facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-09-30
 

"Polish Pamir Expedition 2008" - Sukces w cieniu tragedii

Pomysł tej wyprawy zrodził się w sposób niestandardowy. Powstał on mianowicie w głowie autorki tego tekstu gdzieś na ok. 6000 m n.p.m., na zboczach Piku Somoni. Było to podczas ewakuacji po nieudanej próbie w sierpniu 2007. 

Pomysł tej wyprawy zrodził się w sposób niestandardowy. Powstał on mianowicie w głowie autorki tego tekstu gdzieś na ok. 6000 m n.p.m., na zboczach Piku Somoni. Było to podczas ewakuacji po nieudanej próbie w sierpniu 2007. Zejść po to, żeby tu wrócić za rok i spróbować „wyrównać porachunki” – wtedy to była jedyna motywacja, żeby nie położyć się w śniegu i tam nie zostać. Jak widać skuteczna.

Powrót w Pamir
Obietnica dotrzymana. W rok po „2x7000 – Pamir Expedition 2007” gotowa do wyruszenia w ten sam rejon była kolejna wyprawa, również zorganizowana pod auspicjami Klubu Skialpinistycznego Kandahar – „Polish Pamir Expedition 2008”. Tym razem była nas ósemka: Marcin Kaczkan (KW Warszawa), Marek Liwski, Robert Róg (Grupa Karkonoska GOPR, KW Jelenia Góra), Maciek Stańczak, Dawid Stec (Grupa Beskidzka GOPR), Irek Waluga, Szymek Wawrzuta (Grupa Beskidzka GOPR) i ja – jedyna z zeszłorocznej ekipy i jedyna z Kandaharu.
Naszą inicjatywę oprócz klubu wsparło szereg firm i instytucji. Odlo dostarczył uczestnikom bieliznę termoaktywną, Viking - rękawiczki i maski, Marabut - namiot, Warmers - ogrzewacze chemiczne. Firma Inhead przygotowała stronę internetową, Olympus wypożyczył specjalistyczny aparat fotograficzny, zaś preferencyjne ceny sprzętu zapewnili Himal Sport, Trekking Mahlzeiten, Uvex oraz Warmpeace. Finansowo wspiarły nas firmy Marica i Cefedro. Patronatem medialnym objęły wyprawę „Góry”, portale Goryonline.com, Onet.pl, NaszeMiasto.pl, Wspinanie.pl, Turnia.pl, Beskidy24.pl, a także pismo „Obywatel” oraz miasto Szczyrk.
Oprócz nas w tym samym czasie i miejscu działał druga grupa Polaków – „Pamir 2008 Expedition” Klubu Wysokogórskiego Jastrzębie Zdrój. Obydwie wyprawy w planach miały zdobycie dwóch szczytów: Piku Eugenii Korżeniewskiej (7105 m n.p.m.) i Piku Ismaila Somoni (dawniej Kommunizma, 7495 m n.p.m.) – obydwu zaliczanych do „Śnieżnej Pantery” czyli kompletu siedmiotysięczników b. ZSRR. Ja na Korżeniewską weszłam w 2007, jednak wiedząc, że na Somoni zapuszczają się dopiero pod koniec sezonu, aklimatyzację planowałam wraz z pozostałymi także na niej.
Wyruszyliśmy wspólnie z wyprawą jastrzębską 16 lipca i już kolejnego dnia byliśmy w stolicy Tadżykistanu – Duszanbe. Optymistyczny plan zakładał, że w bazie znajdziemy się już osiemnastego. Tadżyckie realia miały go jednak wkrótce zweryfikować. A to nie było helikoptera, którym mieliśmy dolecieć na Polanę Moskwina, bo agencja nie dogadała się z wojskiem. A to zawiodła pogoda. Lot przesuwał się z dnia na dzień, a my siedzieliśmy w Dżirgital, miasteczku u stóp Pamiru, nie wiedząc, co ze sobą zrobić: czy iść na wycieczkę, czy kąpać się w lodowcowej rzece, czy może – to opcja najczęstsza – napić się piwa.
Wreszcie 24 lipca punktualnie o szóstej rano śmigłowiec Mi-8 z trudem oderwał się od ziemi, przeciążony „przemyconym” przez nas nadbagażem. Po półgodzinnym widokowym locie byliśmy już w bazie. Na Moskwinie nic się od zeszłego roku nie zmieniło: „dzielnica” luksusowa, z namiotami bazowymi i stołówką zwaną przez nas „Szklarnią”, dla wypraw z dużym pakietem, i skromniejsza dla posiadaczy pakietu małego. W tej ostatniej wkrótce urządziliśmy się tak, że byliśmy w zasadzie samowystarczalni.


