facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2011-07-11
 

Treking Cordillera Huayhuash

Przyznaję, że gdy w 2009 roku wspinaliśmy się na Alpamayo i Huascaran z moim peruwiańskim partnerem Danielem Millą z lekką rezerwą słuchałem jego entuzjastycznych słów o Kordylierach Huayhuash. Tam jest jeszcze piękniej niż w Cordillera Blanca – mawiał, i w końcu nas przekonał. Zaplanowaliśmy treking, by je zobaczyć.

Tekst: Mirosław Mąka
Zdjęcia: Elżbieta Jodłowska, Mirosław Mąka, Marek Szpot


Przyznaję, że gdy w 2009 roku wspinaliśmy się na Alpamayo i Huascaran z moim peruwiańskim partnerem Danielem Millą, a wokół pyszniły się fantastyczne, urzekające pięknem organy lodowych ścian, z lekką rezerwą słuchałem jego entuzjastycznych słów o Kordylierach Huayhuash. Tam jest jeszcze piękniej niż w Cordillera Blanca – mawiał, i w końcu nas przekonał. Zaplanowaliśmy treking, by je zobaczyć.
 


To, co przeżyliśmy, pozostanie jedną z najwspanialszych przygód, jakich doświadczyliśmy
w górach.

Do Huaraz – peruwiańskiego Chamonix – przybyliśmy 1 sierpnia 2010 roku w składzie: Marek Szpot (Zakopane), Ela Jodłowska i ja (oboje Kraków). Daniel Milla, świetny wspinacz i przewodnik z Huaraz, załatwił namioty i transport. Jego kolega, Clever Coronel, czarodziej wysokogórskiej kuchni, miał odpowiadać za nasze żołądki. Dołączyła do nas młoda Viviana Obregon, aspirantka na przewodnika pod czujnym okiem Daniela, oraz Francuz Jacques Pitte, instruktor narciarstwa z Val-d’Isere, mieszkający w Argentynie.

5 sierpnia rano wypakowanym busem ruszyliśmy do odległej o 100 km doliny Cuncush. Z wolna na horyzoncie wyostrzał się fantastyczny pejzaż Kordylierów Huayhuash. Gniazdo ostrych, białych sześciotysięczników kumulowało w potężnej Yerupaja (6617 m), drugim po Huascaranie szczycie Peru – wspaniałej, groźnej i niełatwej górze. W zuchwale poszarpanej linii szczytów było szaleństwo i majestat – coś, co olśniewało i zniewalało, ale też niepokoiło i budziło szacunek. Zachwycało, ale z cieniem obawy przed własnym ograniczeniem; subtelna koniunkcja fascinanstremendum.

Asfaltowa droga skończyła się szybko i bus, wyjąc na niskich obrotach, wspinał się chybotliwie serpentynami drogi brawurowo wyciętej w pionowych stokach kamiennych dolin pokrytych kaktusami i kolczastą florą. Za przełęczą czekał nas ekscytujący zjazd na dno doliny i wzdłuż spienionej Rio Llamac, przez wioskę o tej samej nazwie, do wielkiej doliny Cuncash. Po południu na łące Quartelhuain (4170 m), szarpiąc łopoczące na wietrze namioty i zacierając skostniałe ręce, rozbiliśmy pierwszy biwak. Nocą, w cieple śpiworów słuchaliśmy, jak wiatr natęża się, płynie szumiącą falą z głębi doliny i uderza w namioty, by potem ucichnąć, a po chwili ponowić swe harce.

Rano skaliste szczyty świeciły jasnym blaskiem, lecz my tkwiliśmy jeszcze w cieniu, pakując lekkie plecaki, cały zaś ekwipunek powierzając osłom, które z poganiaczami przybyły z pobliskiej wsi. Dostrzegliśmy też krępego konika – „emergency horse’a”, niezbędnego w razie czyjejś kontuzji lub choroby. Trasa trekingu w większości pokrywała się z drogą osłów, często jednak zbaczała na bezdroża i w zupełnie dzikie rejony. Daniel, znający te góry jak własną kieszeń, wprowadził ciekawe warianty, wymagające wprawdzie kondycji i otrzaskania z ekspozycją, jednak oferujące widoki nieosiągalne ze ścieżek. Do biwaku docieraliśmy więc często różnymi trasami: my górami i przełęczami, osły zaś dnem dolin.

