facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-07-14
 

Tygrysice na K2

Amerykańska autorka postanowiła poznać historię życia i motywy postępowania pięciu himalaistek, pierwszych kobiet, które stanęły na szczycie K2.

Lepiej przeżyć jeden dzień jako tygrys
Niżeli tysiąc jako owca
Przysłowie tybetańskie

Zawsze interesował mnie temat kobiet w górach. Mimo że alpinizm jest domeną głównie męską, badania naukowe zdają się potwierdzać, że kobiety lepiej się aklimatyzują, rzadziej cierpią na odmrożenia oraz obrzęk płuc, a ich układ krążenia łatwiej niż u mężczyzn przystosowuje się do ubogiego w tlen powietrza. Zastanawiałam się więc nad przyczynami dysproporcji w ilości wspinających się kobiet i mężczyzn, intrygowała mnie także psychika wyruszających na himalajskie wyprawy pań. Miałam nadzieję, że pomocą w zrozumieniu tych zagadnień mogłaby być książka Jennifer Jordan Okrutny szczyt. Amerykańska autorka postanowiła poznać historię życia i motywy postępowania pięciu himalaistek, pierwszych kobiet, które stanęły na szczycie K2. Trzy spośród nich zginęły w zejściu, a dwie w trakcie innych wypraw w Himalaje.

Wanda Rutkiewicz, zanim zaginęła na Kanczendzandze w 1992 r., jako pierwsza Europejka i pierwsza Polka (wyprzedziła panów!) wspięła się na Everest. Przez długi czas była jedyną na świecie kobietą, która weszła na osiem ośmiotysięczników. Przeciwieństwem silnej Wandy była Liliane Barrard, cicha żona Maurice’a, usuwająca się w cień członkini teamu lansującego się po zdobyciu Gasherbrumu i Nanga Parbat na „najwyższą parę świata”. Zginęła wraz z mężem schodząc ze szczytu K2. Julie Tullis wyruszyła na pierwszą himalajską ekspedycję, gdy jej starszy syn miał 18 lat. Rezygnując ze spokojnego rodzinnego życia, wraz z Kurtem Diembergerem w l. 1982-85 odbyła 5 wypraw. Ostatnia – na K2 – okazała się tragiczna. Beztroską Chantal Maudit, aktywnie uprawiającą różnorodne sporty, cechowała energia i namiętność. Korzystała bez skrupułów z pomocy mężczyzn, którzy niemal wnosili i znosili ją z kolejnych szczytów. Z K2 dzięki tej pomocy udało jej się szczęśliwie powrócić do bazy, jednak Dhaulagiri w 1998 r. okazała się mniej łaskawa. Ostatnia z kobiet, którym poświęcona jest książka, Alison Hargreaves, kochała się wspinać. Nie przeszkadzała jej w tym nawet ciąża. W uprzęży opinającej brzuch samotnie pokonała północną ścianę Eigeru i mimo że odeszły jej wody płodowe, na poród udała się dopiero, kiedy dokończyła ostatni wyciąg w skałach. Gdy jako pierwsza kobieta osiągnęła wierzchołek Everestu bez tlenu i wsparcia z zewnątrz, w bazie czekały na nią jej kilkuletnie dzieci. Pod K2 ich nie było. Przyjechały parę miesięcy później, by zobaczyć górę, na której zginęła mama.

Jennifer Jordan wykonała ogromną pracę dziennikarską gromadząc materiały, czytając dokumenty, odbywając rozmowy, analizując wypowiedzi i docierając do bliskich bohaterek książki. Mimo że wiele faktów z życia Wandy Rutkiewicz w Polsce jest powszechnie znanych, to jednak dla mnie i zapewne dla wielu czytelników życiorysy pozostałych kobiet to całkowite novum. Suche informacje o kolejnym wejściu na ośmiotysięcznik czy śmierci w górach można przeczytać w tematycznych magazynach czy Internecie, jednak szczegóły z dzieciństwa czy życia uczuciowego niektórych z tych pań nie są poza książką w ogóle dostępne.

Niestety, pełno w tym opracowaniu nieścisłości, wyolbrzymień i przeinaczeń. Niektóre z nich zostały sprostowane przez wydawcę w przypisach, inne obeznany z tematem czytelnik sam łatwo wyłapie. Śmieszy zdanie, że podczas wspinaczki na północną ścianę Eigeru w 1973 r. Wanda Rutkiewicz używała sprzętu, który mógł pochodzić „z czasów rewolucji bolszewickiej” (s. 50), natomiast „wystające kości policzkowe”, które Rutkiewicz rzekomo zawdzięczała „wschodnioeuropejskiemu pochodzeniu”, nie są przecież typową cechą dla mieszkańców naszej części Europy. Pani Jennifer, zapewne jak większość przeciętnych Amerykanów, ma pewne problemy z geografią i zdaje się pomyliła w tym przypadku Europę z Azją. W innym miejscu każe wędrować Wandzie przez pół Nepalu „szlakiem trekkingowym z lodowca Khumbu do Katmandu” (s. 64). Przykłady można by mnożyć.