Dzieci w Dżirgital. Fot. Robert Róg



W majtkach po lodowcu

Nie było czasu do stracenia, więc już kolejnego dnia wyruszyliśmy na Korżeniewską. Wszystko było jak w zeszłym roku – te same czerwone kruche skały, te same sfatygowane poręczówki. Tylko że w tym sezonie wszystko jeszcze nie przechodzone, więc kamienie leciały zewsząd. Część osób dotarła do jedynki na 5100 m n.p.m., część zostawiła swoje depozyty poniżej. Kolejnego dnia, po noclegu w bazie, większość odpoczywała, Irek biegł zostawić depozyt w jedynce, zaś zaaklimatyzowani wcześniej w Alpach Marek i Robert wyruszyli z bazy z zamiarem dojścia jak najwyżej.
Szymek, Dawid, Marcin i ja dołączyliśmy do ekipy w jedynce kolejnego dnia. Z porannej łączności wiedzieliśmy już o lawinie seraków, która zniszczyła kilka namiotów i raniła jedną osobę. Seraki spadały z przeciwległego zbocza, a jednak co większe siłą rozpędu doleciały aż do namiotów położonych na zboczu po drugiej stronie dolinki – czyli jednak czasem naprawdę „lawiny zapier... pod górę”. Wieczorem mieliśmy okazję doświadczyć tego na własnej skórze. Ludzie wybiegali z namiotów w skarpetkach, niektórzy tylko w majtkach, by po chwili zostać ogarnięci śnieżną chmurą. Na szczęście seraki tym razem do obozu nie doleciały.
Kolejny dzień, kolejna przygoda. Miejscowi przewodnicy potwornie guzdrali się z poręczowaniem lodowej ścianki poniżej dwójki (5800 m n.p.m.). Większość osób, w tym Marek i Robert, rozbiła namioty w obniżonej dwójce na 5600 m n.p.m.. Mnie jednak przyszło do głowy dotrzeć do właściwego obozu nowym wariantem. Pomysł podłapali Szymek i Dawid i już po chwili w trójkę napieraliśmy pod górę. Doszliśmy jednak do nieciekawego lodu, zaszło słońce... – zawróciliśmy. Dotarliśmy z powrotem do jedynki, do której w międzyczasie z bazy doszli Irek i Maciek, po czym padliśmy. Następnego dnia zeszliśmy do bazy.

