facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS

W najnowszych GÓRACH (270): "Zimowy trawers Hardangerviddy"

Dlaczego postanowiliśmy zrobić zimowy trawers Hardangerviddy? Ponieważ jest to największy płaskowyż górski w Europie. Zapewnia arktyczne warunki w wysuniętym najbardziej na południe rejonie świata. Występują tam typowo polarne gatunki roślin i zwierząt, między innymi sowa śnieżna i lis polarny. To największe w Europie siedlisko dzikich reniferów. Do przełomowych wypraw przygotowywali się tam wybitni polarnicy (na przykład Roald Amundsen przed ekspedycją na biegun południowy).

Hårteigen, góra w kształcie melonika; fot. arch. Rafał Król


Historycznym celem naszej ekspedycji na Hardangerviddę było przypomnienie przedwojennego polskiego podróżnika i wybitnego himalaisty, Jakuba Bujaka, który tuż po studiach, w maju 1932 lub 1933 roku jako pierwszy Polak wybrał się na nartach na płaskowyż Hardangervidda. Przypomnę, że kilka lat później, w 1939 roku Bujak wraz z Januszem Klarnerem zainaugurowali polską obecność w Himalajach, zdobywając szczyt Nanda Devi East (7434 m). Natomiast celem sportowym miało być pierwsze polskie przejście Hardangerviddy zimą.

 

Wszystkie dotychczasowe aktywności Polaków na tym płaskowyżu, jakkolwiek trudne i niebezpieczne, pod względem sportowym pozostawiały sporo do życzenia. Ekipy korzystały z chat i wytyczonych szlaków, nie robiły pełnego trawersu lub wędrowały wiosną. Aby nie być posądzonym o korzystanie z ułatwień, zdecydowaliśmy się ruszyć na początku lutego. Wytyczanie skuterami zimowych szlaków dla narciarzy i otwieranie schronisk przypada bowiem na połowę marca. Problemem o tak wczesnej porze roku był bardzo krótki dzień, zmuszający do wykonywania wielu czynności przy świetle latarek, aby móc jak najwięcej czasu wykorzystać na wędrówkę na nartach.

 

Jak się okazało, nasza trasa miała około 150 kilometrów i wiodła z wysokości 400 metrów, z okolic Rjukan Fjellstue, przez miejsca położone na płaskowyżu na około 1250 metrów, do poziomu morza w pobliżu miejscowości Eidfjord.

 

Płaskowyż, to największe w Europie siedlisko dzikich reniferów; fot. arch. Rafał Król


3 LUTEGO 2013 ROKU


Niestety, jestem chory. Po raz pierwszy od wielu lat wyjeżdżam na wyprawę z gorączką i bólem gardła. Po nocy w Sundal budzę się spocony. Jemy śniadanie i wyjeżdżamy autem o 7.30. Jest jeszcze ciemno, wschód słońca będzie dopiero o 9. Trochę gubimy drogę, przez co zaliczamy dodatkowy objazd. Do Rjukan Fjellstue docieramy dopiero o 11.20. To dobre miejsce do startu, ponieważ jest tu parking, na którym możemy zostawić auto. Tutaj zaczyna się również szlak turystyczny prowadzący na płaskowyż. Rjukan to słynne w czasach II wojny światowej miasteczko, w pobliżu którego znajdowała się fabryka ciężkiej wody, potrzebnej nazistom do budowy broni atomowej. O akcji alianckich partyzantów, którym udało się wysadzić te zakłady, powstał klasyczny już dziś amerykański film wojenny.

 

W Rjukan wchodzimy do pensjonatu, aby uzgodnić cenę za zostawienie samochodu na prawie dwa tygodnie. Pani w średnim wieku woła właściciela. Zaczynamy rozmawiać o planowanej trasie i kwota za parking szybko topnieje. Nie mogliśmy trafić lepiej. Tor, bo tak ma na imię właściciel, okazuje się miejscowym ekspertem z czterdziestoletnią praktyką, który prowadził schroniska na płaskowyżu. Starszy pan z brodą, w okularach i w norweskim, oldschoolowym swetrze jest bardzo życzliwy. Skwapliwie przystaje na dyskusję o naszej trasie. Przynosimy mapy i…

 

Tor robi weryfikację naszych planów, która przypomina trzęsienie ziemi. Tłumaczy, że wielkie jeziora, którymi chcieliśmy wędrować na początku, nie zamarzły i musimy zmienić plany, jeżeli nie chcemy obchodzić całych zbiorników w poszukiwaniu mostów i przepustów. A woda nie zamarzła z dwóch powodów: niewielkich jak do tej pory mrozów, ale przede wszystkim ze względu na spuszczanie jej do turbin produkujących prąd, co drastycznie zmienia poziom tafli. Według Tora, również zaplanowany wariant zejścia jest niemożliwy do realizacji z uwagi na nasz bagaż i spore ilości śniegu. Po raz ostatni też uprzedza, że jakakolwiek aktywność ludzka na płaskowyżu zacznie się dopiero po połowie lutego, więc będziemy zdani wyłącznie na siebie.

 

"Zaczyna wiać silny wiatr, napierając nam prstwo w twarze"; fot. arch. Rafał Król

 

Mimo że napracowałem się nad wytyczaniem trasy i wprowadzaniem jej do GPS-u, Tor jest bardzo przekonujący. Proponuje nam absolutnie inne podejście i wędrówkę z dala od wszelkich szlaków, ale… Ma to swoje plusy. Jego koncepcja podoba mi się i doceniam jej walory. Jednak tak naprawdę najbardziej przekonuje mnie zdjęcie na ścianie pensjonatu, na którym widać, jak Tor oprowadza duńską Królową Małgorzatę II. Zdjęcie miało przynajmniej dziesięć lat, a moje pojęcie o relacjach łączących oba kraje kazało przypuszczać, że do tej fuchy Norwegowie przydzielili swojego najlepszego człowieka. I byłoby bardzo, ale to bardzo nierozsądnie go nie posłuchać.

 

Wyruszamy o 13.30. Sypie coraz mocniej, jest zaledwie kilka stopni mrozu, a narty zapadają się w świeżym, mokrym śniegu, głębokim na około 60 centymetrów. Robimy postoje, poprawiamy skarpety i buty. Wędrujemy do 17.30, gdy jest już ciemno. Wykopanie platformy pod namiot o powierzchni 8 m² zajmuje niemal godzinę. Temperatura spada do –10°C. Zaczynam odczuwać gorączkę, więc na noc faszeruję się aspiryną i wapnem.(...)

 

Rafał Król




O tym jak potoczyły się dalsze losy wyprawy i czy naszym rodakom udało się ambitne przedsięwzięcie dowiecie się z lektury najnowszego, polarnego numeru GÓR.


KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Weronika Biernacka
 
Goryonline
 
Andrzej Mirek
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2020 Goryonline.com