facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2013-11-02
 

Reminiscencja

Umordowany ciężkim plecakiem, w towarzystwie Generała doszedłem do morskoocznego Taboru. Po zeszłorocznej, nieudanej próbie trafienia na bambus postanowiłem odbyć kurs taternicki.

Przywitał nas Kaziu Ruszała, mówiąc: „Chłopcy, tu jest regulamin, macie go przeczytać i zachowujcie się przyzwoicie, bo dziś zginął Jasiu Wolf”. Już mniej pewnym krokiem podążyliśmy w kierunku wyznaczonego namiotu, mijając po drodze dość liczną grupę z toruńskiego klubu. Szybko dało się odczuć, że tragedia, która się wydarzyła, wywarła ogromny wpływ na mieszkańców Taboru. Następnego dnia dołączył do nas Emil i pod wodzą Wieśka Ignatowskiego poznawaliśmy tajniki taternictwa. Partnerów na kursie miałem dobrych, a Wiesiek był ambitnym wspinaczem i instruktorem, więc robiliśmy bardzo fajne linie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, drogi wybierane przez naszego mistrza muszę określić mianem bardzo ambitnych. Niestety, ze smutkiem dodam, że Emil i Generał wspinali się lepiej ode mnie, co starałem się nadrobić ambicją i doświadczeniem górskim. Ze wspinaczek pamiętam jedynie migawki i – co w dzisiejszych czasach może wydawać się niemożliwe – nie mam ani jednego zdjęcia. Przypominam sobie Ryski Długosza na Grani Apostołów i nieudaną próbę wyciągnięcia stałego heksa. Pamiętam mój lot z przewieszki na Tomkowych Igłach i strach pod pękniętą płytą nad Kominem Kiszkanta. Przed oczami widzę stalowy, rozgięty karabinek na końcu Górnego Trawersu Klasycznej na Zamarłej i pamiętam pierwszą myśl: „karabinek sióstr Skotnicówien”? Pamiętam też piątkowe zacięcie na Schodach do Nieba, po którym zeszliśmy w wariant Hirszowski-Zdzitowiecki.

Zdecydowanie bardziej utkwiły mi w pamięci obrazki z Taboru. Przede wszystkim fakt, że mogłem siedzieć przy jednym stole z Wojtkiem. Z tym Wojtkiem! Kurtyką! Robił on wówczas z Andrzejem Marciszem nową drogę na Kazalnicy. Pamiętam bujną czuprynę Dawida, który próbował wraz z Wojtkiem Słowakiewiczem pokonać klasycznie Wielki Okap na Kazalnicy. Na Taborze rozpierała go energia i od czasu do czasu, bezpretensjonalnie i bynajmniej nie dla poklasku próbował szpona na listewkach w Starym Relaksie. No właśnie!

 

 

Fot. Marian Bała


Wtedy jeszcze nie było nowego Relaksu! Jak wtedy wszyscy mieścili się w jednej budzie? Wpadała tam od czasu do czasu Anka Czyżowa, żeby skontrolować stan czystości kuchenek. Jeśli ktoś gotował na brudnej, to Anka, bez ogródek i tak głośno, jak tylko można było, opieprzała delikwenta i nakazywała mycie. Pewnego dnia szefowa Taboru znalazła inny cel – kubły ze śmieciami. Kipiało z nich dosłownie i już dawno należało zrobić porządek. Anka powiodła wzrokiem po ludziach i zatrzymała go na Kurtyce i Marciszu, aż w końcu rzekła: „No panowie, dajcie młodzieży przykład i wynieście proszę te śmieci”. Wojtek z Andrzejem grzecznie wstali, a nas – gawiedź – zamurowało. Gdy Polska grała z Hiszpanią mecz finałowy w czasie igrzysk w Barcelonie, przed Relaksem zebrał się spory tłumek skupiony nad małym radyjkiem. Niestety, przegraliśmy dwa do trzech, co i tak jest największym sukcesem naszych kopaczy w ciągu minionych dwudziestu lat.

Pewnego ranka zebraliśmy się rządkiem za naszym instruktorem, który zagadnął Pomurnika o pogodę. Nikt wtedy nie wiedział, co to jest „iceem”, „łederonlajn”, o radarach nie wspominając. Liczyła się wiedza i doświadczenie, a te niewątpliwie Krzysztof Zdzitowiecki posiadał. Spojrzał w niebo, pokiwał głową, podrapał się, w końcu chrząknął i powiedział „Hmmm, inwersja”. „Co? Słyszałeś co powiedział?”. Mówiliśmy – my kursanci – do siebie: „No jasne. Inwersja”. Cokolwiek to było, brzmiało naukowo i groźnie, a Wiesiek zaordynował dzień kondycyjny. Na koniec kursu poszliśmy na Słowację, przez Dolinkę Spadową, dalej Ciężką, Pustą Ławkę zeszliśmy do Doliny Kaczej. Naszym celem miał być Filar Ganku. Było ciepło, więc położyłem się spać przed kolebą, nad moją głową wisiał Ganek i Rumanowy, a ja zastanawiałem się, czy dam radę. Moi partnerzy z kursu odmówili współpracy – przejście przez góry do Kaczej stanowiło dla nich takie samo wyzwanie, jak dla mnie trudności skalne, które robili. Wycieczkę, którą ja się zachwycałem, odnajdując ślady Żuławskiego, Orłowskiego, Birkenmajera czy Grońskiego, oni spuetowali słowem „kamieniołom”. Niestety, kolejnego dnia rano z grani dobiegało przeciągłe wycie – właśnie zaczął się halny.

Wiesiek stwierdził, że to koniec kursu, więc poszliśmy uczcić ten fakt w wyczapie w Javorinie. Dopiero po powrocie do domu usłyszałem o ogromnej tragedii, która wydarzyła się na wschodniej Mięgusza. Po kilku latach działalności moi koledzy z kursu przestali się wspinać.


Nasz instruktor Wiesiek wytrwał jeszcze kilka sezonów i w tym czasie zdążył przeżywcować Schody do Nieba zostać bohaterem „Ganek”. Choć tak naprawdę główną rolę świetnie zagrał jego pięcioletni syn, Gutek. A ja? No cóż, za kilka dni znowu zziajany i pełen entuzjazmu wkroczę na Tabor na Szałasiskach.

 

Tekst: Bogusław Kowalski

 

Felieton ukazał się w GÓRach nr 219

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com