Jeden procent to dużo

Nastąpiło małe przetasowanie zespołów. Z powodu choroby jednego z chłopaków zostałam dzień dłużej w bazie, a mój partner Marcin wyruszył do jedynki. Nazajutrz chory czuł się lepiej, więc Szymek i ja postanawiliśmy Marcina dogonić. Ostatecznie doszliśmy do pośredniego obozu na 5600 m n.p.m., a Marcin do dwójki 200 metrów powyżej. Szymek i ja przez te wszystkie przetasowania nie mieliśmy przy sobie radia. Wiedzieliśmy tylko, że tego dnia – pierwszego sierpnia - z obozu trzeciego na szczyt wyruszyli: z naszej wyprawy Irek, Robert i Marek, a z Jastrzębia – Irek Wolanin i Krzysiek Apanasewicz. Tego dnia zapisałam w dzienniku wyprawy: „Po południu pogoda się psuje, ale tak było nieraz, więc się o nich nie stresujemy, choć wyszli późno.”
Nazajutrz rano trudno nam było zrzucić z siebie zmęczenie poprzedniego ciężkiego dnia. Z beztroski wyrwał nas miejscowy przewodnik, który właśnie otrzymał z trójki wiadomość:
- Dwóch waszych ludzi nie wróciło wczoraj ze szczytu. Idźcie do góry pomóc.
I tyle, nic więcej. Szok, niedowierzanie... i pytanie: KTO? Mieliśmy jeszcze nadzieję, w nocy przecież pogoda nie była taka zła. Zebraliśmy się szybko i „popędziliśmy” w górę, na ile tylko pozwaoliły nam ciężkie plecaki, z których niczego nie mogliśmy się pozbyć – wszystko miało być potrzebne w razie akcji poszukiwawczej na górze. Pokonaliśmy zaporęczowaną ściankę, dotarliśmy do dwójki, którą rano opuścił Marcin. Nadciągnęły ciemne chmury. Przez Szymka przemówił rozsądek – namawiał, żeby tu zostać. Przeze mnie – desperacja: chciałam iść. Desperacja wygrała, ale rozsądek podążył za nią – czyli w końcu poszliśmy oboje. Na szczęście pogoda się nie załamała. Bardzo w tym roku zlodzony trawers do grani na 6100 m n.p.m. pokonaliśmy aż w 5 godzin. Po drodze spotykaliśmy schodzącego Irka Walugę, jak się okazało autora pierwszego wejścia na Korżeniewską w tym sezonie, a następnie Roberta i Marka, którym udało się wczoraj wejście w stylu alpejskim. Od nich dowiadzieliśmy się, że zaginął Krzysiek, natomiast Irek wrócił rano do obozu. U góry trwała już akcja, którą dowodził kierownik wyprawy z Jastrzębia – Arek Grządziel.
Wtedy było to bez różnicy, o kogo chodziło i jak małe były szanse. Nawet jeden procent szans to dużo. Wystarczająco dużo, żeby drzeć do góry ile sił. Wieczorem byliśmy na grani, w obniżonej trójce na 6100 m n.p.m. Do właściwej trójki na 6400 m n.p.m., gdzie dotarł dziś Marcin, po prostu po wysiłku ostatnich dwóch dni nie byliśmy w stanie dojść. Dostałam radio jastrzębiaków – znam górę z zeszłego roku, może moja wiedza się na coś przyda. Jedyne co byłam w stanie zrobić, to zgłosić się do dyspozycji Arka i zasnąć obok Szymka w jakimś pustym namiocie.
Nad ranem usłyszeliśmy na radiu, że z trójki wyruszają Marcin i ksiądz Zbyszek Zimniewicz, aby pomóc Arkowi i Marianowi Hudkowi w trwających u góry poszukiwaniach. Byłam zła, że nas nie wzięli. Dopiero później zrozumiałam, że niewypoczęci i niezaaklimatyzowani nie na wiele byśmy się tam zdali. Tymczasem wstał dzień. Podceszliśmy do właściwej trójki. Spotkaliśmy Irka Wolanina, który doszedł już nieco do siebie i w towarzystwie kolegów szykował się do zejścia. W południe na radiu usłyszeliśmy, że cała działająca u góry czwórka przeszukując kopułę szczytową zahaczyła też o wierzchołek Korżeniewskiej. Dla Marcina to przedostatni szczyt „Śnieżnej Pantery”. O tym jednak wtedy nikt nie myślał. Arek i Marian uparli się, choć nie byli dostatecznie zaaklimatyzowani, spędzić drugą już noc w namiociku na 6800 m n.p.m. Marcin i Zbyszek zaczęli schodzić, jednak we mgle nie mogli znaleźć drogi, więc Szymek i ja wyruszyliśmy im naprzeciw. Wkrótce byliśmy już razem w obozie. Mały nasz udział w akcji, ale zawsze coś. Wieczorem Zbyszek odprawił mszę – to była niedziela...
Do obozu nie wracił tego dnia także samotny Rosjanin, który rano poszedł na szczyt. Trwało załamanie pogody. Szanse znalezienia go były niemal żadne, szanse, że poszukujący powiększą złowrogą statystykę Eugenii – duże. Nikt nie wychodził z obozu...
Nazajutrz pogoda się nie poprawiła. Wszyscy już wiedzieliśmy – szanse znalezienia Krzyśka żywego z nikłych stały się zerowe. Zaczęliśmy się martwić o Arka i Mariana. Na szczęście koło południa chwilowe okno pogodowe umożliwiło im zejście do trójki. Kolejnego dnia wreszcie się wypogadziło. Ostrożnie, odkopując zasypane poręczówki, wszyscy z wyjątkiem Szymka i mnie zeszli do bazy.


