. Chyba po raz pierwszy moje kroki są przesadnie ostrożne (nie zabrałam kijków), ale kiedy pomyślę, jak mogłoby wyglądać podchodzenie tym szlakiem, to znowu zaczynam preferować drogi zejściowe… Gdy obrócę się do tyłu, zobaczę, jakie potężne skały zostały za mną. Na tle masywnych ścian i jasnych jak śnieg piargów członkowie naszej grupy wyglądają jak mrówki.


Cristallo (ferrata Marino Bianchi)


Ponieważ ferrata prowadzi granią Cristallo, podjeżdżamy tam kolejką (w dwóch etapach). Ubieramy uprzęże na tarasie schroniska Lorenzi, jakby na siłę wbudowanego w skałę. Wygląda jak orle gniazdo wśród turni. Z tarasu wychodzimy od razu na ferratę Marino Bianchi, prowadzącą na szczyt Cima di Mezzo. Ponieważ szlak jest uczęszczany, a powrót przebiega prawie w całości tą samą trasą, musieliśmy podzielić się na trzy grupy, ja tym razem jestem prawie na końcu. Najpierw tego żałowałam, ale potem okazało się, że właśnie my będziemy mieć najlepszą widoczność! Ferrata jest trudna i niebezpieczna podczas burzy, na szczęście dzisiaj niebo nam sprzyja.

 

 


Idziemy wzdłuż grani, czasem pojawiają się drabinki, a ponieważ ruch jest dwustronny, więc w tych miejscach robią się zatory. Przystanki mają jednak swoją dobrą stronę, bo można wtedy podziwiać panoramę, jaka rozciąga się wokoło, wyciągnąć aparat i uwiecznić wspaniałe widoki na zdjęciach. Ale na razie trzeba jeszcze pokonać kolejny odcinek, tym razem wspinając się w górę po masywnej ścianie. Teraz już tylko przejście po grani i oto jesteśmy na szczycie zwieńczonym wyjątkowo małym krzyżem.


Goni nas czas, więc po kilku zdjęciach zaczynamy schodzić (ten fragment przebiega inną trasą niż wejście, wzdłuż efektownie prezentującej się z oddali półeczki skalnej). Potem jednak znowu musimy odczekać moment, w którym przepuszczamy ludzi podążających w kierunku szczytu: wśród nich jest ojciec z dwójką małych chłopców! Jestem też pełna podziwu dla starszej kobiety, która pokonuje tę trasę zgrabnie i w dobrym tempie. Czy dożyję jej wieku? A cóż dopiero mówić o chodzeniu po ferratach!


Cortina


Prawie codziennie przejeżdżaliśmy przez ten kurort, po jednej z krótszych ferrat zatrzymaliśmy się, by zrobić tam pamiątkowe zakupy. To jedno z większych miasteczek w Dolomitach, ale idąc główną ulicą, bardzo przypominającą swym bogactwem i snobizmem zakopiańskie Krupówki, cieszymy się, że Sylwester wybrał Cibianę na miejsce pobytu. Owszem, budynki są urokliwe i zadbane, w witrynach można podziwiać nie tylko najlepsze sportowe wyposażenie i odzież, ale i eleganckie ubiory słynnych projektantów, drogą biżuterię – wszystko z najwyższych półek. Do Cortiny przyjeżdżają przecież światowi celebryci.


Ja jednak wolę tę małą, senną Cibianę, gdzie można pooddychać prawdziwie górską atmosferą, gdzie napotkani mieszkańcy pozdrawiają nas ladyńskim „Salve!”, a właściciel hotelu jest tak usłużny, że wyjedzie po mnie i po Sylwię własnym autem do sąsiedniej wsi, w której zatrzymałyśmy się w kościółku. Tutaj wieczorami popijamy w hotelowym barze Aperol, a komu było mało na kolacji (kuchnia jest wyśmienita!), może się skusić na pyszne lody miejscowej produkcji. Nie potrzeba nam wytwornych lokali, z balkonu przy jadalni albo z tarasu zachwycamy się widokami pobliskich szczytów.


Kto jeszcze nie nasycił się chodzeniem, może wybrać się na spacer po zaułkach Cibiany, by odkryć następne murale. Za każdym razem, gdy jestem w Dolomitach, wiem, że zaledwie ich dotykam, że jest jeszcze tyle dróg, szczytów, dolin, których nie zdążyłam zobaczyć. Cóż, nie można mieć od razu wszystkiego, trzeba tam jeszcze wrócić. Szkoda tylko, że na kolejny wyjazd muszę tak długo czekać!

 

 


Tekst: Anna Pobiedzińska

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Mika
Byłam - nie polecam. Chodzenie po górach w 40 osób to koszmar. Organizacja wyjazdu słaba. Oszczędności na każdym kroku.
gm
zacząłem jedździć z tym biurem parę lat temu. Atmosfera super, fajni ludzie, warunki mieszkaniowe zawsze bardzo dobre. Co roku wyjeżdżam z Nimi w Dolomity i zawsze jest OK!!!
rgm
to był wspaniały wyjazd, który zaszczepił we mnie miłość do żelaznych dróg we Włoszech, Zawsze będę wracać do ferratowych przygód. Polecam wszystkim, którzy kochają góry.
kamola
?Włoskie podróże? - te same odczucia. Byłam z nimi 2 razy. No i jeszcze hotele. Oba mocno upadłe i do tego w totalnych dziurach.
kuba
Dolomity TAK ale nie z tym biurem. Jedno wielkie towarzystwo wzajemnej adoracji nietolerujący ?nowych? i do tego ?znajomi królika? czyli rodzina i przyjaciele właściciela jeżdżący na specjalnych prawach.

Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
Łukasz Kocewiak
 
2017-09-28
HYDEPARK
 

Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com