facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2004-12-10
 

Młot (TATRY)

...Nadchodzi Czas Białego Zimna i Białego Światła, Czas Szaleństwa i CZAS POGARDY, Czas Końca....


....Zaprawdę powiadam wam, oto nadchodzi wiek miecza i topora, wiek wilczej zamieci. Nadchodzi Czas Białego Zimna i Białego Światła, Czas Szaleństwa i CZAS POGARDY, Czas Końca...

(fragment przepowiedni Itelinne A. aep Aevenien)

Powoli, bardzo powoli wchodzę do wody. Zanurzony do połowy w bagnie słyszę przerażający syk. To Mantikora! Podnoszę moją jedyną broń, Młot, i kręcąc młyńca w momencie ataku, mocno uderzam. Woda rozbryzguje się, zalewając mi całą twarz, na ślepo, z półobrotu powtarzam cios. Nieskutecznie. Młot grzęźnie w szuwarach. Szamocząc się z nim, słyszę z lewej powiększający się bulgot. Przez głowę przebiega myśl, że już za późno, że przegrałem i w tym samym momencie na szyi zaciskają się odrażające macki. Coraz mniej powietrza. Duszę się. Wredna, zębata paszcza przybliża się do mnie. Podnoszę ręce, by jeszcze raz spróbować się oswobodzić i...

*

...budzę się, ciężko zipiąc. Cholera, ale miałem sen! Powoli wykopuję się ze śpiwora, który zakrywał mi twarz, blokując dopływ powietrza. Jeszcze chwilę dochodzę do siebie i wyglądam na zewnątrz namiotu. Ciężkie chmury przetaczają się przez granie. Ale ile można czekać?
- Wstajemy - głośno mówię, budząc Adama. - Dziś pierwszy dzień, trzeba iść.
- Ciekawe, ile będziemy mieli wyjść?
- A kto to wie?
Odwracając się w ciasnym przedsionku, wywracam plecak, który wczoraj starannie zapakowałem. Kątem oka spoglądam na górę wysypanego szpeju i widzę, że w dziurę między deskami wpadł Młot. Próbuję go wyciągnąć, lecz w żaden sposób nie mogę go z powrotem przecisnąć. Już miałem zakląć, gdy nagle przypomniał mi się sen i Mantikora.

*

Zarzucamy plecaki i przekraczając "pastuch", wchodzimy na ścieżkę prowadzącą do Moka. Niby jest mi wesoło, a jednak w duchu czuję narastający ciężar. Kątem oka patrzę na Adama - jego skupiona twarz też wiele mówi. Podchodzimy powoli, co chwilę przystając, by wypatrzyć potencjalną linię nowej drogi. Po całonocnej ulewie ściana jest jednym ciekiem wodnym. Mając w pomięci moje przygody na pierwszym wyciągu nowej drogi na sąsiedniej ścianie, rezygnuję z prowadzenia. Adam zakłada na głowę kaptur i przekracza zasłonę lejącej się z góry wody. Po pięciu minutach jest cały przemoczony, a prowadzenie zajmuje mu trzy godziny.
- Jest trudno! Uważaj! - dolatuje do mnie co pewien czas. Wtedy jeszcze nie wiem, że tak będzie przez wszystkie dziesięć dni, przez całą drogę. Po pewnym czasie zmienimy taktykę i będziemy się informować tylko wtedy, gdy prowadzącemu będzie się wydawać, że za chwilę, za dwa-trzy metry będzie trochę łatwiej.
Adam zakłada stanowisko i opuszczam go w dół, pod ścianę. Wygląda jak zmokła kura. Cały ocieka wodą. Śmieję się, ale krótko, gdyż za chwilę, czyszcząc wyciąg, wyglądam dokładnie tak samo.
Trudności i tempo, w jakim poruszamy się do góry, uświadamiają nam z każdą chwilą, jak daleko jest do końca naszej drogi. Przez pierwsze dni w ścianie mam wrażenie, że szczyt Cubryny oddala się coraz bardziej, stając się wręcz nieosiągalnym. Gdy po kilku dniach wspinaczki spoglądam przez lornetkę z werandy schroniska na ścianę, widzę, że najwyższy punkt, który osiągnęliśmy jest śmiesznie nisko. Dociera do mnie, jak długą drogę jeszcze musimy przejść, by stanąć na wierzchołku. Jednak czyż nie o to chodziło?

