facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2005-03-11
 

Taghia Dream (BARRACUDA)

Bigwallowe odkrycie ostatnich lat, berberyjska perła, zapomniany klejnot w Atlasie – tak światowe magazyny reklamują nowy rejon do wspinaczki w Maroku.


Bigwallowe odkrycie ostatnich lat, berberyjska perła, zapomniany klejnot w Atlasie – tak światowe magazyny reklamują nowy rejon do wspinaczki w Maroku. W poprzednim sezonie w kanionach rozrzuconych wokół malutkiej wioski Taghia działały dwie polskie wyprawy.
Powstały dwie niezwykle trudne linie klasyczne. Oto historia wytyczenia  Barracudy i pierwszej  polskiej wyprawy do Taghii.

Ból, kurewski ból to pierwsze wspomnienie z naszych najtrudniejszych wyciągów w Taghii. Podziurawione przez tysiące cieniutkich igiełek palce już dawno zmieniły się w krwawą masę. Najpierw setki metrów dziewiczej skały, wszystko po malutkich chwytach. Potem lodowaty deszcz rozmiękcza skórę. Krwotok blokują jedynie zimno i zasypka z magnezji. Mimo to chwyty pode mną są jakieś czerwone... Powoli nasze ciała zaczynają się poddawać. Trzyma nas tu już tylko marzenie. Sen o nowej, wielkiej drodze. Ostrej drodze. Ostrej jak Barracuda.   
Zaciskam zęby i próbuję przypomnieć sobie następną sekwencję. Ustawione na tarcie stopy zsuwają się po mokrej skale. Wiszę w pseudoreście i  nie mogę się zdecydować. Następny ruch rozstrzygnie o wszystkim. Trzymilimerowe brzytwy już czekają na moje palce. Boliiii, kurwa, boli. I jak tu wcelować w ten maleńki stopieniek? Gdyby nie ślad magnezji, nawet bym go nie widział... Jak się dobrze ustawić, gdy wszystko drży?
A przecież  miało być tak sielankowo. Afryka, kolorowe Maroko, piękne berberyjskie dziewczyny. Nietknięte wielkie ściany. Pierwsza polska wyprawa w głąb bajkowych kanionów Taghii. I co?  I nic. Jest tak pięknie, jak tylko może być. Tyle że w rzeczywistym świecie, a nie na bezwonnym, płaskim obrazku z kolorowych magazynów. I nie tak, jak w wirtualnej rzeczywistości Internetu. Jesteśmy tu tak wielcy i tak mali, iż więksi i mniejsi być nie możemy. W świecie dla ludzi z krwi i kości.

Zrzucamy nasze wory na bruk Azilal. Tuman kurzu przysłania jeszcze  pierwszych naganiaczy, a my już biegniemy szukać transportu w głąb gór. Chcemy jechać od razu. Nawet nocą. Jakiś dziadek próbuje nam wcisnąć mikro Suzuki swojego kumpla. Mimo najlepszej woli jakoś nie bardzo sobie wyobrażam, że to coś pomieści nas z wielkimi worami. Poza tym  przechodnie pukają się w czoła. Ktoś bierze mnie na bok i tłumaczy, że ten samochodzik nas nie dowiezie. Podobno droga całkiem rozmiękła, a w górach leży mnóstwo śniegu. Jak zawsze przy takich okazjach nie wiadomo, komu wierzyć. W końcu lądujemy w rozklekotanym Land Roverze. Kierowca z trudem daje się namówić na nocną jazdę. Przed nami osiemdziesiąt kilometrów bitej drogi do Zahouia Ahansal. Dalej samochody już nie pojadą. Weźmiemy za to muły, które bez problemu doniosą nasz szpej do Taghii.
Jedziemy żółwim tempem. Samochód chwilami prawie zsuwa się po stromym zboczu. Nie wiemy jak bardzo jest pionowe. Wolimy nie wiedzieć, bo kierowca co chwila z ledwością wyprowadza nas z poślizgu. Powątpiewamy nieco w jego umiejętności, nie wiedząc jeszcze, że być może jego żółwia technika ratuje nam życie. Miesiąc później w trochę bardziej rozpędzonym jeepie, chwilę po wyjeździe z przepaścistego terenu, urwie się nam koło. Tymczasem szyby zasypuje śnieg, auto topi się w błocie. Temperatura około zera. I to ma być Afryka???

