facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS

Ueli Steck – „Jeśli nie akceptujesz ryzyka, nie powinieneś wchodzić w ścianę”

30 kwietnia 2017 roku, stoki Nuptse w Himalajach… Trudno w to uwierzyć, ale minęły już 3 lata od śmierci Ueli Stecka. Z tego powodu przypominamy archiwalny wywiad, który był opublikowany w GÓRACH w grudniu 2015 roku. Z UELI STECKIEM rozmawiał ŁUKASZ ZIÓŁKOWSKI.

Fot. Piotr Drożdż

 

Podczas jednej z prelekcji powiedziałeś, że kiedy się ożeniłeś, twoja żona chciała, żebyś wracał na noc do domu, musiałeś więc zacząć się wspinać szybciej. Proza życia? (śmiech)

(śmiech) To był tylko żart.

 

Przydomek Swiss machine nie wziął się jednak z niczego – znany jesteś z szybkich wspinaczek na północnych ścianach Matterhornu, Grandes Jorasses czy Eigeru. Do pobicia rekordu na tym ostatnim szczycie przygotowywałeś się rok. Dlaczego ten rodzaj alpinizmu jest dla ciebie tak ważny?

Wspinanie w górach to nie zawody, nie da się robić porównań, bo każde wejście jest inne. Możesz bardzo szybko wyjść na Mont Blanc normalną drogą, a ktoś inny – być może silniejszy od ciebie – trafi na dużo gorsze warunki i zrobi to wolniej. Najważniejsza w szybkim poruszaniu się po górach jest dla mnie przede wszystkim zmiana, jaka we mnie zachodzi, osobisty rozwój. Poza tym obecnie jest to również bardzo łatwe.

 

Ze względu na zaawansowany sprzęt i precyzyjne prognozy pogody?

Dokładnie. Wiele wspinaczek możesz teraz zrobić w ciągu jednego dnia, wszystko stało się mniej skomplikowane. Im mniej sprzętu weźmiesz w góry, tym większe wyzwanie – podczas projektu „82 summits” [Ueli wszedł na wszystkie osiemdziesiąt dwa alpejskie czterotysięczniki w ciągu sześćdziesięciu dwóch dni – przyp. red.] miałem w zasadzie tylko raki i czekan. Nie potrzebowałem niczego więcej. Dzięki temu nie tylko ta przygoda, ale też moje życie stały się prostsze.

 

Normalne życie w dolinach jest trudniejsze?

Dużo bardziej skomplikowane, a na efekty swoich działań bardzo często musisz poczekać. W górach podejmujesz decyzje, których rezultaty są widoczne bardzo szybko.

 

Wielu osobom twoje wyczyny wydają się nieosiągalne.

Wystarczy zmienić swoje myślenie. To tak jak z wejściem na Mont Blanc. Zamiast jechać kolejką możesz ruszyć z Chamonix. Wielu ludzi uważa, że to niemożliwe, że zbyt daleko. Nieprawda. Podobnie jest w Himalajach. Da się wejść na wiele ośmiotysięczników w ciągu jednego dnia, prosto z bazy. A ludzie zakładają tam cztery obozy. To nie tylko brak dostatecznego przygotowania fizycznego, ale także problem mentalny. Musisz przestawić swoje myślenie na inne tory i popatrzeć na cel z innej perspektywy – to bardzo ważne w speed climbingu.

 

Poza tym kiedy bierzesz dużo ekwipunku, jesteś bardzo powolny. W trakcie projektu „82 summits” mijałem na Barre des Écrins Czechów. Nieśli wielkie toboły, a ja miałem tylko mały plecak i buty do biegania. W pewnym momencie trzeba było pokonać szczelinę. Mieli raki, czekany, a mimo tego przez pół godziny dyskutowali, kto poprowadzi ten „wyciąg”. Ja pokonałem to miejsce z kijkami i w butach do biegania. Sprzęt nie gwarantuje więc sukcesu. Czasem jest wręcz przeciwnie, masz pełen plecak, który ci ciąży, przemieszczasz się wolno i wcale nie jest to bezpieczniejsze.

 

Z samotnym, szybkim działaniem z minimalną ilością sprzętu wiąże się też często wspinaczka free solo. Jak sobie radzisz z ryzykiem?

Kiedy wspinam się bez asekuracji, nie poruszam się na granicy moich technicznych możliwości, nie ma więc aż tak dużego ryzyka, że odpadnę. Czasem masz linę, ale jest tak trudno, że nie stanowi ona realnego zabezpieczenia, a jedynie poprawia twoją psychę. Ciężko to tak do końca wyjaśnić... Weźmy na przykład północną ścianę Eigeru. Mało doświadczony zespół, poruszający się z liną, potrzebuje trzech dni na jej przejście. Ale niewykluczone, że ryzykuje bardziej niż ja, nawet jeśli idę bez asekuracji i przechodzę ją w pięć godzin. Po prostu mam duże doświadczenie, kontroluję to, co się dzieje i minimalizuję ryzyko odpadnięcia.