Pierwszego dnia czekało nas żmudne podejście na ostro wciętą przełęcz Cacanapunta (4690 m), w północnej części głównej grani Huayhuash. Z jej siodła otworzył się na wschód rozległy widok na szeroką, bogatą w ciepłe źródła dolinę Rio Caliente i rudopomarańczowe, żelaziste jeziorka mieniące się wśród brązów i zieleni trawiastych stoków. Z przełęczy obniżyliśmy się do 4500 m, łagodnie trawersując zbocza. Nagle, zdziwieni ujrzeliśmy przy ścieżce kamienny cokolik z żelaznym krzyżem. Lecz zdumieliśmy się dopiero, gdy odczytaliśmy hiszpański i polski (!) napis na metalowej tabliczce. Brzmiał on: Pamięci polskiego alpinisty Radosława Kościńskiego 3 VIII 1971 - 22 VIII 1998. Zmarł, poszukując źródeł rzeki Amazonki - Maranionu. Koledzy z „Canoandes” Inc. Sierpień 2000. Po powrocie do Polski szukaliśmy informacji o Radku Kościńskim, lecz z miernym skutkiem. Wtedy jednak, nad jego symbolicznym grobem, uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy na ogromnych, słabo zbadanych obszarach, gdzie rzeka Caliente przez kolejne połączenia miesza swe wody z Rio Nupe, uznawaną za górny bieg Rio Maranion, ta zaś stanowi jedno z trzech głównych ramion Amazonki. Wieloletnie spory o lokalizację źródeł tej największej na Ziemi rzeki zaowocowały ekspedycjami penetrującymi niedostępne zakątki Andów, w tym również te okolice. Za krzyżem Kościńskiego odbiliśmy w górę, opuszczając ścieżkę biegnącą doliną. „Na dziko” osiągnęliśmy trawiastą przełęcz między Cerro Chincana (4618 m) a Cerros Paria (5190 m). Przed nami odsłoniła się zjawiskowa, kilometrowa zerwa Jirishanci (6094 m), opadająca do kotła lodowca Jirishanka Norte. Z przełęczy zeszliśmy w kierunku wielkiego jeziora Mitococha (4230 m), trawersując boczną dolinkę z plątaniną cieków wodnych, rozlewisk i wysepek. Na płaskim brzegu jeziora rozbiliśmy drugi biwak, z widokiem na ściany Jirishinki i Rondoya (5870 m).