Jeden z "kozich mostków" na podejściu pod ściane



Historia
Maleńka wioska Taghia leży u zbiegu  trzech kanionów (Akka n’Tazarte, Akka n’Taghia i Akka n’Kandate), każdy z nich ma około dziesięciu kilometrów długości i od 200 do 800 metrów głębokości, najwęższe przesmyki mają tylko 2 metry. Miejscowa ludność uprawia prymitywnymi narzędziami malutkie poletka, a także hoduje kozy i owce. W głębi gór wznosi się wielkie plateau, które podczas letnich miesięcy jest domem wędrujących z Sahary nomadów Ait Atta. Podróżnicy, którzy wędrowali przez  niedostępne zakątki Atlasu, porównują  „klimaty” tych gór do Himalajów.
Rejon Taghii to wielkie wspinaczkowe odkrycie ostatnich lat. Pierwsze poważne drogi wytyczyli tu Francuzi i Hiszpanie, którzy pokonali kilka ok. sześciusetmetrowych ścian wspinając się w zupełnej izolacji od świata. W latach dziewięćdziesiątych sporadycznie działali tu alpiniści hiszpańscy, którzy używali techniki hakowej, przechodząc drogi z biwakami w stylu bigwall. To był czas, kiedy wieśniacy z Taghii niechętnie witali europejskich przybyszów. Dopiero ostatnio zauważyli, jak bardzo korzystny może być ruch turystyczny. W ostatnich sezonach Taghia zwróciła na siebie uwagę dzięki śmiałym drogom przebytym przez Rolando Larchera, Maurizio Oviglię, Remiego Thivel, Christana Ravier, Arnaud Petita , Michela Piolę czy Toniego Arbonesa.
Jednak pomimo działań tych kilku zespołów rejon pozostaje w dużej mierze dziewiczy. Taghia jest miejscem idealnie nadającym się do wspinaczki klasycznej. Chociaż jest to region wysokogórski (szczyty ok. 3000 m), poza wielkimi ścianami powstają też sektory sportowe takie jak Cascade, eksplorowany przez Petita czy El Madrassa, nowy rejonik otworzony przez Michela Piolę. 

Borek na szóstym wyciągu (7b). Skóra na palcach zaczyna boleć



Rekonesans
Nasz zespół jest stosunkowo mały. W sumie 5,26 m wzrostu. To niewiele w porównaniu z ośmiusetmetrowymi ścianami, które nas otaczają. Borek Szybiński, Eliza Kubarska i ja.
Cel: nowa klasyczna droga na wielkiej ścianie. Jak jednak wybrać tę jedną, kiedy wokół aż roi się od „wielkich i niezdobytych”? Wchodzimy w kanion Taghii. Brodząc w śniegu, podchodzimy pod najbardziej gładką ścianę - Tadrarate. Włosi poprowadzili tu swoją drogę Sul Filo Della Notte . Rozsławili wąwóz i opowiedzieli światu o potencjale Taghii, to między innymi dzięki nim tu jesteśmy. Przemoknięci chowamy się w malutkiej jaskince, od razu widać, że ktoś tu mieszka. Kradniemy kilka gałęzi nieznajomemu nomadowi i suszymy się przy ognisku. Na zewnątrz ulewa. Wokół kilometry ścian. 400, 500, 600 metrów. Na lewo od drogi Włochów, jakieś 300 metrów nad ziemią, zaczyna się ogromny gładki „brzuch”. Może tędy? Kilkaset metrów dalej Rouge Berber, setki metrów rys zrobionych przez Franoli na naturalnej protekcji. Wygląda wspaniale. Dalej nietknięta ściana. Kolejna superlinia, wywieszona rysa-zacięcie o długości 400, może 500 metrów. A może tędy? I tak dalej, i dalej.
Dwa inne  kaniony obserwujemy tylko pobieżnie, przez cały wyjazd nie będzie czasu, by dokładnie je zbadać, a jest tam sporo ścian. Nasze  przedsięwzięcie jest zbyt wielkie dla naszej trójki, żeby jeszcze bawić się w zwiedzanie, nie ma nawet czasu na powtórzenie najciekawszych dróg.