Marcin w drodze do jedynki na Korżeniewskiej. Fot. Ola Dzik



Nie moja góra

Mimo tego co się stało życie toczyło się dalej, wróciliśmy do realizacji planu wyprawy. Po południu tego samego dnia, w którym większość osób opuściła trójkę, dotarł do niej Francuz Nicolas, a wieczorem Dawid i Maciek. Pięć osób to wystarczająca ilość do torowania. Nazajutrz wyruszyliśmy więc na szczyt. Za radą Nicolasa, aby uniknąć zimna, późno, o ósmej. Szło nam się dobrze, choć masy śniegu nie pozwalały na szybsze tempo. A śnieg nie był związany z podłożem, groził wyjechaniem, na rakach tworzyły się kule. W miejscu, gdzie, jak przez radio dowiadzieliśmy się z bazy, najprawdopodobniej spadł Krzysiek, zawahałam się, czy nie zawrócić, ale końcu poszłam z chłopakami dalej. Była godzina 14:00 - do szczytu, jak twierdzi baza, około trzy godziny, a gdy doliczyć do tego powrót, widać jasno, że nie zdążylibyśmy do trójki przed zmrokiem. Postanowiłam więc zostać na przełączce, gdzie za pomocą rąk, raków i czekana wykopałam jamę na noc, zaś pozostali ruszyli w górę. Zanim jama była gotowa, wrócili - na szczęście się wycofali, więc zdążylismy jeszcze zejść. Noc spędziliśmy jednak w obozie.
Następnego dnia chłopacy odpoczywali, aby dnia kolejnego podjąć drugą próbę zdobycia szczytu. Ja dowiedziałam się od przybyłych z dołu przewodników, że ich koledzy wybrali się już na Somoni. W końcu to jest mój cel, a nie powtórne wejście na Korżeniewską. Z ogromnym plecakiem i kilkoma przygodami po drodze zeszłam więc sama do bazy. W dzienniku wyprawy obok statystyki Eugenii napisałam „To już nie jest moja Góra. Nie chcę tu już nigdy wracać.”
Nazajutrz, ósmego lipca około południa, na szczycie Piku Korżeniewskiej stanęli wraz z francuskim kolegą Maciek, Dawid i Szymek. Tego samego dnia w bazie żegnaliśmy się z jastrzębiakami, którzy zrezygnowali z dalszej akcji górskiej, aby w świecie tadżyckiej biurokracji wywalczyć, mimo nie odnalezienia ciała Krzyśka, dokumenty niezbędne dla jego rodziny. Razem z nimi, by im pomóc, poleciał także nasz Marek. Jak się później dowiedzieliśmy, dokumenty udało im się uzyskać, tak dla rodziny Krzyśka, jak i Rosjanina, który nie wrócił z Korżeniewskiej. Więcej naprawdę zrobić nie mogli.