Następnego dnia znów poszliśmy „na dziko”, fantastycznym wariantem pod urwiskami Jirishanca i Yerupaja Chico, na przełęcz bez nazwy (4740 m) pod skalistym Cerro Yanayana. Dobrze, że w naszej grupie nie było geologa, gdyż zapewne oszalałby z zachwytu i odmówił dalszej drogi. Nigdy wcześniej nie spotkałem tak spektakularnych wielobarwnych fałdowań skał oraz takiego bogactwa ich form. Ela, zachwycona urodą czarnych, łupkowatych skał, złożonych z cienkich płytek jak książki, nazwała to miejsce Przełęczą Książek. Osuwającymi się stokami moreny zeszliśmy nad zagubione wśród piargów jezioro Alcaycocha (4670 m), stopniowo schodząc w kierunku olbrzymiego jeziora Carhuacocha (4138 m). W jego bliskości odsłaniała się panorama wschodnich ścian niemal wszystkich sześciotysięczników Huayhuash i wnet ujrzeliśmy widok, którego żadne słowa nie opiszą. Patrzyliśmy na cud natury nieporównywalny do niczego, co widzieliśmy wcześniej. Oszołomiony, może z przesadną egzaltacją, lecz z głębokim przekonaniem powiedziałem do Daniela, że jest to bez wątpienia jeden z najwspanialszych widoków na świecie. Z wysokiego, północnego brzegu jeziora, na którym stanęły namioty, długo wpatrywaliśmy się w fantastyczną panoramę, omawiając jej fragmenty, filmując i fotografując. Przed nami malował się obraz spiętrzonych na 2,5 km skalnych, a wyżej śnieżno-lodowych ścian i kotłów lodowcowych z potrzaskanymi barierami seraków na przełamaniach lodowców. Od lewej świeciła bielą pocięta balkonami fałdowań północno-wschodnia ściana Siula Grande (6344 m), oddzielona szeroką przełęczą od gigantycznego monolitu Yerupaja (6617 m). Rozświetlona słońcem koronka nawisów na grani szczytowej tego olbrzyma stopniowo przechodziła w stromy mur skalny, opadający gwałtownie ku wciętej i trudno dostępnej przełęczy El Toro (5750 m), oddzielającej górę od sąsiedniej Yerupaja Chico (6089 m). Ta zaś spadała wspaniałą, poszarpaną granią ku V-kształtnej przełęczy Chaclan (5615 m), by potem wznieść się, jak w lustrzanym odbiciu, kulminując w pionowych zerwach pod szczytem niesamowitej Jirishanki (6094 m), zwanej Matterhornem Andów. Szlachetna linia bliźniaczych grani biegnących w obie strony od przełęczy Chaclan przypominała sylwetkę kondora z rozpostartymi na dwa kilometry skrzydłami. Niżej, pomiędzy taflą jeziora a dolną granicą lodowców, piętrzyły się bastiony wysuniętych ścian i pomniejszych szczytów bez nazwy, o rozmiarach naszych Mięguszów. Mieliśmy przed sobą ogród najwspanialszych, ekstremalnych dróg wspinaczkowych, dostępnych tylko dla światowej elity. A ileż fantastycznych, dziewiczych formacji czeka tu jeszcze na pierwsze przejścia!

Niezapomniany obraz masywu Yerupaja odegrał przed nami nieziemski spektakl świateł i cieni. Wieczorem zachodzące słońce strzelało potężnymi snopami światła nad wierzchołkami Jirishanki i Yerupaja, czyniąc je podobnymi do podniebnych latarni oświetlających drogę bogom tych gór. Gdy zaś nazajutrz, w mroźnym poranku, przecieraliśmy oczy przed namiotami, ujrzeliśmy kolejną, zapierającą dech odsłonę spektaklu. Cały masyw od Siula Grande po Jirishankę oślepiał nieziemskim blaskiem, oblany płynnym złotem wschodzącego słońca, którego promienie z minuty na minutę jaśniały, sycąc się srebrno-perłowym światłem dnia.

Na brzegach jeziora przygotowano sporo miejsc pod namioty. Rozbiło się więc kilka zespołów trekingowych oraz podróżników, którzy doliną podeszli specjalnie tutaj. W tym miejscu spotkaliśmy najwięcej ludzi na całej trasie. Inaczej niż w następnych dniach, kiedy to mijanki z innymi grupami należały do rzadkości, a na biwakach byliśmy sami lub w nielicznym towarzystwie. Ale miejsce to jest rzeczywiście perłą krajobrazu – na szczęście dostępną tylko pieszo, a najkrótsza droga z wioski Queropalca wymaga całodziennego podejścia.