*Gotowanie na pierwszym biwaku
Kolejny wyjazd na drogę. Tym razem wchodzimy w ścianę na trzy dni. To niesamowite uczucie, gdy odrywając się od ziemi, likwidujemy poręcze ze świadomością, że dziś nigdzie się nam nie spieszy. Nie będzie żadnych zjazdów, zejścia czy czającego się w chaszczach niedźwiedzia. Po prostu wieczorem, gdzieś tam w górze, gdy skończymy się wspinać, wejdę do śpiwora i sięgnę do plecaka po kanapkę ze świadomością, że do rana nie muszę się stąd ruszać.
Nasz pierwszy biwak na drodze wypada w idealnym miejscu - długa, dość szeroka i płaska półka zawieszona w ścianie. Na obu jej krańcach zakładamy bombowe punkty i rozwieszamy poręcz. Mimo wygód i pełnego żołądka, długo nie mogę zasnąć -  zbyt pieką mnie pokrwawione ręce, a w głowie brakuje spokoju. Przewracam się z boku na bok i dopiero po dłuższej chwili zasypiam.
Następnego dnia urabiamy aż cztery wyciągi, ale kosztuje nas to bardzo, bardzo dużo energii i gdy grubo po zmroku dochodzę do Adama, stojącego na maleńkim trawniczku, wiem, że tym razem biwak będzie ciężki. Jestem tak zmęczony, że nie mam siły, by cokolwiek zrobić i dopiero po dłużej chwili udaje nam się obolałymi rękami zawiesić maszynkę i ugotować pierwszą herbatę. W międzyczasie zaczyna padać deszcz, co przyjmujemy raczej z ulgą, jako dobry pretekst do wycofu. Jednomyślnie decydujemy się zjeżdżać, bo zdajemy sobie sprawę, że po biwaku w takim miejscu, jutro i tak nie damy rady się wspinać. Na Taborze zjawiamy się dopiero przed świtem i nie zastanawiając się wiele, uciekamy z gór, by odzyskać tak potrzebną  do dalszej walki energię.  
Gdy ponownie spotykamy się na dworcu PKS, wiem, że mimo kilkudniowego odpoczynku nadal brak mi koniecznej na trudnej drodze świeżości. W oczach Adama też widzę zmęczenie. Najwyższy już chyba czas skończyć tę drogę. Przecież wisimy już na niej cały tydzień! Ile jeszcze?

*

Mimo że to już połowa września, schronisko pęka w szwach, a nam udaje się "załapać" ledwie na nocleg na ławach w kuchni Wozowni. Ranek witamy nie dość że połamani, to jeszcze popychani przez przybierający tłum turystów, spływający ze wszystkich sal do kuchni na śniadanie. Szybko wyrywamy się z ciżby. Teraz ciszę poranka przerywają tylko nasze kroki i delikatnie szeleszczący wśród kamieni potok, a poniżej, w zielonej dolince, kłębią się opary mgły. Jest tak pięknie, że przystajemy i wyrównujemy oddech. Dopiero po dłuższej chwili ruszamy dalej.

*

Dobry sen to podstawaStanowisko. Moja kolej na prowadzenie i mimo że dusza przecież ochoczo rwie się do góry, to jakoś długo, nawet bardzo długo, układam sprzęt na szpejarce. Co chwilę przekładam go z jednej strony na drugą. W końcu, nie mogąc dłużej już znieść oczekiwania, ruszam ku przeznaczeniu. Mocno zaciskając Młot w spoconej mimo zimna dłoni, po raz pierwszy na tym wyciągu - uderzam. I od pierwszego uderzenia wiem, że i tym razem przebicie się przez szańce wroga będzie sporo kosztować.
Każdy metr to walka. Ciągle mam nadzieję, że wreszcie założę coś lepszego, ale wciąż kończy się tylko na nadziei. W pewnym momencie, niestarannie oparta noga wyjeżdża mi z ławy, powodując moment obrotowy nie do opanowania. Zawisam w czeluści na ruszającej się jedynce, która zaczyna obsuwać się w dół. Machając nogami w powietrzu, odruchowo kurczę się w sobie, zamykając oczy, w oczekiwaniu na dobrze znany mi świst powietrza. Powoli, bardzo powoli, podnoszę powieki i ze zdumieniem stwierdzam, że jednak wiszę!
Bojąc się nawet mocniej oddychać, jedną ręką po omacku odpinam ze szpejarki rurpa i przymierzam go powyżej trzymającej mnie wciąż jedynki, drugą ręką delikatnie podnoszę Młot do góry. Uderzenie. Drugie. Trzecie... nie, nie ma już po co, więc tylko przepinam ławkę wyżej i nawet nie mając już siły krzyknąć do Adama po raz nie wiadomo który "uważaj!", zrezygnowany obciążam punkt. Wiszę dalej - nic się nie zmieniło. Patrzę w górę. Niebo wciąż ma ten sam kolor. W dole łopiany nadal falują w rytm łagodnego wietrzyku. Wokół otoczony jestem przez granit -wszędzie skała. Mocno napinając się, wyciągam rękę, by jej dotknąć. Jaka szorstka! Spoglądam na dłoń. Biedronka! Plamka koloru na tle szarości. Spokojnie maszeruje po mojej ręce,  by po chwili odlecieć. Śledzę ją wzrokiem, lecz szybko znika nad okapami. Zastaję sam ze swoją słabością, a jednak teraz, po tym niespodziewanym spotkaniu, jakoś mi łatwiej podjąć kolejną próbę przebicia się do góry. Tym razem już bez obaw znowu ujmuję Młot.