Marek w obozie 2 (6800 m n.p.m.) na Korżeniewskiej. Fot. Robert Róg


Kto rano wstaje... ten toruje

Pobyt w bazie ma to do siebie, że tak pożądany, gdy jest się u góry, na dole w praktyce szybko staje się nudny. Mnie aż nosiło po Moskwinie w poszukiwaniu chętnych do wspólnego torowania na Piku Somoni. Ostatecznie nad ranem jedenastego wyruszyliśmy: Marcin i ja; oprócz nas tylko dwójka Rosjan, których można było określić dwoma słowami: lenie i śpiochy. Reszta naszej wyprawy odpoczywała jeszcze po pierwszym szczycie.
Nie powtórzyliśmy zeszłorocznego błędu – żeby się nie „zajechać” na pierwszym, kluczowym odcinku, Żebrze Borodkina, pierwszego dnia rozbiliśmy się na 5100 m n.p.m., choć była zaledwie jedenasta rano. Drugiego dnia o podobnej porze byliśmy powyżej zaporęczowanego przez przewodników wielkiego seraka na 5600 m n.p.m. I tutaj ślady przewodników się skończyły. Byliśmy tu pierwsi w sezonie. Śniegu tradycyjnie było dużo, więc kolejnego dnia nie próbowaliśmy przebić się dalej z dwudziestopięciokilogramowymi plecakami, lecz poszliśmy na lekko. Tylko Marcin i ja, Rosjanie zrobili sobie wolne. Zostawiliśmy depozyt na 5800 m n.p.m. i wróciliśmy. Tego samego dnia z bazy w ślad za nami wyruszyli w dwóch zespołach Maciek i Irek oraz Szymek, Dawid i Robert.
Na drugi dzień dogonili nas znacznie bardziej energiczni Rosjanie - Jura Jermaszek i trzech innych alpinistów, z których jednemu nadaliśmy ksywkę „Pan Cyborg”, a także trójka Ukraińców. To oni przebili się na drugą stronę Żebra i zeszli na Wielkie Pamirskie Plateau – kilkunastokilometrowy płaski odcinek lodowca na wysokości ok. 5900 m n.p.m. My ostatni odcinek Borodkina zostawiliśmy sobie na dzień kolejny, co okazało się złym pomysłem – w nocy załamała się pogoda, śnieg ciągle padał, widoczność prawie żadna. Na szczyt Żebra (ok. 6200 m n.p.m.) torowaliśmy więc po omacku, nie wiedząc przy tym, że w tym roku droga prowadziła inaczej niż w zeszłym. Cztery godziny spędziliśmy więc na górze zanim chwilowe przejaśnienie pozwoliło nam znaleźć trawers poniżej. W międzyczasie dogonili nas Maciek i Irek i już wspólnie, z przygodami, pokonaliśmy bardzo emocjonujące w tych warunkach zejście. Po południu byliśmy wreszcie w obozie na Plateau, gdzie nasi wschodni sąsiedzi od wczoraj wypoczywali w ciepłych śpiworkach.
Teraz przed nami Pik Duszanbe (ok. 6990 m n.p.m.), ten sam, który „dobił” mnie i kolegę rok temu. Tym razem zamiast kopać się kilkanaście godzin bez przerwy rozłożyliśmy sobie tę przyjemność na dwa dni. Noc spędziliśmy w wietrznym obozie na 6500 m n.p.m. Przez obydwa dni wiatr był tak dokuczliwy, że ubieraliśmy na siebie wszystko, co mieliśmy. W dodatku nasze ślady były momentalnie zawiewane, zapewniając idącym dzień za nami Robertowi, Szymkowi i Dawidowi te same uroki torowania, jakie dane były nam.
Drugiego dnia po południu osiągnęliśmy wierzchołek Piku Duszanbe. Podobno do przełęczy u stóp właściwego szczytu stąd tylko godzina. Co z tego, kiedy mgła ograniczała widoczność do kilkunastu metrów. Rozbiliśmy się w osłoniętym miejscu pod szczytem. Tutaj dowiedzieliśmy się, że nasze wsparcie w torowaniu, Jura i jego dwóch towarzyszy, musieli schodzić, żeby zdążyć na samolot; z ich ekipy został tylko Pan Cyborg. Kolejny, wreszcie pogodny, ranek dla Marcina i mnie oznaczał ósmy dzień akcji górskiej. Tym razem to my wylegiwaliśmy się dłużej w śpiworach, czekając aż wschodni sąsiedzi przetrą trasę do przełęczy. Po przetorowaniu wrócili, chcąc kolejnego dnia atakować z tego miejsca. My natomiast razem z Irkiem i Maćkiem przenieśliśmy namioty na przełęcz.
Dziewiętnastego lipca. Marcin obudził mnie o czwartej trzydzieści – na nizinach mózg mi się o tej porze zawiesza, a co dopiero tutaj, na 7000 m n.p.m. Pozostali spali. Potwornie wiało już od nocy, było tak zimno, że z trudem zakładaliśmy buty, uprzęże, raki. Z wyjściem czekaliśmy do siódmej, na próżno licząc, że będzie cieplej i wiatr osłabnie. Ruszyliśmy. Doszliśmy do skałek, Marcin ruszył pierwszy. Ja asekurując stoję w miejscu i zamarzam. Mówię mu, że w dwójkę nie damy rady, „zajedziemy się”, proponuję odwrót. Wróciliśmy.
Zanim znaleźliśmy się w upragnionych śpiworach dostrzegliśmy nadchodzącą od strony Piku Duszanbe grupę. To Pan Cyborg, jeden z Rosjan-śpiochów oraz trzech Ukraińców. Do naszego obozu doszli wraz ze słońcem o dziesiątej i... szli na szczyt. Oczywiście uznaliśmy ich za szaleńców. Irek i Maciek poszli za nimi, lecz po krótkim rekonesansie wrócili. No bo jak to, o takiej porze? Ku naszemu zdziwieniu, między szesnastą a dziewiętnastą cała piątka zeszła zmęczona lecz szczęśliwa, mówiąc, że Somoni zdobyty. A więc to tak blisko, my też mogliśmy już być po.