Wczesnym rankiem opuściliśmy lagunę Carhuacocha i po kilku godzinach osiągnęliśmy przełęcz Siula Punta (4834 m), mijając jedną z najwyżej położonych zagród pasterskich, potem zaś malownicze, piętrowo usytuowane jeziora. Dolne – Siula (4290 m) było intensywnie granatowe, górne zaś – Quesillococha (4332 m) szmaragdowe. Poniżej było kiedyś trzecie, lecz została po nim tylko olbrzymia niecka, a morena czołowa ziała potężną wyrwą, przez którą woda, zapewne niezbyt dawno, spłynęła w dolinę. Musiał to być spektakularny kataklizm, wcale nierzadki w Andach. Z przełęczy Siula Punta otwiera się nowa, fantastyczna perspektywa na Siula Grande, Yerupaja, oraz inne szczyty tego masywu, a w trakcie schodzenia ukazują się potężne lodowe ściany Trapecio (5653 m) i Carnicero (5960 m). Niżej droga łagodnie spływa w dolinę przez malownicze łąki, podmokłe młaki i kręte strumienie, mijając szałasy pasterskie pośród kamiennych murków, dzielących łąki i tworzących zagrody dla krów i owiec. Tereny pasterskie sięgają tu 4800, a nawet 5000 m, a zwierzęta chodzą całymi dniami bez opieki na olbrzymich, często trudno dostępnych obszarach. Kilkakrotnie spotykaliśmy grupki biednie ubranych, kilkuletnich dzieci, proszących o słodycze. Wypatrzyły nas z dala, z kamiennych
szałasów, wtopionych w krajobraz zboczy. Wieczorem na biwaku w Huayhuash (4350 m), popijając herbatę z koki, obserwowaliśmy intensywną, czerwoną łunę nad pasmem wzgórz. To miejscowi pasterze wypalali wielkie połacie trawiastych stoków.
 


Dzieci pasterzy obdarowane słodyczami.
fot. Marek Szpot



Następnego dnia przeszliśmy malowniczy odcinek do przełęczy Portachuelo de Huayhuash (4785 m), mijając ciągle płonące łąki i zbocza. Za przełęczą otworzyła się nowa, zachwycająca panorama. Zbliżyliśmy się bowiem do tajemniczych Kordylierów Raura, o krajobrazie zdecydowanie odmiennym od drapieżnych Huayhuash. Ich najwyższy szczyt, Santa Rosa, sięga 5706 m, a w pejzażu dominują łagodne, śnieżne zbocza. Bardziej wyostrzone wierzchołki, w ogromnej większości dziewicze, nie zniewalają dramaturgią wielkich ścian, sprawiając kameralne wrażenie. Nie znaczy to, że brak tam ambitnych celów. Wręcz przeciwnie, na wspinaczy czeka mnogość fantastycznych szczytów i nietkniętych jeszcze formacji. Ciągle jednak są to góry mało znane i przez to ekscytujące. Istnieje tam co prawda trasa trekingowa, lecz chodzona rzadko, przez wyrafinowanych koneserów. Sporadycznie szusują tu także co bardziej szaleni wyznawcy freeride‘u, szukający ekstremalnych wyzwań. Nie ma jednak jeszcze mapy tego rejonu, a jego opisy są cząstkowe i rozproszone. Jak wiele innych części Andów, Kordyliery Raura wciąż czekają na odkrywców.
 
Łagodnymi zboczami, obok nielicznych szałasów pasterzy, droga doprowadziła nas do jeziora Viconga (4453 m) zamkniętego małą, kamienną zaporą. To jedna z nielicznych tu budowli technicznych – nie wiadomo, czy użytkowana, czy opuszczona, gdyż w okolicy nie było żywego ducha. W pobliżu zapory ścieżka skręca stromo na zachód. Nasze namioty stanęły na rozległej łące poniżej zapory. Potem zwiedziliśmy zabudowane, gorące źródła, blisko dwa kilometry w głąb doliny. Widok tego „kurortu” mocno rozczarował. Zobaczyliśmy obskurny barak obok dwóch małych, betonowych basenów z parującą wodą, w której pluskało się kilku ogorzałych Peruwiańczyków – pasterzy lub mieszkańców pobliskich wiosek. Daniel stanowczo odradził nam kąpiel. Podobno woda zawiera florę bakteryjną niegroźną dla miejscowych, lecz wielce złośliwą dla egzotycznych tu Europejczyków.

