facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2006-04-18
 

Trzy razy Murallon (PATAGONIA)

Lata temu zauroczyło mnie i Roberta zdjęcie Cerro Murallon – góry prawie nieznanej nawet wśród wspinaczy ekspedycyjnych. Wielki, sześciusetmetrowy i  w dużej części przewieszony filar, po których przechodził w grań


Przeminęło z wiatrem - Trzy razy Murallòn

Cisza. Ani śladu hałasu. Aż bolą uszy. Nawet oddech Roberta wydaje się być bezszelestny. Jedynie w regularnych odstępach czasu wydostają się z jego ust małe chmurki pary, natychmiast rozpływające się w mroźnym powietrzu. Bezustannie wpatruję się w jeden punkcik na suficie, jak gdyby mój wzrok miał moc przewiercenia dziury w przygniatającej beznadziei. Halogenowa żarówka mojej czołówki wypełnia lodową jamę ostrym, zimnym światłem. Cienka, aksamitna powłoka szronu przykryła nasze śpiwory, liny, haki i prowiant. Trzy stopnie poniżej zera. Nie mogę się powstrzymać od skojarzeń z chłodnią w rzeźni. Jednak zamiast leżeć obok zamarzniętej świni, dzielę to miejsce z jednym z najlepszych alpinistów i lodowych wspinaczy na świecie, Robertem Jasperem. Trwa to już ponad tydzień. Przez ostatnie kilka dni na zewnątrz szaleje burza z wiatrem o sile huraganu. Śnieg oraz ponadmetrowej grubości lodowe ściany tłumią wszystkie dźwięki, nie wpuszczając równocześnie nawet promyka światła. Tkwimy tutaj niczym pogrzebani żywcem, uwięzieni w miejscu kompletnie nieprzystosowanym dla ludzkich istot. Mimo to znaleźliśmy się tutaj z własnej nieprzymuszonej woli, w dodatku trzeci raz z rzędu. Opętała nas bowiem pozornie nieosiągalna tysiącmetrowa ściana na końcu Patagońskiego Lądolodu. Dla nas stała się cenna jak klejnot. Zalecaliśmy się do niej niczym do pięknej kobiety. Za każdym razem  o tej samej porze roku, w miesiącach listopad-grudzień 2003, 2004 i 2005 roku, zmagaliśmy się z podejściem do jej stóp i dwa razy zostaliśmy szorstko odtrąceni. Diwa Murallon rzuciła na nas swój urok i w przypadku kolejnej porażki – nie bacząc na sens i logikę takiego postępowania – byliśmy gotowi wracać pod nią nawet cztery czy pięć razy. Tak długo aż podda się naszemu pożądaniu.


POCZĄTKI
Lata temu zauroczyło mnie i Roberta zdjęcie Cerro Murallon – góry prawie nieznanej nawet wśród wspinaczy ekspedycyjnych. Wielki, sześciusetmetrowy i  w dużej części przewieszony filar, po których przechodził w grań, prowadzącą do kolejnej czterystumetrowej ściany skalnej, stającej dęba niczym podcięta fala. Idealna linia charakteryzowała się niezrównanym pięknem i prostotą. Słowa wielkiego eksploratora Patagonii, Włocha Casimiro Ferrariego, jeszcze podsycały nasze apetyty: „Wprawdzie Cerro Torre jest górą, która odcisnęła na mnie największe piętno, a Fitz Roy był najtrudniejszy technicznie, to jednak to właśnie Cerro Murallon jest szczytem, który poddał moje siły psychiczne i fizyczne najtrudniejszemu testowi”. Cóż to musiała być za góra, jeśli wielki Casimiro Ferrari tak się o niej wyrażał? Włoch był zmuszony do zorganizowania aż czterech ekspedycji od 1979 do 1984 roku, aby najpierw rozpoznać podejście pod Murallon, a później pokonać imponujący północno-wschodni filar tej góry. W zmaganiach wspierało go wielu pomocników, ale ostatecznie szczyt osiągnął w towarzystwie Paolo Vitaliego i Carlo Alde.
Przed Casimiro Ferrarim tylko jedna ekspedycja wróciła spod Murallon z sukcesem. Dowodził nią niestrudzony Eric Shipton, który wraz z partnerem Jackiem Ewerem i dwoma chilijskimi przewodnikami, Eduardo Gracia i Cedomirem Marangunic, osiągnął przedszczytowe plateau w styczniu 1961 roku. Ich droga od północnego-zachodu jest prawdopodobnie najłatwiejszą na górze. Jednak podczas ataku szczytowego pogoda była do tego stopnia fatalna, że do dziś pozostaje niejasne, czy zespół rzeczywiście osiągnął grzyb lodowy, stanowiący najwyższy punkt góry. Dlatego pierwsze wejście na Cerro Murralon pozostaje zagadką. Jednak dla mnie i Roberta te detale nie mają znaczenia. Szczyt Murallon tworzy kilometrowe plateau, które oferuje znikome trudności techniczne. Dlatego uważamy Shiptona i jego zespół za pierwszych zdobywców góry.