Po dwóch dniach mamy sześć wielkich projektów. Wybór jest zbyt duży, jak na moje nerwy. Musimy zapomnieć o kilku fantastycznych ścianach (już za dwa tygodnie wezmą się za nie Petit i Piola), w końcu nie można mieć wszystkiego na raz.
Wybieramy południową ścianę Oujdad. Nasz projekt to systemem pionowych i lekko przewieszonych płyt. Planujemy linię, która rozwiąże najbardziej gładki filar Oujdad. W sumie będzie jakieś sześćset metrów wspinania. Przed nami wielka niewiadoma. Czy puści klasycznie (a tylko tak chcemy)? Czy zdążymy? Czy wytrzymamy?
Droga pod południową ścianę prowadzi wybitnie przepaścistymi szlakami. Każdego dnia przechodzimy górskie ścieżki z możliwością upadku w głąb kanionu. Czy to w nocy, czy w deszczu, jakoś trzeba wrócić do wioski. Czasem robi się nerwowo, gdy na mokrych głazach gubimy w ciemnościach drogę i rozpędzeni wbiegamy na samą krawędź przepaści. To od takich właśnie niebezpiecznych sprintów wzięła swą nazwę droga Włochów, którzy, podobnie jak my, wracali do wioski „po szlaku nocy”.
Najciekawszym kawałkiem naszego podejścia są wiszące na ścianach berberyjskie mosty z narzucanych swobodnie kamieni i gałęzi. Mostki te w zamyśle pasterzy powstały tylko dla kóz, a ich pokonanie z plecakiem pełnym sprzętu jest dość emocjonującym przeżyciem. Niestety, nie mam do nich szczęścia, jeszcze podczas rozpoznawania terenu jeden z nich rozpada się pode mną (tym razem na szczęście opierał się tylko na wielkim głazie). Spadam jakieś trzy metry prosto do zamarzającego strumienia. Kamienie, które jeszcze przed chwilą tworzyły kładkę, boleśnie przygniatają mi stopy. W następnych dniach  będę miał sporego cykora, gdy obciążony czterdziestokilogramową „świnią” będę musiał przejść po ruchomej gałęzi z dwustumetrowym urwiskiem pod stopami.

Wspinamy sie w chmurach desczczu



Wioska eksplorerów (uciekinierów)
Mieszkamy w schronisku u Saida. Wszyscy są tu bardzo gościnni. I nie próbują na nic naciągać. Nikt tu na siłę nie ciągnie cię do swojego sklepu z dywanami, nie namawia, żebyś zrobił zdjęcie jego rodzinie. Zupełnie inaczej niż w typowych turystycznych zagłębiach Maroka.
Większość ludzi mówi po francusku i choć nasza znajomość tego języka nie jest zachwycająca, to między naszą ekipą a rodziną gospodarza bez problemu nawiązuje się nić porozumienia. Żona Fatima, starsza córka Salidad, synek Mohammed i malutka Raszidia. Wszyscy wydają się zachwyceni gośćmi. Czasem dla wygłupu gramy z dzieciarnią w zośkę, innym razem rozdajemy im długopisy. Posiedzimy tu prawie miesiąc, więc raczej nie wypada się nie lubić.
Początkowo jestem bardzo podejrzliwy, mamy problemy z ustaleniem ceny za nocleg. Borek namawia, żeby się wyluzować i załatwić sprawę pod koniec wyjazdu. Tego nie mogę zrobić, znając targowe zdolności miejscowych, puszczą nas w skarpetkach. Ale na szczęście Boro tym razem ma rację, Said rzeczywiście nie będzie próbował nas naciągać. Więcej – jego cena za miesiąc naszego pobytu i regularne obiady okaże się jakby zaniżona.

