facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-06-09
 

Mt Blanc - nie dla idiotów...

Relacja z wyjazdu klubu Homohibernatus w składzie Piotr Bujalski, Sławek Stalski, Zbyszek Bąk na Mt Blanc w 2003 r.
Wrzesień 2003

Najpierw była myśl, która szybko zamieniła się w marzenie – zdobyć „Koronę Ziemi”.

Zaczynamy od królowej Europy - Mt. Blanc 4807m n.p.m. Wyruszamy autem pod koniec września ryzykując gorszą pogodą, ale za to ograniczając koszty i zapewniając sobie tam wysoko w górach to, co najistotniejsze - ciszę i spokój po sezonie...

Jedziemy przez Wrocław, Pragę i Monachium, które w tym okresie dla miłośników piwa staje się mekką z Oktoberfestem. 
Pogoda na razie dopisuje, choć internetowe prognozy nie są za ciekawe.

Chamonix, miasto, do którego zmierzamy, to takie nasze Zakopane, może bardziej na bogato, ale za to nasze z większym klimatem i charakterem. Spotykamy w nim rodaków, którzy dopiero co zeszli z gór i z którymi wymieniamy cenne informacje i jako jedyni lądujemy na nocleg na polu biwakowym.

Rano szybka konfiguracja ekwipunku i w drogę. Niestety już nie załapujemy się na kolejkę linową do Nid D’Aigle, bo kursuje ona tylko do 20 września i całą trasę pokonujemy na piechotę zgodnie ze sportowym duchem.

Pierwszy odpoczynek mamy przy samotnej chatce na 1300 m n.p.m., służącej kiedyś dla pasterzy. Lądują w burczącym brzuchu pierwsze czekolady i batony. Gdzieś obok przetacza się kamienna lawina, powstaje huk jak przy wystrzale z armaty.
Mijamy opuszczoną stację kolejki zębatej. Z dala widać zachmurzone oblicze Białej Pani czyli Mt. Blanca, jak nazywają ją tutaj miejscowi.
Idziemy wzdłuż torów kolejki. Zaczyna lekko kropić i drogę spowija mgła. Po przejściu dwóch tuneli dla kolejki zębatej po prawej mijamy schronisko Nid de Aigle 2307 m n.p.m. Mgła coraz większa. Trzymamy się czerwonego szlaku, który namalowany jest na głazach...

- Dlaczego ja to robię? Po co ja chodzę po tych górach? - pytanie samo ciśnie się na usta przy trudzie, jaki nam doskwiera. Czy to chęć sprawdzenia samego siebie czy miłość do nich?
Ta dziewicza dla nas droga zaczyna nam coraz bardziej dokuczać.

Dochodzimy do Baraque de Forestiere na 2700 m n.p.m., który wydaje nam się tu pałacem, choć to tylko betonowy domek z drewnianymi pryczami w środku.
Lądujemy wcześnie w śpiworach i po ciepłym posiłku przyrządzanym na naszych maszynkach gazowych zapadamy szybko w sen.

Rano niespodzianka - wszystko wokoło przyprószone śniegiem. Gdyby nie kompas i dokładna mapa ciężko byłoby odnaleźć drogę.
Zaczynają się pierwsze poręczówki, w które się wpinamy pamiętając maksymę „kto się nie wpina, już jest na dole”.
Wiatr przepędza chmury i naszym oczom ukazuje się przepiękny widok na lodowiec Bionnassy.
Po małej pomyłce w trasie asekurując się linami schodzimy lekko w dół po śladach kozic do schroniska Tete Rousse 3167 m n.p.m.

Stara cześć schroniska może pomieścić ok. 60 osób, ale tuż obok powstaje nowoczesny obiekt podobnych rozmiarów.  
Krótki obiadek i podbudowani ruszamy dalej po świeżych śladach 4-osobowej angielskiej grupy, która dopiero co nas minęła.
Zasuwamy dość szybko. Dochodzimy trawersem przez żleb do wysokiej, 700-metrowej ściany usianej częściowo poręczówkami, ale i my sami też się asekurujemy linami.
Przed nami w górze widać schronisko du Gouter 3800 m n.p.m.
Około godziny 20 zachodzą ostatnie promienie słońca, a my mamy jeszcze spory kawałek drogi przed sobą, co nie napawa nas optymizmem.

