facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-07-07
 

Mount Temple zimą i na luzie

Chociaż sam czasami mam ochotę na akcję w non-stopie, muszę przyznać, że moim zdaniem wyluzowane podejście do wspinania sprawia, że czerpiemy z niego dużo więcej przyjemności...
Tekst: Eammon Walsh

Nie mogę uwierzyć, że wy, chłopaki, kiedykolwiek gdzieś się wspięliście powiedział Ian, kiedy wyłożyliśmy się z Rafałem, pijąc herbatkę i przegryzając różnego rodzaju szturmżarcie. Ja zawsze jem przecukrzone, pełne chemikaliów batony kawowe, podczas gdy Rafał odżywia się dużo bardziej zdrowo, jedząc np. bułkę z serem.

Ściągnęliśmy nasze foki w miejscu niewiele oddalonym od początku drogi Greenwood – Jones na Mount Temple, dalej pójdziemy na nogach. Komentarz Iana nasunął mi pewne wspomnienia z przeszłości, zdałem sobie sprawę, że nie zawsze tak to wygląda. Z niektórymi partnerami jemy tylko wówczas, gdy przebieramy się pod drogą, a później prawie nie zatrzymujemy się przez cały dzień. Natomiast kiedy wspinam się z Rafałem, wyluzowujemy się. Mimo to poruszamy się sprawnie, bo Rafał prawie nigdy nie traci zbędnego czasu na prowadzeniu, a ja mogę szybko iść – choć już nie tak wdzięcznie jak on – za nim.

Tak więc po spokojnej porannej przekąsce, dotarliśmy pod ścianę i związaliśmy się na pierwszy krótki wyciąg. Rafał ruszył pierwszy i tak już pozostało do końca trudności naszej wspinaczki. On z radością prowadził, a ja z Ianem podążaliśmy za nim z cięższymi plecakami. Gdybyśmy zapytali go, czy czasem nie chce odpocząć, Rafał odpowiedziałby:
– Nie, dzięki, wolę raczej prowadzić, niż ciągnąć te ciężkie „świnie".
Tak kontynuowaliśmy tę przyjemną dla mnie i Iana wspinaczkę i tylko niskie chmury na zachodzie trochę mnie niepokoiły, ale ponieważ moi partnerzy wydawali się tym w ogóle nie przejmować, nie podejmowałem tego tematu.


Fot. Eammon Walsh

Pierwszej nocy trafiliśmy na najszerszą półkę na ścianie, i to akurat przed zmrokiem zatem o doskonałej porze. Od razu zabrałem się do przygotowywania platformy pod namiot. Po chwili siedzieliśmy ściśnięci w dwuosobowym namiociku, zajadając przygotowaną przez Iana super ostrą potrawę. Trzech gości w małym namiocie gwarantuje ciepłą noc;-)

Drugiego dnia wstaliśmy trochę później, ale dotarliśmy pod górną część ściany na krótko przed zapadnięciem ciemności. Po moich naleganiach sprawdziliśmy, czy nie ma jakieś prostszej drogi wyjścia z ściany. Niestety, wszystko dokoła, poza linią pierwszych zdobywców, wyglądało bardzo nieprzyjemnie i odpychająco. Rafał wyruszył z ostatniego stanowiska, jak zrobiło się już zupełnie ciemno i poprowadził klasycznie wspaniały, imponujący wyciąg. Jest on jednym z najzręczniejszych ludzi jakich znam, który potrafi w górach świetnie stosować techniki drytoolingowe, wyniesione ze skał. Z niewiadomych mi przyczyn wpadliśmy wspólnie z Ianem na pomysł, że najlepszym sposobem podchodzenia po linach będzie używanie T-bloku. Okazało się to techniką bardzo wolną i dodatkowo niebezpieczną. W końcu jakoś dotarliśmy do Rafała, który zdążył już przygotować osłoniętą skalną ścianą półkę biwakową. Ian znowu przygotował morze herbaty, zupy i ostrej potrawy.

Trzeciego dnia, po raz kolejny wyruszyliśmy dosyć późno. Wiał silny wiatr i wschodnia grań tonęła w chmurach. Założyliśmy gogle i okulary, a Ian poprowadził nas do szczytu. Szybkie zejście południowo-zachodnią ścianą zawiodło nas do Sentinel Pass. Dalej przez dolinę Paradise dotarliśmy do miejsca, gdzie zostawiliśmy foki i po niedługim czasie znaleźliśmy się przy samochodach.

Krótko po naszym przejściu, nasi przyjaciele ze Stanów (Steve House oraz Vince Anderson - red.) powtórzyli tę drogę, wspinając się w non-stopie. Całość ich akcji od podstawy ściany do podstawy ściany trwała 25,5 godziny. Ten bardzo wymagający styl przejścia wcale nie był wiele szybszy od naszego, gdyż prawdopodobnie dotarli oni do samochodu tylko kilka godzin wcześniej niż my, bowiem podobnie jak my także i oni spędzili dwie noce w górach, ale spali pod ścianą. Oni po swoim przejściu byli wykończeni, my zaś tylko przyjemnie zmęczeni, mogłem więc następnego dnia bez problemu wrócić do, wymagającej dużego wysiłku fizycznego pracy kamieniarza.

Chociaż sam czasami mam ochotę na akcję w non-stopie, muszę przyznać, że moim zdaniem wyluzowane podejście do wspinania sprawia, że czerpiemy z niego dużo więcej przyjemności.

Tłumaczenie: Maciek Ciesielski

GÓRY, nr 6 (169) czerwiec 2008
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com