facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-07-01
 

The Dogleg

Szczególnie utkwiła mi w pamięci druga noc na Mt. Chephren, którą spędziliśmy, balansując między uczuciami kontroli sytuacji i kompletnego chaosu.
Tekst: Rafał Sławiński

Bariera skalna pod szczytem, udekorowana girlandą fantastycznych grzybów śnieżnych, mogła być tłem do sceny ze snu obłąkanego umysłu.
Nie pamiętam, kto nazwał linię na prawo od Wild Thing na północnowschodniej ścianie Chephren Dogleg (Psia Noga), ale nazwa przyjęła się dobrze i opisywała konfigurację terenu. Linia ta zaczyna się śnieżnym żlebem, potem w dwóch trzecich ściany skręca nagle w lewo, kulminując serią kominów, przecinających podszczytową barierę skalną. Przyglądałem się jej za każdym razem, kiedy jechałem Icefields Parkway, ale dopiero wiosną 2007 podjąłem próbę jej przejścia.

W mroźny, kwietniowy poranek wraz z pierwszymi oznakami świtu Dana Ruddy, Eamonn Walsh i ja opuściliśmy asfaltową drogę i na nartach ruszyliśmy w kierunku Dogleg. Chephren wznosi się bezpośrednio nad szosą, więc zanim słońce wyszło na ścianę, zdążyliśmy już przejść kilkaset metrów początkowego żlebu. Zawsze zadziwia mnie jak szybko w górach przyjemność może zmienić się w horror. Dana i ja już wyszliśmy ze żlebu, ale został w nim jeszcze Eamonn, kiedy huk oznajmił największą dotychczas lawinę. Czekałem w gotowości na szarpnięcie liny, które zwali mnie z nóg, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Następne kilka godzin spędziliśmy już we trójkę, przykucnięci za skalnym występem. Gdy to wszystko się wreszcie uspokoiło, uciekliśmy stamtąd tak szybko, jak to było możliwe, kończąc w ten sposób naszą pierwszą próbę.

Powróciłem niecały rok później, zachęcony pełnią księżyca i dobrą prognozą pogody. Dana i Eamonn zaplanowali już wspinanie na sąsiednim Wild Thing, ale łaskawie zgodzili się, żebym poszedł na Dogleg bez nich. Początkowo mieliśmy wspinać się w trzyosobowym zespole, ale w końcu tylko Pierre Darbellay i ja dreptaliśmy po ogromnym stożku śnieżnym pod ścianą. Nieoczekiwana lawina chciała mnie zgarnąć, gdy żywcowałem na początkowy próg lodowy, ale szczęśliwe okazało się, że była to jedyna „biała śmierć" tego dnia. Powyżej wspinaliśmy się z lotną asekuracją do najwyższego punktu osiągniętego przez nas w zeszłym roku, a następnie dalej, w ten sam sposób, poprzez progi lodowe i szerokie pola śnieżne, aż do zwężającego się kuluaru. Gdzieś w środku popołudnia kuluar zamienił się w pionowe zacięcie, więc wyciągnęliśmy z plecaka cały sprzęt i zabraliśmy się do dzieła.


Fot. Pierre Darbellay


Następne parę wyciągów składało się głównie z cienkiego lodu i nienajgorszej skały. Byłaby to świetna wspinaczka, gdyby nie plecak ze sprzętem biwakowym. Jednak po krótkich jękach i narzekaniach udało mi się dotrzeć do największej z półek w części szczytowej Chephrena. Krater wybity w śnieżnym zboczu, a powstały w wyniku uderzenia grzyba śnieżnego, który oberwał się gdzieś na górze, odsłonił skalę i umożliwił założenie stanowiska z haków. Przejście następnej bariery skalnej poszło gładko, no i nadeszła pora na szukanie domu na noc. Po kilku falstartach, kiedy za każdym razem szybko dokopywaliśmy się do skały, w końcu znaleźliśmy śnieg na tyle głęboki, że udało się wykopać śnieżną jamę. Z zamkniętym otworem i przy przyjemnym burczeniu kuchenki łatwo zapomnieliśmy, gdzie jesteśmy. Sen zmorzył nas szybko.

Następnego ranka przespaliśmy budzik. Kiedy wyjrzałem z namiotu, pułap chmur unosił się tuż nad naszym biwakiem. Prognozy przepowiadały czyste niebo, ale jako że chmury wyglądały niegroźnie, zbytnio się nie przejąłem ich obecnością. Tymczasem, już przed południem, zaczął padać śnieg. Ciekawe, że zauważyłem to dopiero, gdy oglądałem zdjęcia ze wspinania, gdyż właśnie w tym momencie asekurowałem Pierra, który wykonał lot koszący w dół komina. Nagle niebo nade mną zapełniło się kamieniami i próbowałem stać się najmniejszy jak to tylko było możliwe, chowając się na stanowisku. Na szczęście udało nam się znaleźć dziabę, którą Pierre stracił podczas upadku. Niestety, mój partner stłukł sobie biodro, więc poszedłem dokończyć wyciąg.