*
Zachody (Zadni Mnich) i ...Docieramy do wygodnej półki z nyżą, gdzie zakładamy biwak. Wygodnie tu i miło. Jak dobrze, gdy leżąc w ciepłym śpiworze, można zająć się jedzeniem i nie myśleć o niczym innym. Kubek herbaty trzymany w zmarzniętych dłoniach krąży między nami. Wyjmujemy mielonkę i suchy chleb, a na deser serwujemy sobie chińską zupkę. Wspaniale rozgwieżdżone niebo skłania do dłuższych rozmyślań, lecz zmęczenie szybko bierze górę i zapadamy w głęboki sen. 
Budzę się muskany przez ciepłe promienie słońca, które wcześnie rano docierają do naszego biwaku. Wstaje nowy dzień - jest pięknie i cicho. Nie ma żadnej niepewności, strachu, złych emocji. Dla takich chwil warto...

*

Kolejny wyciąg - starannie obwieszam się naszą "bronią"; najlepsza z przodu, tak bym mógł szybko po nią sięgnąć. Nigdy nie wiadomo, kiedy i w jakiej pozycji przyjdzie z niej skorzystać. Po kilkunastu metrach dochodzę na środek płyty. Powyżej gładź. Stojąc na obłych wymyciach, próbuję coś założyć, ale udaje mi się wklepać tylko kiepską jedynkę, ledwo utrzymującą ciężar wpiętej weń liny. Co robić? - gorączkowo myślę, a wewnętrzny głos krzyczy - Bolt, bolt! Ale jak? Szukam miejsca pod skyhooka, ale nie ma żadnych krawądek, jest zupełnie obło. Delikatnie szarpię jedynkę - może utrzyma mój ciężar? Jednak niewiele trzeba, bym mógł ją sobie z powrotem przypiąć do uprzęży. Drżenie nóg staje się coraz bardziej dokuczliwe i wiem, że długo tak nie ustoję. Jeszcze raz, w innym miejscu, próbuję wbić kolejną jedynkę, lecz ręce są już zbyt zmęczone, by precyzyjnie uderzyć Młotem i tylko kątem oka widzę, jak hak szybuje w dół. Nie mając wyjścia, biorę głęboki oddech i ruszam do góry.

*

Obładowani potężnymi worami kierujemy się w stronę Wielkiej Galerii Cubryńskiej. Liczymy, że tam znajdziemy jakąś wodę. Niestety, sucho jak pieprz! Między kamieniami zwalamy się na noc. Pali nas pragnienie, a wody mamy jak na lekarstwo. Trudno, jakoś wytrzymamy do jutra! Szybko zasypiamy, tym razem ze świadomością bliskiego sukcesu. Gdzieś w środku nocy budzą mnie krople deszczu. Cholera, jeszcze tego brakowało! Jesteśmy tak blisko szczytu, że na myśl o  przerwaniu wspinaczki i kolejnym powrocie robi mi się niedobrze. Ale o dziwo, wraz z nastaniem świtu, przestaje padać. Wstępuje w nas nowa nadzieja i niewiele się zastanawiając, wbijamy się w mokrą ścianę.

*

Ostatni uskok, ostania grańka. Wreszcie szczyt. Wyżej już się nie da. Padam na kamień szczęśliwy, gdyż wiem, że to koniec. Ogarnia nas ogromna ulga, niemrawo podnosimy ręce do góry, a okrzyk radości brzmi jak skrzek. Usta mamy tak wyschnięte, że ciężko się nam rozmawia. Rozglądam się dookoła, lecz nie mamy siły podziwiać przepięknej panoramy całych Tatr; morza szczytów i iskrzących się w dole błękitnych stawów... Chowam opadającą głowę w ramionach, a ostatnie strzępy myśli uciekają gdzieś bardzo, bardzo daleko, by pozostawić pustkę.

Jedyne, co nam pozostaje,
to jeszcze jedna bruzda na sercu,
to niepotrzebne zwycięstwo,
to kolejny ślad w  pamięci,
to pokrwawiona dłoń,
to krzyk rozpaczy.
Wszystko to dużo,
ale zarazem tak mało.

Tekst: Marcin Michałek

Zdjęcia: Adam Pieprzycki

(szczególowy opis drogi Czas Pogardy na Cubrynie znajdziecie w Miejscówkach)

"Góry", nr 12 (127) grudzień 2004

(dg)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com