Sławek ma chwilę słabości, ale szybko zaciska zęby i przy świetle czołówek po ok. 14 godzinach wspinaczki docieramy o 22.00 do celu.
Niebo usiane jest gwiazdami, jak na westernie, co wróży dobrą pogodę na jutro.
Patrzę w dół, paręset metrów pionowej ściany robi wrażenie. W oddali migoczą światła zasypiającego Chamonix.
Oprócz nas są tu tylko jeszcze 4 osoby. Po sezonie letnim jest mało chętnych na zdobywanie tej niebezpiecznej góry. Rocznie ginie tu ok. 150 osób.
Dokucza nam lekki brak aklimatyzacji, bolą nas lekko głowy, ale organizmy szybko dochodzą do siebie.
Topimy śnieg na wodę do zupek i na herbatę i hop do śpiworów.

Rano o 3 w nocy wychodzą na szczyt nasi współlokatorzy ze schroniska, my regenerujemy się trochę dłużej.
Skoro świt witają nas w kuchni dwaj Rosjanie z Moskwy, którzy dopiero co tutaj dotarli.
Sprawiają wrażenie bardzo sympatycznych, kapie z nich od firmowego sprzętu, o którym możemy tylko pomarzyć. Są bardzo sympatyczni.
Przydaje się wieloletnia nauka języka rosyjskiego. Patrzą ze zdziwieniem, gdy suszymy skórzane buty nad epigazem - u nich skorupy z górnej półki. Pytają się, czy jesteśmy alpinistami, my w śmiech, atmosfera się ociepla.
Ale gdy mówimy, że idziemy zaraz na szczyt, to są lekko oszołomieni. Wiemy, że inni wychodzą w nocy, a my dopiero o 8, ale jak to z nami bywa – wszystko na opak.

Sławek zostaje w schronisku. Rosjanie zarządzają odwrót twierdząc, że pogoda ma się wkrótce zmienić na gorszą.
Mamy dużo szczęścia w ataku szczytowym, choć dmie ostry, mroźny wiatr to słońce przyświeca i jest dobra widoczność.
Robimy po 50 kroków i przerwa na wyregulowanie oddechu. Coraz ciężej nam się oddycha. Cóż zdobywamy Mt. Blanc w ekspresowym tempie, ale ciężkie treningi przed wyprawą nie poszły na marne. Daje się we znaki brak odpoczynku. Dobrze, że idziemy we dwóch, bo jeden motywuje na zmianę drugiego w trudniejszych chwilach.
Bateria w aparacie ledwo zipie, za każdym zrobionym zdjęciem wyjmuję ją i ogrzewam w kieszeni.

Mijamy Dome du Gouter oraz schron Vallota 4362 m n.p.m., metalowy sześcian o powierzchni może 25 m kwadratowych, w którym na podwyższenia pod 3 ścianami rzucono materace z jakimiś brudnymi kocami. W jednym rogu jest wyodrębnione pomieszczenie na ustęp. Oprócz tego mnóstwo śmieci. Ruszamy szybko dalej. I w końcu jest szczyt! Upragniony, wymęczony... Widok na całą panoramę Alp jest niesamowity, czuć tutaj „Rękę Boga” w stworzeniu tego krajobrazu.

Wcześniej nie rozumiałem innych w opisach z ich wypraw, że nie rozkoszują się tą chwilą okupioną takim wysiłkiem, że nie pozostają w zadumie nad dziełem stworzenia czegoś tak pięknego, ale teraz już wiem o co chodzi i po krótkiej chwili także myślę o jak najszybszym schodzeniu w dół, aby bezpiecznie móc znaleźć się w schronisku. Sesja fotograficzna, chwila refleksji i powrót.

I pierwszy poważny błąd. Chcieliśmy zaoszczędzić drogi idąc na skróty i wpadam w szczelinę przykrytą lekką warstwą śniegu. Na szczęście rozłożone ręce blokują mi się na śniegu, ale Piotrek idący z przodu przez sekundę ma nietęgą minę. Wszystko trwa tak szybko, że na nic nie ma czasu. Zerkam w dół i widzę 10-metrową przepaść, ciepło mi się robi w okolicach serca, strach pomyśleć, co by było gdyby... Cali dochodzimy po 16.00 do schroniska.

Sławek uszczęśliwiony wita nas w progach naszego tymczasowego schronienia, bo w planach awaryjnych mieliśmy nocować w Vallocie, a jemu wcale się nie uśmiechało nocować samemu na tej wysokości bez wiedzy co z nami. Wymieniamy wrażenia, nawet specjalnie nie chce się jeść. Dokonujemy pamiątkowego wpisu do księgi. Przeliczyliśmy, że oprócz nas jeszcze ok. 30 osób z polski w tym roku zdobyło szczyt. Oczywiście nie wszyscy pewno się wpisali, ale i tak rozpiera nas duma.