Styl reporterski rodem z CNN-u (u nas reprezentowany przez TVN) zaowocował budowaniem atmosfery grozy wokół trudności himalajskich wypraw i niebezpieczeństw grożących alpinistom. Już sam tytuł książki wskazuje na ton, w jakim dalej Jennifer Jordan opisuje odwiedzane przez wspinaczy rejony. „Niewypowiedzianie groźny i ubogi w tlen świat ośmiotysięczników”, „śmiercionośna burza”, „porażające umysł doświadczenie” – tylko na pierwszej stronie wstępu przeczytamy takie mrożące krew w żyłach określenia. Aż dziw bierze, że nadal wiele osób w góry jeździ, wchodzi na ośmiotysięczniki i nawet znajduje w tym przyjemność.

Autorka przytacza szczegółowe statystyki, mające potwierdzać złą sławę „morderczych szczytów” i „gór-zabójców”: „Do momentu zakończenia sezonu wspinaczkowego 2003 prawie 2000 osób wspięło się na Everest, lecz w tym samym okresie szczyt K2 osiągnęło niecałe 200. Podczas gdy na Evereście zanotowano 180 zgonów, na K2 spoczęły 53 osoby – 9,4 procent do 27” (s. 7). Celowość podawania tego typu wyliczeń jest wątpliwa, tym bardziej że umiejętne manipulowanie założeniami badań może doprowadzić do oczekiwanych wyników i wtedy „co drugi Polak sięga po Warkę”. Mam wrażenie, że autorka po zebraniu wszystkich materiałów zamiast spróbować je uporządkować i w sposób obiektywny przekazać innym, napisała książkę z góry założonymi następującymi tezami: A) kobiety himalaistki są nieszczęśliwe; B) mają problemy w związkach; C) nie rozumie ich najbliższa rodzina; D) z założenia są dyskryminowane przez mężczyzn; E) faceci to szowiniści; F) klimat himalajskich wypraw jest ogólnie nie do wytrzymania. Nie wydaje mi się jednak – wbrew temu co próbuje udowodnić autorka – żeby można te stwierdzenia uznać za uniwersalne prawdy rządzące światem zdobywczyń himalajskich wierzchołków.

Książkę autorstwa Jennifer Jordan trudno jest nazwać literaturą faktu. Jest to raczej próba snucia opowieści, w której przypisuje się bohaterkom myśli, opisuje czynności czy wkłada w usta słowa, które mogły nigdy nie mieć miejsca. Np. Lilianne Barrard przykrywa w łóżku męża, wkłada starannie przyszykowane rzeczy, następnie uśmiecha się do siebie w lustrze (s. 106).

Po przeczytaniu rozdziałów poświęconych Wandzie Rutkiewicz i Lilianne Barrard, które mnie zdecydowanie znudziły, przyzwyczaiłam się do sposobu pisania autorki i relacje z życia kolejnych kobiet wydały mi się bardziej wciągające. Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że cieszy mnie to, iż książka o ich życiu powstała, gdyż nigdy nie miałabym okazji poznać tylu szczegółów z ich życiorysów z innych rozproszonych źródeł. Wstyd się przyznać, ale postać Alison Hargreaves w ogóle wcześniej nie była mi znana, a po lekturze wydała się najbliższa moim życiowym doświadczeniom.

Paradoksalnie uważam, że książka ta może mieć lepszy odbiór w szerszym kręgu czytelników, a najpewniej czytelniczek, nie mających nic wspólnego ze światem gór. Nie będzie wtedy razić przeinaczanie faktów i wyolbrzymianie niebezpieczeństw, a biografie na pewno wydadzą się interesujące.

Na koniec mam jeszcze jedną uwagę – tym razem do wydawcy. Zastanawiam się nad celowością spolszczania nazw ośmiotysięcznych szczytów i niektórych innych nazw własnych. O ile bowiem „Gaszerbrum” nie razi, o tyle „Loce” bardzo. „Czo Oju” czasem w literaturze się spotyka, jednak częściej stosuje się pisownię anglojęzyczną (niestety, zalecenia słownika ortograficznego i encyklopedii PWN też są sprzeczne). Gdybyśmy jednak chcieli być konsekwentni, to chyba trzeba by było napisać Everest przez „w”, a Dhaulagiri bez „h”, tym bardziej że „Katmandu” z pominiętym „h” w książce występuje. Zupełnie nie rozumiem nazywania Broad Peaku Falchan Kangri. Ta pierwsza nazwa jest przecież w Polsce w powszechnym użyciu, drugą zna niewielu.

Jednak większych zastrzeżeń edytorskich nie mam. Książka jest świetnie wydana. Twarda oprawa uchroni ją od zniszczenia przez wiele sezonów. Czarno-białe zdjęcia z dawnych lat są wyraźne, dzięki czemu dzisiaj możemy oglądać jak żywe twarze ludzi, których między żywymi już nie ma.


Kamila Gruszka

Jennifer Jordan, Okrutny szczyt, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2007

"Góry", nr 4 (167) kwiecień 2008

(kg)

 
Goryonline
 
2018-11-07
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”. Góry, wolność i niepodległość

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-19
HYDEPARK
 

Film „No Trace Tatra” na jesiennych festiwalach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-16
HYDEPARK
 

Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com