 

Ale nie da się kontrolować wszystkiego, na przykład spadającego kamienia. Bierzesz to pod uwagę podczas wspinania?

Myślę o tym przed startem w drogę i decyduję: idę albo nie. To prawda, że jest wiele rzeczy, których nie jesteś w stanie przewidzieć. Jeśli nie akceptujesz tego ryzyka, nie powinieneś wchodzić w ścianę. Musisz wszystko przemyśleć, oszacować ryzyko oraz swoje szanse i podjąć świadomą decyzję. W przeciwnym razie jesteś po prostu głupi. Jeżeli wspinasz się z poczuciem strachu i powracającymi pytaniami, czy to, co robisz, jest właściwe, to znaczy, że jesteś w nieodpowiednim miejscu. Być może nie jesteś wystarczająco silny albo doświadczony.

 

Pytałem o spadający kamień, bo ciebie trafił on w 2007 roku na Annapurnie.

Na początku musiałem zrozumieć, co się wydarzyło. Dopiero kiedy zobaczysz, gdzie popełniłeś błąd, możesz wyciągnąć z tego wnioski. Kiedy rok później zginął tam Inaki Ochoa, stwierdziłem, że już nigdy tam nie wrócę. Ale po pięciu latach zmieniłem zdanie.

 

Samotne wejście południową ścianą na Annapurnę w 2013 roku to najbardziej niebezpieczna przygoda, jaką przeżyłeś w górach.

Chyba tak, choć tak naprawdę nie wiem, co było najbardziej przerażające albo najtrudniejsze w moim życiu, nie dbam o to. Poza tym nie da się zmierzyć niebezpieczeństwa. Czasami balansujesz na krawędzi nawet o tym nie wiedząc, bo wszystko kończy się dobrze i nie zdajesz sobie sprawy ze skali zagrożeń, których uniknąłeś. 

 

Na Annapurnie było naprawdę niebezpiecznie, ale nie mogłem się na tym skupiać. Gdybym nie zaakceptował tego, że coś może pójść nie tak, nigdy bym się tamtędy nie wspinał. Kiedy wróciłem do domu i starałem się na spokojnie przeanalizować tę wspinaczkę, doszedłem do wniosku, że ryzyko było zbyt duże. Stało się dla mnie jasne, że jeśli pójdę dalej w tym kierunku, zginę.

 

Nie boisz się, że będziesz jednak chciał przesunąć tę granicę?

Nie. Podjąłem decyzję, że nie będę już podejmował tego typu wspinaczek. Jeśli chcesz przeżyć w górach, musisz potrafić zrobić krok w tył. W przeciwnym razie zginiesz. Na Annapurnie miałem sporo szczęścia, nikt poza mną nie jest w stanie oszacować, jak bardzo to było ryzykowne.

 

Jak sobie z tym radzi twoja żona?

Na pewno nie jest jej łatwo to zaakceptować. Ale nigdy nie powiedziała: nie zgadzam się, to zbyt niebezpieczne. Ostatecznie ja podejmuję decyzję, nikt inny nie jest w stanie ocenić ryzyka. Co nie oznacza, że nie rozmawiamy o moich planach. Przeciwnie, wspólnie zastanawiamy się, co ma sens, a co nie. Czasem jesteś tak nakręcony na dane przedsięwzięcie, że nie widzisz pewnych niebezpieczeństw. Wtedy głos patrzącego na to z boku może pomóc ci znaleźć jakieś inne, lepsze rozwiązanie.

 

Wspina się czasem z tobą?

Tak, towarzyszyła mi na przykład w kilku wejściach podczas alpejskiego projektu.

 

Fot. Piotr Drożdż

 

Czym jest dla ciebie wspinanie?

Lubię jego sportowy aspekt, jest bardzo ważny, ale jest też coś innego: piękno linii, ściany czy idea stojąca za jakimś przejściem, która mnie pociąga. To, jak się wspinasz, może być sposobem na wyrażenie siebie.

 

Ale najważniejsze jest dla mnie wyzwanie. Tak było też w przypadku „82 summits”. Kiedy patrzę na podsumowanie tego przedsięwzięcia i widzę, że prawie każdego dnia byłem w ruchu, myślę sobie: mój organizm był w stanie wytrzymać dwa miesiące wysiłku. To dla mnie największy sukces. Podejmuję wyzwania dla własnego rozwoju. Cała reszta jest jedynie rezultatem takiego założenia. Patrząc globalnie, niczego nie zmienia fakt, czy wejdziesz na jakąś górę. Wspinaczka to twój wybór i twoja sprawa, uprawiasz ją tylko dla siebie. [Zamyśla się, patrzy na moją brodę].          

To tak jak z zarostem – możesz mieć brodę albo nie. Jeśli to twój wybór i masz przeświadczenie, że tego właśnie chcesz, wszystko jest w porządku. Sam musisz wybrać swoją ścieżkę: czy chcesz skoncentrować się na karierze, czy znaleźć mniej absorbującą pracę, która pozwoli ci poświęcić więcej czasu na góry.

