facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
 
 
2011-06-03
 

The Cartwright Connection - „szanse na sukces przestały być istotne”

Kilka dni temu informowaliśmy o znaczącym przejściu, jakim było poprowadzenie nowej drogi na  Moonflower Buttress wznoszącej się na ponad 4250 m n.p.m. Mount Hunter na Alasce (nius).
Droga została wytyczona po zaledwie jednodniowym rekonesansie połączonym z przewspinaniem pierwszych 10 wyciągów w celu weryfikacji zamierzonej taktyki.

Jednakże samo przejście drogi, które brytyjskiemu zespołowi, w skład którego wchodził Matt Helliker oraz Jon Bracey, zajęło 6 wyczerpujących dni. Linia liczy blisko 2000 m, a jej proponowana wycena to M6, AI6, 5.8, A2. Helliker i Bracey spędzili 4 biwaki w portaledżu, a następnie zmuszeni do podjęcia szybkiej decyzji wynikającej z załamania pogody ruszyli do 36-godzinnego ataku non-stop do końca filara. Ich droga łączy się z drogą Moonflower Buttress tuż nad drugim pasmem lodu, a jej ostatnie 500 m to w ocenie Hellikera najdłuższy i najtrudniejszy wspin w jego życiu. 

Photo by Helliker & Bracey


Zespół na początku nie był do końca przekonany o potrzebie zabierania portala. Przewspinanie pierwszych 10 wyciągów szybko pokazało, że będzie to konieczne. Ponadto rekonesans pomógł wybrać optymalne miejsce startu w drogę - wspomina Helliker. „Mieliśmy jedzenia na 5 dni i początkowo spodziewaliśmy się, że całość będzie trwała od 5 - 7 dni. Przygotowaliśmy się na lekką utratę wagi. Drugi wspinał się z plecakiem, a prowadzący holował wora (red. ze stanowiska) więc przynajmniej mógł się wspinać tak lekko, jak to było możliwe”.

Czwartego dnia zespół został unieruchomiony w ścianie przez burzę. Panowie podjęli decyzję o jej przeczekaniu w ciągu kolejnych dwóch dni, jednak prognozy zapowiadały opady i narastający silny wiatr, który mógł potrwać nawet tydzień i na pewno znacząco utrudniłby zjazdy do podstawy filara, a nawet mógł uczynić je niemożliwymi. Decyzja o szybkim wspinaniu non-stop do końca wydawała się być jedyną słuszną. „Jeśli nie zdecydowalibyśmy się wspinać przy złej pogodzie, to na pewno nie skończylibyśmy drogi i zostalibyśmy zmuszeni do odwrotu przy wietrze wiejącym z prędkości 70 mil na godzinę i sporymi opadami śniegu”- wspomina Helliker.

Bracey tak pamięta te dni: „Niewielkie lawiny i silny wiatr co raz uderzały w naszego portala. Nasz mały, bezpieczny kokon był powoli pochłaniany przez górę, a my tylko obserwowaliśmy zwiększający się poziom śniegu. Po rekonesansie wydawało się, że wszystko będzie w porządku, jednak później gdy wisieliśmy w portalu na lodowym stoku o nachyleniu 60 stopni, nie było już tak fajnie. Nagle obudziło nas silne walnięcie, które obróciło naszego portala skręcając go i zmieniając zarazem w hamak! Drugiego dnia natrafiliśmy na spore problemy z przejściem trudnego i stromego terenu pełnego przewieszonych grzybów śnieżnych. Matt prowadził przez cały czas i w końcu doszliśmy do najbardziej stromego pasma skał, co było koło drugiej w nocy. Po przejściu tych trudności nasza pewność siebie wzrosła. Dzień trzeci należał do cienkich lodowych polewek, przewieszonych rys i jednego wyciągu pionowego lodu. Spać poszliśmy o 6 rano. Czwartego dnia doszliśmy do drogi Moonflower i nasza droga była gotowa ... W tamtym momencie potrzebowaliśmy tylko dobrej pogody. Piątego dnia padał śnieg, a wiało niemiłosiernie...”

Photo by Helliker & Bracey


Podjęcie decyzji o kontynuowaniu wspinaniu na pik filara było jednogłośne. „Spakowaliśmy kuchenkę, zapasowe rękawiczki, ciepłe kurtki i niezbędne minimum sprzętowe. Celem stało się przejście całego filara, 500 m i 13 wyciągów nad nami. Byliśmy świadomi i zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że szanse, jakie mieliśmy na sukces przestały być istotne. Dwa wyciągi później znów zaczęło padać i zaczęła się walka z pyłówkami. Chłód był prawie nie do zniesienia, ale jakimś cudem nasz optymizm i potrzeba nie odpuszczania sprawiły, że szliśmy do góry. O 5 rano w stanie przypominającym majaki senne stanęliśmy na szczycie filara. Wymieniliśmy kilka zdań bez wspominania nawet słowem o tym, czego właśnie dokonaliśmy” - mówi w wywiadzie Bracey.

Helliker, także wspomina o niezwykłym poczuciu chwili tuż przed końcem drogi. „Pod koniec obaj byliśmy zgodni, że słyszymy głosy. Słyszeliśmy je ostatnie 300 m pod szczytem i w połowie drogi do podstawy i wtedy wydawały nam się pocieszające. Mam wrażenie, że nasze umysły po prostu bawiły się z nami, ponieważ byliśmy kompletnie wyczerpani, ale czuliśmy się dobrze będąc w tamtym miejscu!”

38 zjazdów później, a trwających 14 godzin i zespół znów był na lodowcu. Nowa droga nosi nazwę The Cartwright Connection na pamiątkę przyjaciela, który pragnął pokonać tę linię.

Na pytanie dlaczego wciąż wraca na Alaskę, Helliker odpowiada: „Z powodu łatwości dostępu. W ciągu 3 dni od wyjazdu z Wielkiej Brytanii już można się wspinać, więc jest to dobre miejsce na tzw. szybkie uderzenie. Nie wspominając już o ogromnym potencjale, który jest wprost niewiarygodny. Jeśli chodzi o wytycznie nowych dróg Alaska, jest jak Alpy 25 lat temu!”
Najwyraźniej prawdziwy duch alpinizmu ma się całkiem dobrze. 
 
Adam Latusek
 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2019 Goryonline.com