ODKRYWCY
W wielu przypadkach uwagi i opisy wspinaczy starszej generacji stanowią impuls, który popycha nowe pokolenie do podjęcia wyzwania. Uważam, że w najbliższej przyszłości alpinizm na najwyższym poziomie nie będzie zmierzał w kierunku „szybciej, wyżej i trudniej niż inni”. Miarą jakości wyczynu alpinistycznego przestanie być jego spektakularność, a stanie się nią kreatywność w wyborze podejścia i celu. Wciąż zostało do odkrycia mnóstwo nietkniętych przez alpinistów rejonów, które czekają na swoich pierwszych eksploratorów. Ich atrakcyjność polega na trudnej dostępności.
Pokolenie moje i Roberta, a przede wszystkim młodsi od nas wspinacze, znowu staną się odkrywcami. Wszystkie interesujące i dobrze znane góry jak Trango Tower czy Fitz Roy są już – lub wkrótce się staną – wyeksplorowane. Jednak za horyzontem wciąż znajdziemy ściany i szczyty, których nikt nigdy nawet nie sfotografował, ani nie opisał  – niektóre z nich są wciąż czymś na kształt tworu wyobraźni. Te wizjonerskie cele czekają na odkrycie przez tych, którzy wyruszą ku nieznanemu w poszukiwaniu wymarzonej drogi. Oczywiście można pójść na łatwiznę i skorzystać z pomocy wyczarterowanego samolotu lub helikoptera. Jednak takie rozwiązanie zabiłoby ducha ekspedycji – unicestwiłyby widmo niepewności i przygody. Dla mnie logicznym rozwojem nowoczesnego alpinizmu wyprawowego jest praktyczna akceptacja filozofii, którą określam jako „by fair means”, polegającej na świadomym wyrzeczeniu się jak największej ilości „sztucznych” środków podczas podróży do najbardziej odległych rejonów oraz podczas samej wspinaczki.


NOWY CEL
Kiedy po raz pierwszy przestudiowaliśmy położenie geograficzne Cerro Murallon, z uciążliwym podejściem i prawie nierozwiązywalnymi problemami logistycznymi, rozpaliło się w nas prawdziwe pożądanie zdobycia tej położonej na końcu świata gigantycznej bryły ze skały i lodu. Cerro Murallon, zwane również „zapomnianą ścianą Patagonii”, wyrasta ponad horyzontem na południe od Fitz Roya i Cerro Torre niczym wielka forteca. Jej wysokość, 2831 metrów, nie jest imponująca. Jednak techniczne trudności i oddalenie od cywilizacji sprawiają, że przejście naszego filara jest prawdziwym wyzwaniem. Przedarcie się przez wymarłe pustkowie jest przygodą samą w sobie. Z tego też powodu ta góra nigdy nie będzie magnesem dla większej grupy ludzi, jak to się stało z sąsiednimi masywami Fitz Roy i Cerro Torre. Żaden z nas nie miał złudzeń, że przyjdzie nam się zmierzyć z kapryśna pogodą i wiatrem.
W 1994 roku Robert ustanowił rekord szybkości wejścia na Cero Torre, osiągając jego wierzchołek w 16 godzin od opuszczenia bazy. Kilka lat wcześniej ja odbyłem chrzest ogniowy – choć w tym przypadku należałoby powiedzieć „lodowy” – podczas kręcenia filmu „Krzyk kamienia” Wernera Herzoga. Wiedzieliśmy, że znajdziemy raj na ziemi, który jednak w każdej chwili może przerodzić się w prawdziwe piekło. Zdawaliśmy sobie sprawę z ryzyka i przygotowywaliśmy się na najgorsze. Mimo to koszmar, jakiego doświadczyliśmy znacznie przerósł nasze oczekiwania.

2003 – PIERWSZA PRÓBA
Najkrótsza droga prowadząca z ostatniego przysiółka cywilizacji Estancia Christina pod Murallon liczy sobie 40 kilometrów w linii prostej. Naszej ekipa, składająca się ze mnie, Roberta, kamerzysty Sebastiana i fotografa Klausa, potrzebowała na pokonanie tego dystansu prawie trzech tygodni. Wreszcie przepełnieni strachem stanęliśmy u stóp naszego filara. Od razu zdaliśmy sobie sprawę, że nie starczy nam sprzętu, a przede wszystkim czasu, aby osiągnąć szczyt planowaną drogą. Już wówczas obaj przysięgliśmy sobie po cichu, że wrócimy, aby zmierzyć się z projektem. Tymczasem, na przekór wszystkiemu, udało nam się wytyczyć nową drogę prawą granią północnej ściany. Linia, którą zdołaliśmy pokonać w stylu alpejskim,  liczyła sobie 1000 metrów i otrzymała wycenę 5.10+/M8. Nazwaliśmy ją The Lost World. Po zakończeniu akcji zdeponowaliśmy sprzęt u stóp naszego pierwotnego celu, którego realizację odłożyliśmy do następnego roku.

2004 – DRUGIE PODEJŚCIE
Tym razem planowaliśmy podejść pod naszą górę drogą przez lądolód. Trasa ta była wprawdzie dwa razy dłuższa od wybranej rok wcześniej, ale tylko z Piedra del Fraile do Passo Marconi musieliśmy nieść ekwipunek na własnych plecach. Dalej mogliśmy już ciągnąć nasz ekwipunek na saniach.
Przetransportowanie sprzętu do Passo Marconi zajęło nam niecały tydzień...

Tekst: Stefan Glowacz

Zdjęcia: Klaus Fengler

Dalszy ciąg relacji i więcej informacji o Cerro Murallòn w kwietniowym numerze GÓR 4 (143) 2006

(kg)


Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com