Kiedy Pierre dotarł do mojego stanowiska, radośnie zauważyłem, że teren nad nami kładzie się, przechodząc z komina w śnieżny żleb. Po raz pierwszy, ale nie ostatni tego dnia, miałem rację co do śniegu, ale myliłem się w kwestii kąta nachylenia ściany. Okazało się, że śnieg zatkał komin, co pozwoliło mi błędnie wywnioskować, że teren nad nami jest mniej pionowy. Po dalszych dwóch trudnych, częściowo przewieszających się wyciągach wyszliśmy na śnieżną półkę poniżej ostatniej bariery skał. Do tej pory poranny, lekki opad śniegu zmienił się w wirującą masę ciężkich płatków. Z dziwnym spokojem spoglądałem jak małe lawinki schodziły z półki i nabierając masy znikały w dole, spadając kominem dokładnie wzdłuż naszych lin.

Jakoś udało mi się przejść następny wyciąg bez odpadnięcia, chociaż dziaby zjeżdżały z małych krawądek, a raki iskrzyły na gładkim wapieniu. Właściwie to nie jest to do końca prawda, bo kiedy stałem na grzybie śnieżnym, szukając rysy na osadzenie kości, poczułem, że lecę, a potem się nagle zatrzymałem. To moja ląża od dziaby zatrzymała upadek.

Podczas gdy Pierre wspinał się do mnie, w gasnącym świetle dnia próbowałem zapamiętać jak wygląda następny wyciąg. Dalszy ciąg systemu kominów, którym wspinaliśmy się do tej pory, ciągnął się ku górze, ale dziwne bałuchy śnieżne na prawo obiecywały mniej nachylony teren. Poszedłem więc w prawo, tylko po to, żeby po przejściu ponad pół wyciągu wycofać się spod pozbawionej chwytów ściany. Balansowałem na grzybach śnieżnych, trawersując w pełnych już ciemnościach w lewo nad stanowiskiem Pierra, kiedy po raz drugi tego dnia poczułem, że lecę. Przewieszone skały i śnieg zostały na górze, a ja zatrzymałem się dziesięć metrów niżej. Bez strat…

Wylazłem z powrotem do cama, który utrzymał mój lot, a teraz posłużył jako stanowisko. Pierre doszedł do mnie i kontynuował trawers, który swoim lotem pomogłem wyczyścić ze zdradzieckich formacji śnieżnych. Kiedy mijał mnie na stanowisku, wymieniliśmy znaczące spojrzenia z niemym wyrazem chęci zabiwakowania w tym miejscu, gdyż było ono najbardziej płaskie spośród wszystkich, na jakie trafiliśmy w ciągu całego dnia. Jednak zimno, wiatr i padający śnieg powstrzymały nas od wyrażenia na głos naszych myśli. Tak więc o trzeciej nad ranem rozpocząłem następny wyciąg ze szczerą nadzieją, że będzie ostatni. Ściana prowadząca wyglądała stromo, a ja mocno już odczuwałem osiemnaście godzin akcji, tak więc plecak zostawiłem na stanowisku. Termometr wskazywał -15° Celsjusza, ale może przez zmęczenie i wiatr wiejący znad grani wydawało się, że jest zimniej. Najpierw rozpocząłem się wspinać prawym odgałęzieniem komina. Przewieszony offwidth bez możliwości asekuracji sprawił, iż strawersowałem do lewej gałęzi, która początkowo też nie wyglądała zbyt obiecująco. Po kilku nieudanych próbach, kiedy to bezskutecznie starałem się przecisnąć lub przewspinać klasycznie do góry, osadziłem wreszcie kilka cienkich haków, na których się bezwstydnie zawieszałem. W końcu doszedłem do bardziej rozsądnego terenu znajdującego się trochę powyżej.

Podmuchy wiatru przewalały się przez grań i sprawiały, że ubranie kurtki stanowiskowej było prawdziwą walką. Byłem zbyt zmarznięty i wykończony, aby odczuwać radość ze zwycięstwa, czułem wyłącznie ulgę. Pierre po długiej walce doszedł do mnie, ciągnąc oba nasze plecaki. Kiedy trawersowaliśmy wyszorowane przez wiatr południowe zbocza, powoli krajobraz z czarnego zamienił się w szary. Budził się dzień. Sześć godzin później, klucząc po lawiniastych zboczach, które szczęśliwie się nie ruszyły, a potem zapadając się po pas przy każdym kroku w lesie na dnie doliny, dotarliśmy do naszego samochodu. Mieliśmy schowaną butelkę whisky, aby uczcić nasz sukces, lecz byliśmy zbyt odwodnieni, żeby ją otworzyć.
Zmietliśmy więc grubą warstwę śniegu z naszego samochodu i odjechaliśmy w poszukiwaniu wody.

Tłumaczenie: Maciek Ciesielski

Opowiadanie dotyczy pierwszego przejścia drogi The Dogleg Couloir (1400 m deniwelacji, wycena YDS V+ M7 A1). Znajduje się ona na północno-wschodniej ścianie Mount Chephren w Parku Narodowym Banff. Autorami wspinaczki, która miała miejsce w dniach 22-24 marca 2008, byli Pierre Darbellay i Rafał Sławiński.

GÓRY, nr 6 (169) czerwiec 2009

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com