Pitrasimy kolacyjkę z przeglądu roku. Zupki z całego świata pozostawione przez poprzednich alpinistów to stały element każdej kuchni w schronisku. Dorzucamy i swoje, może komuś się przydadzą...

Kładziemy się o 22.00, jednak całą noc wiatr wieje okrutnie, temperatura w pomieszczeniu 5 stopni Celsjusza, klapa wejściowa cały czas łopocze i ciężko jest zasnąć. W nie najlepszych humorach wstajemy rano. Spoglądam za okno. Myślałem, że szyby tak zaparowały, ale to była taka zawierucha, że nic nie widać. Z przerażeniem wyglądamy na zewnątrz. Teraz już rozumiem, o co chodziło Rosjanom z tą prognozą pogody dzień wcześniej.

Sławek klnie co drugie słowo. Zostawia mniej cenne rzeczy, a resztę bierzemy z Piotrkiem na spółkę. Dodajemy sobie otuchy i postanawiamy schodzić.

Jestem lekko przerażony jak poradzimy sobie razem. Jak się później dowiedzieliśmy wiało ok. 120 km/godz. Kawałek po kawałeczku, kroczek po kroczku, zostawiamy w górze nasze schronienie.
Wiatr dopiero tutaj pokazał, co potrafi. Przytuleni do siebie, schowani za skalą z ledwością łapiemy powietrze.

W pewnej chwili mam moment zawahania, czy lepiej nie wrócić na górę i przeczekać do jutra. Raz Sławek zawisł na wielkim głazie i w żadną stronę nie mógł zejść i dopiero przy pomocy Piotrka jakoś się ześlizgnął, przy okazji przecinając mu nogę rakiem.
Teraz to wszystko wydaje się śmieszne, ale tam wysoko w górach takie momenty sprawiały, że nie było nam do śmiechu.

Przejście przez żleb utrudniają nam spadające co minutę małe lawinki, trzeba było wyczekać jednej koniec i szybko przejść dalej. Łatwo powiedzieć, tym bardziej że zrobiło się na dole cieplej i śnieg rozmarzł. Na całym lodowcu porozrzucane były wielki głazy, które w nocy pozrzucała z okolicznych gór wichura. Na ok. 3000 m zaczynają się skały bez śniegu i zdejmujemy już raki. Jak na złość dopiero teraz zrobiła się ładna pogoda, choć wysoko w górze było jeszcze ciemno.

Schodziliśmy coraz szybciej. Czułem, że mimo solidnych przed wyprawą treningów będziemy mieli duże zakwasy.

Na dół do samochodu doszliśmy ok. 16.00. Każdy z nas spragniony marzył o łyku zimnej Coli.
Ach ta cywilizacja... Niby tak pogardzana, a taka niezastąpiona... Szczęśliwi zjechaliśmy na dół do miasta na upragniony gorący posiłek. Porobiliśmy zakupy, zwiedziliśmy Chamonix. Był początek października, środek tygodnia, ale zwiedzających nie brakowało.

Zaczynało się ściemniać jak wsiedliśmy do naszego Peugota i skierowaliśmy się do granicy.
O dziwo nikomu nie chciało się spać. Po niemieckiej stronie w Dagendorfie pierwszy pech. Zrobiła się dziura w chłodnicy i musieliśmy czekać do rana, ażeby kupić w pobliskim sklepie uszczelniacz. Na nocleg dojechaliśmy już na nasza polską stronę, Szklarska Poręba powitała nas już pierwszymi oznakami jesieni. Wykupiliśmy pół sklepu z żywnością tak jakbyśmy nie jedli co najmniej z rok -  ceny za granicą wciąż jeszcze wysokie.

Rano oddaliśmy zdjęcia do wywołania. Krótki rekonesans po okolicy i stwierdziliśmy, że ruszamy do domu.

Cała nasza wyprawa była poprzedzona solidnymi przygotowaniami tak od strony kondycyjnej jak i od logistycznej, ale jak zwykle nie obyło się bez potknięć, które tylko po wyciągnięciu wniosków zaprocentują w następnych wyprawach.

Generalnie Alpy z ich najwyższymi szczytami są dość dobrze przygotowane na turystów, ale nie zapominajmy, że to góry, które rok rocznie zabierają wiele istnień ludzkich i zdrowy rozsądek i pokora niech zawsze w nas zatriumfuje.

A i jeszcze jedno. Sławek powiedział, że jak będzie stary i będzie siedział w bujanym fotelu przy kominku za nic nie będzie wspominał tej wyprawy...

Zbyszek Bąk

"Homohibernatus"
 
 Szczyt
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com