Siedzimy na werandzie z Fabiem i Tonym, popijamy miętówkę i połykamy jakieś dziwnie pachnące ciasteczka (to chyba proszek do prania). Tony pożyczył nam swój „solar panel” – ładujemy baterie do kamery, łapiąc prąd prosto z nieba. W wiosce nie ma jeszcze elektryczności, więc ładowanie baterii to dla nas poważny problem. Akumulatory do wiertarki musimy ładować aż w Zahouia. Dopiero po naszym wyjeździe, w drugiej połowie 2004 roku, pojawi się we wsi pierwszy generator prądu. 
Przez cały miesiąc przychodzi tylko paru turystów. Poza tym kilku wspinaczy-eksplorerów, którzy chcą skorzystać z dobrodziejstw nowoodkrytego rejonu. Niemal każdy przyjechał tu, by zrobić swoją nową drogę. Pojawia się Arnaud Petit ze swoją żoną Stephanie Bodet. Arnaud utrzymuje, że nie jest zawodowym wspinaczem, tylko dziennikarzem i fotografem. Wygląda dość niepozornie. Przynajmniej  jak na autora Biographie 8c+, sytych dróg w Alpach czy ekstrem na Korsyce. Bardzo niepozornie jak na jednego z najlepszych skalnych wspinaczy, zwycięzcę wielu edycji Pucharu Świata. Stephanie wspina się niewiele gorzej, a jej zwycięstwa w zawodach Pucharu to całkiem świeża sprawa. Razem z nimi pojawia się pewien nauczyciel WF prosto z Lozanny. Nazywa się  Michel Piola i bardzo mało się odzywa. Niektórzy twierdzą, że jest jednym z najlepszych alpinistów świata, a jego syte drogi w Alpach, na Madagaskarze czy w Patagonii złamały niejednego twardziela. Toni Arbones, właściciel kampu w hiszpańskiej Siuranie, zakręcony koleżka z listą przejść w Wenezueli, na Trango, na Madagaskarze, w Sardynii. Jutro będzie próbował jednodniowego przejścia swojej drogi Shucram na Oujdad. Fabio Levy – globtroter, autor jednej z pierwszych poważnych dróg w Taghii, który ostatnie lata spędził na przygodowych turach w Etiopii, Zanzibarze i na Mali.
Mijamy się z nimi, wspinamy się razem, wymieniamy patenty. Wszyscy żyjemy trochę podobnie. Jakby poza nawiasem społeczeństwa, poza systemem. Życie przygodą i z przygody, ze wspinaczki i fotografii, sztuką i ze sztuki. Bycie freelancerem to dziś poważne wyzwanie. Jak bowiem przetrwać w świecie korporacji, agencji PR-owskich, telewizyjnej ściemy i marketingowej nowomowy? W czasach „globalnych” wszystko zdaje się krzyczeć: jesteś z nami albo cię nie ma!
W pewnym sensie jesteśmy uciekinierami, choć nasza ucieczka jest tylko połowiczna. Z radością przyjmujemy bowiem pomoc, od tych, którzy nie zdecydowali się na dobrowolną banicję. Bez sponsorów  i kilku przyjaciół nic byśmy nie zrobili.

Po kolejnym proszkowym ciasteczku Fabio podsumowuje naszą rozmowę:
– Bo widzisz David, my sami wymyślamy swoje życie, sami kreujemy swoją pracę. Czyż to nie piękne?
– Dobra, ale na razie wykreujmy jakieś inne ciastka, tych już nie mogę.