Nazajutrz czekał nas krótki, lecz urokliwy odcinek na przełęcz Cuyok (4950 m), z niej zaś do wielkiej doliny Huanacpatay, ciągnącej się wzdłuż masywu Santa Magdalena (5008 m) i San Antonio (5238 m). Ścieżka na przełęcz wije się wśród suchych kęp traw i ogromnych „yaret” – niezwykłych andyjskich roślin o kilkumetrowych rozmiarach. Przypominają one głazy pokryte skorupą twardych mchów, ale nie są to omszałe kamienie, lecz wielkie purchawy, które po wysuszeniu nadają się na opał. Z gładkiego siodła przełęczy spiętrza się ku północy niedostępna, zbrojna bastionami seraków ściana Cuyoc (5550 m). Od południa zaś spada w dolinę masyw pełen rzeźbionych przez wiatr i wodę grzybów skalnych. W miarę schodzenia z przełęczy, poszerza się perspektywa na groźną, pancerną ścianę Trapecio (5653 m), opadającą wspaniałym, 600-metrowym, czarnym filarem. Wkrótce ścieżka osiąga górne piętra doliny, biegnąc u podnóża urwisk i ogromnych stożków piargowych zachodniej ściany Cuyoc. Stąd blisko już do dna doliny. Plecaki zrzuciliśmy na płaskiej łące pod pasmem skał, tuż przy spienionej rzece. Osły dotarły wcześniej, więc wkrótce stanął rząd namiotów. Korzystając z wczesnej pory i ciepłych promieni słońca, podjęliśmy w trójkę heroiczną decyzję o wykąpaniu się w lodowatym strumieniu. Była to brawurowa akcja uwieńczona pełnym sukcesem i przy okazji rekordem wysokości nagich ablucji, sięgającym 4500 m, przy temperaturze bliskiej zera. Takiego wyczynu dokonaliśmy aż trzykrotnie podczas treku, ten jednak odbył się najwyżej.

Utarty szlak wiedzie doliną Hyanacpatay do wioski Huayllapa. Jest też wariant ambitniejszy
– przez przełęcz San Antonio (5020 m) do doliny Rio Calinca, a następnie do Huayllapy.
Solidny to kawał drogi, po części w uciążliwym terenie, jednak widok, który oferuje Św.
Antoni, wart jest wysiłku. Droga na przełęcz wiedzie U-kształtną, kamienistą doliną. W jej górnych partiach, poniżej grani, widzieliśmy stadko guanaco, rzadkich już, dzikich przodków lamy. Przełęcz osiągnęliśmy przed 10:00, potem zaś na dokładkę skalny szczyt bez nazwy (około 5100 m) na zachód od przełęczy. Słynna panorama ukazała nam góry w innej, południowej odsłonie. Kilometr niżej dolina Rio Calinca skręca na północ, przechodząc w dolinę Sarapococha. Na jej końcu świeciło błękitne jezioro, dalej zaś wypełzał olbrzymi jęzor lodowca Yerupaja Sur. Bardziej na wschód, zasłonięta masywem Sarapo, wznosi się słynna zachodnia ściana Siula Grande (6344 m). To tu w 1985 r. rozegrał się dramat Joe Simpsona będący kanwą bestsellera „Dotknięcie pustki”. To tamten potrzaskany lodowiec był koszmarną drogą czołgającego się ze złamaną nogą Joe. Książka i film robią duże wrażenie, lecz gdy widzisz to miejsce, czujesz dziwny niepokój. Jak przykry cień, który przez chwilę mąci słoneczny dzień i przypomina o czymś, o czym nie chcesz teraz pamiętać. Jakby chłodny powiew znad Siula Grande wciąż jeszcze niósł ulotne cząstki tamtego lęku.