 

Żeby wspinać się na takim poziomie jak ty, trzeba się chyba skupić wyłącznie na górach. Pojawia się więc problem sponsoringu wspinaczy. Widzisz jakieś zagrożenia z tym związane?

Obecnie jest coraz więcej wspinaczy, którzy robią to, co narzucają im sponsorzy. I właśnie dlatego nie działają na najwyższym poziomie. Czasami mają o wiele większy sportowy potencjał, ale robią to, czego się od nich oczekuje, co jest medialne, uprawiają taki alpinistyczny modeling. Przecież kiedy wspinasz się naprawdę trudną drogą, nie masz czasu ani możliwości robienia zdjęć czy kręcenia filmu.

 

Taki Reinhold Messner... O ile mnie pamięć nie myli, sprzedał samochód, by mieć pieniądze na samotną wspinaczkę na Everest. Co pokazuje, jak bardzo mu na tym zależało – i dlatego odniósł sukces.

 

Brzmi to trochę jak z poradnika pozytywnego myślenia.

Prawda, że dla młodych wspinaczy, których jedyną szansą na wyjazd jest pozyskanie sponsora, wszystko jest dużo bardziej skomplikowane. Jednak trzeba robić to, co uważa się za słuszne i przekraczać swoje ograniczenia. Jeśli ktoś patrzy tylko na to, co może mu przynieść rozgłos i taką miarą mierzy swój sukces w górach, to go nie odniesie. Być może zajdzie daleko, ale nie na szczyt. Ja jestem teraz w komfortowej sytuacji, ale na nią zapracowałem. Moi sponsorzy przekazują mi pewną sumę pieniędzy, jako rodzaj rocznej pensji. Nie muszę więc każdorazowo prosić ich o sfinansowanie konkretnego projektu. Po prostu wybieram cel, przeznaczam na niego część pieniędzy i jadę. 

      

Niektórzy narzekają, że cele powoli się kończą. Nie masz z tym problemu?

Mam, ale nie z brakiem pomysłów, tylko czasu na ich realizację. Ważna jest wyobraźnia, kreatywność. Wtedy zawsze znajdzie się ciekawy cel. Oczywiście jeśli zawęzisz swoje poszukiwania jedynie do nowych dróg czy niezdobytych szczytów, taki problem może się pojawić. Ale zawsze jesteś w stanie znaleźć ciekawe wyzwania, jak na przykład Nuptse (7861 m), na który się wybieram. Nie zamierzam tam wytyczyć nowej linii, ale chcę się wspiąć Drogą Babanowa w stylu alpejskim, czego nikt do tej pory nie zrobił [rozmowa miała miejsce we wrześniu 2015 roku podczas Spotkań z Filmem Górskim w Zakopanem. Plany wyprawy, o której wspomina Ueli, pokrzyżowała zła pogoda. Steck i Colin Haley dotarli na wysokość 6900 m – przyp. red.].

 

Tak naprawdę niezbyt interesują mnie wyjazdy do odległych dolin na niezdobyte szczyty. Często sytuacja wygląda tak, że jedyną ich atrakcją jest to, że nikt wcześniej tam nie był. Samo wejście prowadzi łatwą technicznie drogą, a do całego przedsięwzięcia dopisuje się dużą historię tylko dlatego, że jest to pierwsze wejście. Nie ciągnie mnie także zimą w Himalaje. To wasza specjalność, powinniście wejść na Nanga Parbat, bo dla was to naprawdę ważne.

 

Jesteś w szczytowym momencie swojej wspinaczkowej kariery?

Fizycznie byłem silniejszy na przykład w 2009 roku, kiedy wszedłem na Matterhorn w godzinę i pięćdziesiąt sześć minut, a potem pojechałem na Gasherbrum II i Makalu. Teraz nie byłbym w stanie tego powtórzyć, ale za to mam większe doświadczenie. No i z formą też jest całkiem dobrze.

 

Mógłbyś sobie wyobrazić, że robisz coś innego niż wspinanie?

Wspinam się tak dużo, że być może straci to w końcu urok czegoś nieznanego i może znajdę coś innego, bardziej interesującego. Nie wykluczam. Może kiedyś...

 

Zdjęcia: Piotr Drożdż

 

Artykuł opublikowany był w Magazynie GÓRY 247 (2015)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2020-08-03
Tylko w GÓRACH
 

Transport i uzupełnianie wody podczas górskiej wycieczki

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2020-07-17
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (273): „Liny pojedyncze”

Komentarze
0
 
Dorota Rakowicz
 
2020-07-14
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (273): "Via Alpina - długodystansowy klasyk"

Komentarze
0
 
Piotr Drożdż
 
2020-07-11
Tylko w GÓRACH
 

Maciek Szopa - In Memoriam

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2020 Goryonline.com