Elia na wyciągu nr 5. Nasza skóra zaczyna się poddawać



Walka

Rzeki wystąpiły z brzegów, wodospad miedzy Taoujdad i Timrazine „wybucha”, źródło u podnóża Oujdad niemal rozsadza skałę. Brody i wielkie głazy, po których przeskakiwaliśmy zostały zalane. Dojście do Tadrarate jest odcięte. Śnieg spadł, śnieg musi spłynąć. Najwyższy czas. To przecież wiosna...
Biegamy pod ścianę na przemian. Jedna osoba odpoczywa, dwójka się wspina.
Już od pierwszego wyciągu jest dość czujnie. Ściana jest gładka, bez żadnych wyraźnych formacji. Przez trzy tygodnie otwierania drogi  użyjemy zaledwie kilku friendów, ze dwa razy aliena i kilka razy fish hooka. Asekurować można się tu jedynie ze spitów. Ciągniemy ze sobą wiertarkę, co bardzo przyspiesza instalację asekuracji.
Chcemy, żeby nasza droga została idealnie przygotowana dla wspinaczy, którzy pojawią się tu po nas. Otwieranie nowej klasyki to szczególna odpowiedzialność. „Prezent” dla tych, którzy przyjdą po nas. Byłoby fajnie, jeżeli będą w stanie wspinać się, nie pomstując na autorów. Wygodne wpinki, bezpieczne stanowiska, czysta skała – to wszystko trzeba przygotować. To wszystko wysysa siły.
Po najbardziej gładkich kawałkach posuwamy się do góry, hacząc na skyhookach, nic innego nie da się użyć. W jednym z pierwszych dni wyjeżdżam z drobniutkiej krawądki i spadam razem z wiertarką w kierunku stanowiska. Wiertło zatrzymuje się centymetry od głowy Borka. Potem zmiana. Borek zdobywa teren sprawnie i nie waha się zawieszać skyhookow na pękających krawądkach. Ale i tak mamy wrażenie, że nasze tempo jest żółwie. Są dni kiedy urabiamy zaledwie 30-40 metrów. Dla asekuranta to osiem godzin wiszenia na ławeczce w bezruchu. Eliza znalazła sobie zajęcie uzupełniające: Gri-Gri uważa, ona czyta książkę.
Powoli dostajemy w kość. Przetransportowaliśmy już cały szpej i rozwiesiliśmy większość poręczówek (400 metrów). Codziennie zaliczamy kurs pod ścianę; kilkaset metrów małpowania, wspin, zjazdy. Któregoś dnia – wisząc na małpach – ze zgrozą odkrywam, że lina kilka metrów nad głową wygląda jakoś dziwnie. Wiszę na niej w powietrzu jakieś dwieście metrów nad kanionem. To koniec żartów. Delikatnie podchodzę coraz wyżej... Spokojnie... Żadnych szarpnięć, odchylam się jak najbardziej od ściany, tak żeby „sznurek” więcej nie otarł się o skałę. W końcu jestem. Szybki skok ponad rozcięcie i... żyję. Bywało gorzej. Rdzeń  jest przecięty tylko do połowy. Tego dnia obklejamy najostrzejsze kawałki ściany duct tapem i robimy stanowiska pośrednie. Właściwie dopiero teraz zaczynam sobie zdawać sprawę, jakie tu jest tarcie.

Piękna Taghia jest jak słodka trucizna. Zatrucia i niszczące organizm biegunki dotykają prawie każdego. Co prawda filtrujemy naszą wodę bardzo dokładnie, ale od czasu do czasu jadamy specjały z kuchni Saida. Choroba dopada nas na przemian, raz ja, potem Eliza. Borek trzyma się najdłużej – przez większość czasu napiera jak taran, ma moc chłopina, ale i jego nie ominie choroba. Raszidia pije wodę ze szlaucha, a my „umieramy” od czyszczonej. Coś tu nie gra.