Ważna rada dla przyszłych trekingowców: z przełęczy San Antonio kierujcie się trawersami w lewo, a nie w prawo, narzucającą się drogą. Tam w dole czeka złośliwa pułapka podciętych, kruchych żlebów i nieźle podżyjecie. Gdy jednak pójdziecie w lewo, to – choć przez dwie godziny pokluczycie w przykrym terenie, w osuwającym się piargu wśród kolczastych roślin – jednak krowimi ścieżkami bezpiecznie traficie nad Rio Calinca. Odcinek ten jest naprawdę żmudny, więc gdy osiągnęliśmy potok, wylazło z nas zmęczenie i spędziliśmy tam gnuśną godzinkę. Niestety, czekało nas jeszcze kilkanaście kilometrów w dół doliny. Przed zmierzchem dotarliśmy do urokliwej, zawieszonej na tarasie skalnym wioski Huayllapa. To jedyna wioska na całej trasie, jedyna okazja doładowania baterii i komórek, oraz jedyna możliwość dokupienia czegoś w sklepiku.
 


Krajobraz okolic Tapush Punta (4750 m).
fot. Elżbieta Jodłowska


Nazajutrz poszliśmy przez przełęcz Tapush (4750 m) do doliny Gashapampa, w rejon Diablo
Mudo (5350 m) – wybitnego lodowego szczytu, stanowiącego zachodni bastion grani Cadena Central. Ta piękna i efektowna góra rzadko bywa celem trekingów po Huayhuash, gdyż wymaga praktyki wspinaczkowej oraz podstawowego sprzętu. Wieczorem spadł krótki deszcz ze śniegiem, lecz nie wróżył załamania pogody. Wstaliśmy po północy i przy czołówkach, ostrymi grzbietami moren podeszliśmy pod skalne uskoki poniżej granicy śniegu. Związani, przeszliśmy je o świcie, osiągając śnieżną półkę na głównej grani. Stąd czekał nas krótki zjazd na przełączkę, częściowo przewieszonym, śnieżno-lodowym uskokiem.

Tamten piątek 13 sierpnia okazał się dla mnie pechowy. W banalnym terenie, w trakcie zjazdu, prawy rak zablokował mi się przypadkowo w szczelinie pod lodowym okapem. Noga, obciążona gwałtownie na lodowej dźwigni, wygięła się nienaturalnie i przez chwilę byłem pewien, że trzasnęły kości łydki. Jęcząc i klnąc jak szewc, dokończyłem zjazd. Kość na szczęście nie pękła, lecz boleśnie naderwałem mięśnie. Po godzinnym masażu byłem w stanie kuśtykać, stawiając nogę bokiem, wsparty na czekanie. Do szczytu zostało kilkaset metrów fantastycznymi, stromymi stokami pokrytymi penitentami, które błyszczały jak klejnoty w porannym słońcu. Krok po kroku, asekurowany przez Daniela, zdobywałem kolejne metry i o 10:30 wszyscy stanęliśmy na szerokim, śnieżnym wierzchołku. Góra, wysoka i wysunięta na zachód, była doskonałym punktem widokowym na centralne gniazdo Huayhuash z dumną Yerupaja. Widok ten stał się tłem dla pamiątkowej fotografii zbiorowej na szczycie.
 


Daniel Milla Lliuya (dalej) i autor na pokrytych penitentami stokach pod szczytem Diablo Mudo.
fot. Elżbieta Jodłowska