Ostatni biwak przed atakiem szczytowym na Somoni. Fot. Irek Waluga



Dzień dla nas

Dwudziestego sierpnia. Rano cieplej, a przede wszystkim nie wiało – już to wskazuje, że to nie będzie zwykły dzień. Coś mi mówiło, że to dzień dla nas, że się uda. Bo jak nie dziś, to wcale. W końcu to już dziesiąty dzień na tej górze. Marcin i ja wyruszyliśmy o cywilizowanej godzinie ósmej, Irek z Maćkiem oraz Dawid, Szymek i Robert wystartowali dwie godziny po nas. Ślady wczorajszej grupy zawiało, ale widać było ich zarys, więc wiedzieliśmy, gdzie iść. Nasz wczorajszy wariant chyba nie był dobry. Jak zawsze zmienialiśmy się na prowadzeniu, szło nam się dobrze, nie ma żadnego lodu, wymagającego poręczowania, którym na dole straszyli nas przewodnicy. Mnie po głowie chodził zjazd tędy na skiturach. W międzyczasie za nami pojawiały się kolejne postacie – oprócz naszych chłopaków na szczyt wyruszyło siedem osób z Rosji. Wyszliśmy na grań. Zrobiło się ciepło, zdjęliśmy puchy. Granią do szczytu już tylko pół godziny. Bardzo emocjonujące pół godziny – jeden fałszywy krok, potknięcie czy złe ustawienie stopy i... Szliśmy więc w wielkim skupieniu.
Wreszcie, około trzynastej, pierwsi tego dnia stanęliśmy na szczycie. Dla widoku jaki się stamtąd roztaczał warto było męczyć się z tą górą dwa sezony. Obowiązkowa sesja zdjęciowa i schodzimy. Po drodze spotkaliśmy naszych. W obozie jesteśmy o piętnastej. O osiemnastej dochodzi ostatni zespół. Jeszcze nie do końca do nas dociera, że całą siódemką weszliśmy na szczyt, że Marcin tym samym jako trzeci Polak uzyskał tytuł „Śnieżnej Pantery”. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że te dwa dni i dziewiętnaście osób na szczycie to wszystko, na co góra pozwoli w tym sezonie. Myśleliśmy tylko o tym, że już nie będzie śniegu sypiącego się rano do śpiwora, uderzeń wiatru w namiot, że będzie jedzenie, prysznic, sauna...

Kamień i lód

Zanim jednak dane nam były te luksusy czekała nas jeszcze czwarta noc na 7000 m n.p.m., poranne torowanie na Pik Duszanbe, przeplatane „dupozjazdami” zejście na Plateau, wreszcie przykra niespodzianka w postaci zjedzonego przez nieznanych sprawców depozytu. Irek, Maciek, Szymek, Dawid i Robert po ubogiej kolacji spędzili noc na Plateau, podczas gdy Marcin i ja idąc kilka godzin przed nimi daliśmy jeszcze radę podejść na Borodkina i zejść Żebrem aż na ok. 5200 m n.p.m. Rano powstrzymaliśmy przybyłego z bazy przewodnika przed ściągnięciem naszym chłopakom wszystkich poręczówek i w wakacyjnym nastroju zeszliśmy na dół. Gdy już opalaliśmy się na bezpiecznym lodowcu w dolinie, ze ściany oberwały się seraki, przelatując w poprzek drogi, którą szliśmy pół godziny temu. Nas dosięgła tylko niewinna chmura bieli – pożegnalny prezent od Somoni po dwunastu spędzonych razem dniach. Chłopacy po przygodach z poręczówkami, z których kilka przewodnik jednak ściągnął, szczęśliwie dotarli do bazy tego samego dnia po południu. Teraz był czas na to wszystko, o czy tam u góry tak marzyliśmy.
Dwa dni później, tym razem planowo, przyleciał helikopter. Zwinęliśmy naszą namiotową wioskę, na którą przez miesiąc z jednej strony spoglądał Pik Somoni, z drugiej Pik Korżeniewskiej. Po tym sezonie wiem bardziej niż kiedykolwiek, że każda z tych gór to tylko pokryty lodem i śniegiem kamień, niewart ryzyka, jakie nieraz podejmujemy. A jednak patrząc ostatni raz w stronę Somoni mówię do niego jak do dobrego kumpla:
- Ładnie dziś wyglądasz w słońcu. Dzięki, że tym razem się udało. Do zobaczenia kiedyś.
A potem patrzę na skrytą w chmurach Eugenię i pytam:
- Dlaczego to zrobiłaś?
Milczy.

Ola Dzik
KS Kandahar

Więcej zdjęć w fotogalerii... 

Ola Dzik jest oficjalnym ekspertem sprzętowym serwisu Ceneria.pl - pierwszej w polskiej sieci outdoorowej porównywarki cen.





KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com