W końcu po raz pierwszy stajemy na szczycie Oujdad. Nie jest najwyższy w okolicy (2695 m), ale chyba najbardziej widowiskowy. Z góry widać malutką Taghię, z tej perspektywy domy wyglądają jak kropeczki. Przez chwilę snujemy się z Elizą między poskręcanymi, skarłowaciałymi konarami kilkusetletnich drzew. Robią wrażenie. Po pierwsze, jest ich w okolicy coraz mniej – pasterze wycięli większość na opał do swoich ognisk; po drugie – gałęzie wyglądają jak ludzkie kończyny. Zbliża się noc, więc w pośpiechu zaczynamy szukać najkrótszej drogi zjazdowej. Miejscowe przewodniki piszą, że z Oujdad można się wycofać jednym zjazdem, więc go szukamy. Na próżno. Zapada noc, jesteśmy ciągle gdzieś wysoko. Wygląda na to, że nie znajdziemy już opisywanego stanowiska zjazdowego, co więcej nie wiemy, gdzie jesteśmy. Może trzydzieści, a może czterysta metrów nad piargiem. Żlebami i granią doszliśmy do nieznanej nam części góry. Eliza optuje za biwakiem. Jest tylko jeden problem –  nie mamy nic ciepłego, temperatura spada prawie do zera, a w plecakach tylko liny i wiertarka. Upieram się, żeby jednak zjeżdżać. „Mamy przecież spity, więc jak nie staniemy na ziemi po jednym zjeździe, to mogę zrobić stanowisko w każdym dowolnym miejscu”. W końcu przekonuję Elizę, że będę jechał pierwszy. Ściana poniżej jest tak wywieszona, że zjeżdżam prosto w powietrze (odruchowo sprawdzam, czy zabrałem małpy). Nic nie widać. Noc jest wyjątkowo ciemna. Nie ma księżyca ani gwiazd, ale mam czołówkę. Eliza została sama w ciemnościach, a ja w końcu (na szczęście!) dojeżdżam do jakiejś półki. Wygląda na to, że jesteśmy w jaskini wysoko na ścianie. Wiercę stan. Potem następny i następny. Zostawiam karabinki, zostawiam taśmy. Czołówka przygasa... Dalej działam na ślepo. Nie wiedziałem, że noc może być tak czarna. W ten sposób zjeżdżamy ponad sto pięćdziesiąt metrów. W końcu stajemy na piargu. Gdzie jesteśmy? Smród kozich odchodów pomaga w orientacji. Na krawędzi góry, w ciemnej jaskince mieszka dziadek-nomad. Żyje tu samotnie otoczony stadem kóz. To jest nasz punkt odniesienia. Idziemy na nosa. Omijamy jego dom i próbujemy schodzić. Znów fiasko. Zaczynają się jakieś progi, zgubiliśmy szlak, a do tego zalewa nas deszcz. Jednak nie wrócimy dziś do wioski. Nocleg u boku pasterza jest jedynym rozwiązaniem. Na migi pytam się, czy możemy się ułożyć na klepisku obok niego. Nie wymieniamy ani jednego słowa, ale czujemy się zaproszeni. Przez chwile nas ogląda, jakby pytał czy wszystko w porządku, po czym chowa się pod kocem. Jest lodowato. Leżymy właściwie na ziemi, pod plecami rozciągnięte tylko liny i plecaki. Wytrzymujemy tak ze dwie godziny, a potem wpadamy w dygoty. Nomad budzi się i podaje mi kawałek drewna, potem pomaga rozniecić ogień. Niesamowite, nad jedną szczapką drewna bujamy się skurczeni aż do świtu. Opiekuńczy wzrok dziadka dodaje otuchy. On nie pozwoli nam zginąć.