Potem oddaliśmy się rozmowom z rodzinami w Polsce, gdyż na całym treku tylko Diablo Mudo był w strefie zasięgu. W południe rozpoczęliśmy zejście do dzikiej doliny Huacrish, pod ścianami i zawieszonymi lodowcami masywu Tsara Grande (5574 m). Długie i żmudne zejście przykrym piargiem było dla mnie drogą przez mękę. Wiedziałem jednak, że i tak mam sporo szczęścia. Z bólem i uszkodzoną nogą, lecz jednak szedłem, mocno wsparty na kijkach. Kilkaset metrów pod szczytem, opodal jeziorka, przeleciał po nas wielki cień i dostrzegliśmy olbrzymiego kondora kołującego sto metrów wyżej. Po chwili pojawił się drugi. Wykonaliśmy rekordową ilość zdjęć, bo niełatwo było uchwycić w ruchu dobry kadr. Nieco niżej ujrzeliśmy przyczynę obecności tych wspaniałych ptaków. Na łące leżała padlina cielaka, który odłączył od stada pasących się niżej krów. 10 km drogi do biwaku nad jeziorem Jahuacocha (4050 m) pamiętam dość słabo. Tempo nie było oszałamiające; wszyscy wlekli się ze mną, wyjątkowo zainteresowani widokami, które omawiali na licznych postojach, podczas gdy moja noga odpoczywała, oparta o kamień. Milcząco byłem im wdzięczny za tą dyskretną pomoc.

Wieczorem ostatni biwak uczciliśmy tortem i butelką wina. Trudno uwierzyć, lecz Clever wyczarował tort – wprawdzie niewyszukany, lecz ze stosownym napisem – nad butanową kuchenką. Nazajutrz pokonaliśmy końcowy odcinek treku, do wioski Llamac. Przebyłem go w siodle „emergency horse’a”, który przydał się w ostatnim dniu. Na szerokiej przełęczy Llamac (4300 m) zrobiliśmy postój, by nasycić oczy ostatnim już pejzażem górującej na horyzoncie Yerupaja oraz innych szczytów, wraz z „naszym” Diablo Mudo. Siedzieliśmy na trawie w ciepłym słońcu, posilając się gotowaną kukurydzą i batatem. Ela i Marek studiowali swoje notatki z nazwami roślin w języku keczua. Przed nami było dwugodzinne zejście do Llamac. Może czuliśmy nostalgię, która przychodzi na końcu każdej przygody, lecz żyliśmy już myślą o kolejnym wielkim celu, który czekał już nas za kilka dni. O tajemniczym sześciotysięczniku Coropunie – daleko, na pustynnym południu Peru.
 


Uliczka w wiosce Lamac (3300 m) – punkcie docelowym naszego trekingu.
fot. Elżbieta Jodłowska


HUAYHUASH – info

Cordillera Huayhuash to drugie pod względem wysokości (po Cordillera Blanca) pasmo Andów Peruwiańskich, około 100-140 km na południe od Huaraz. „Huayhuash”, w języku keczua to świstak, mieszkający w tych górach. Czterdziestokilometrowy łańcuch wznosi się sześcioma szczytami (oraz kilkoma bocznymi wierzchołkami) powyżej 6000 m. W górach są dziesiątki malowniczych jezior, zaś blisko sto lodowców zajmuje powierzchnię 80 km2. Najbardziej stabilna pogoda panuje od czerwca do września.

Działalność alpinistyczna w tych górach zaczęła się stosunkowo niedawno (do 1939 r. tylko cztery ekspedycje bez większych sukcesów). Polacy zjawili się tam dopiero w 1974 r. (do 1990 r. siedem wypraw). Większość ważniejszych szczytów ma już wejścia, na wielu poprowadzono liczne, przeważnie bardzo wymagające drogi. Jednak mnogość pięciotysięczników pozostaje dziewicza, nie mówiąc o bezmiarze wspaniałych, nietkniętych jeszcze formacji. Treking wokół Yerupaja (7-12 dni) daje niepowtarzalną możliwość zobaczenia tych gór ze wszystkich stron. Najlepiej zorganizować go w Huaraz, za pośrednictwem jednej z licznych agencji lub w godnej zaufania Casa de Guias, zrzeszającej licencjonowanych przewodników. Koszt trekingu na głowę, przy kilkuosobowej grupie, mieści się poniżej 100 dolarów za dzień.

GÓRY, nr 5 (204) maj 2011


Na stronie GORYonline możecie także obejrzeć więcej zdjęć z trekingu -
ZOBACZ GALERIĘ.

 Mapa trekingu
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com