Barracuda
Koniec małpowania, dość sprintów  z wioski. Zmęczeni podejściami zmieniamy taktykę. Nad piątym wyciągiem wieszamy portaledge. Pod nim buja się plażowy hamak, który przywiozłem prosto z Tajlandii. Wisimy jakieś trzysta metrów nad dnem kanionu Dwójka śpi na portalu, jedno w hamaku. Borek narzeka na spędzone w nim noce. Faktycznie wygląda, jakby w każdej chwili mógł wypaść. Gdy przychodzi kolej Elizy, okazujemy się nieubłagani.
– Zeskakuj, teraz ty się pobujasz...
Prosto z portaledga rozpracowujemy najtrudniejsze wyciągi. Asekuracja już gotowa, a nas ogarnia niepokój. Bez klasycznego przejścia nasza droga nie istnieje. Kilka długości liny jest bardzo trudne. Czwarty kluczowy wyciąg  to maleńkie krawędzie słabo „przyklejone” do ściany. Mamy tylko nadzieję, że nie połamią się podczas prób. Ile to będzie miało i czy w ogóle zrobimy? Początkowo wygląda na mega hard core (cokolwiek to znaczy). Rozmieszczenie chwytów daje do myślenia, najpierw trzeba wykombinować, jak to wszystko połączyć, potem jeszcze przejść. Same obmyślanie zajmuje sporo czasu. Skóry na palcach coraz mniej, ale na szczęście przeszliśmy już większość trudnych wyciągów. Po kolejnym czujnym 7b+ patrzę na Borka, widzę otępiały, nieruchomy  wzrok. On chyba też ma już dosyć. Wycieńczeni przez choroby i prawie trzy tygodnie prac na drodze marzymy już tylko o szczycie i szybkim powrocie do cywilizacji. Chyba jeszcze nigdy tak nie schudłem.
W końcu ponownie stajemy na piku, tym razem Barracuda jest już klasyczna.
I ogarnęłaby nas euforia, gdyby nie aura, która znów przypomniała, że jesteśmy w górach. Zjeżdżamy w strugach deszczu, z lin tryskają fontanny marznącej wody. Reverso zupełnie przepuszcza linę i chwilami sam nie wiem, czy to jeszcze kontrolowany zjazd czy już spadanie.
Wieczorem lądujemy na ociekającym portalu, nie rozpięliśmy tropiku, więc wszystko zamokło. Do wora transportowego nalało się mnóstwo wody, jedzenie pływa. Zgrabiałymi rękami naciągamy namiocik, kładziemy karimaty na mokrym płótnie i we trójkę kulimy się w ciasnocie. Całe szczęście, że Eliza przyniosła ze wsi trochę jedzenia. Kilka placków, jakiś dżem. Prawdziwa uczta. Liofy skończyły się już wczoraj. Leje tak bardzo, że Borek decyduje się na nocny zjazd i powrót do wsi. I tak ktoś z nas nie miałby dziś gdzie spać. Hamak nie wchodzi w grę. Zostaję z Elizą na mokrej platformie. Mamy jeszcze kilka okruchów chleba, prawie suche śpiwory i dach nad głową. Jest nawet przytulnie.
Następnego dnia zwijamy sprzęt i kręcimy kolejne sceny do filmu o Taghii i naszej drodze. Wspinanie na potrzeby zdjęć jest dla mnie prawdziwą katorgą. Ból jest już prawie nie do zniesienia. Przygotowanie filmu w takich warunkach to trudna sprawa, sprzęt, obiektywy, liny, wszystko mokre. Połączenie wspinaczki i profesjonalnej pracy fotograficznej czy filmowej to cholernie trudne zadanie, ale przecież sam tego chciałem. 
W końcu stajemy na ziemi.
W wiosce, uśmiechnięte twarze i gratulacje –  zmęczenie nie pozwala cieszyć się naprawdę. Świadomość sukcesu dociera powoli, osobiście czuję, że spadł mi z serca duży kamień. Realizacja marzeń nie przychodzi łatwo. Nasz sen o Taghii jest daleki od sielanki.
Francuzi przyglądają się toposom:
– Syta droga!
– Tak? To pewnie dlatego tak mnie bolą palce.
Przybijmy piątkę z Saidem i rodzinką. Potem roześmiany Ahmed z mułami  odprowadza nas do Zahouia. Tłumaczę mu łamaną francuzczyzną:
– Bo widzisz, my jesteśmy tacy grimperzy, którzy robią nowe drogi, by potem inni grimperzy mogli się na nich bawić... –  mówię i główkuję, gdzie by się tu teraz zabawić.

P.S  W tym roku zostanie ukończony film „TaghiaDream” o pierwszej polskiej wyprawie Alvika Taghia Trip i wytyczeniu Barracudy. Na przełomie kwietnia i maja wracamy do Taghii z zamiarem przejścia kolejnej ściany.

KILKA SZCZEGÓŁÓW:

Barracuda została wytyczona na południowym filarze głównego szczytu Taghia Cirque Oujdad (2695 m), trudności  7c+max. (IX+), 7a -7a+ oblig., 600 m, 16 wyciągów, w tym większość terenu trudniejszego niż VIII UIAA. Jest najtrudniejszą polską drogą klasyczną na wielkiej ścianie za granicą.

Team
Eliza Kubarska, Borek Szybiński, David Kaszlikowski
Sprzęt: lina 2 x 50m (uważać przy zjazdach (!!!), kilka stanowisk w odległości dokładnie co 50 m, 15 ekspresów, 1 lub 2 średnie friendy, kask.

Trudności wyciągów w skali UIAA
Filar pion/przewis  (500m): VIII, VIII-, IX-,IX+, VII+, VIII+/IX-, IX-, VIII-, IX, VIII-, VIII
Kopuła podszczytowa (100m):  VI, VI, VII-, VII

Nasza wyprawa nosiła oficjalną nazwą ALVIKA TAGHIA TRIP

Serdeczne podziękowania dla sponsorów wyjazdu firm: Alvika, Yeti, Marabut i Hilti.
Podziękowania za pomoc dla LANEX-a, ekipy toruńskiej – za portal, Bakterii i Wernixa za żelastwo. Pozdrowienia!

Tekst i zdjęcia:  David Kaszlikowski (StudioWspin.com.pl)

"Góry", nr 3 (130) marzec 2005

(kb)

 

 

 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-18
HYDEPARK
 

Kurtyka. Sztuka wolności

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com