facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2012-06-07
 

Michał Kochańczyk

"...wrażenia ze wspinania przedkładam ponad wszystko. Bo czyż może być większa satysfakcja niż pokonanie wielkiej lodowej czy skalnej ściany, kiedy człowiek przez wiele dni zmaga się z samym sobą i trudnościami, marznie na stanowiskach, przeżywa wielokroć zastrzyki adrenaliny przy niepewnej asekuracji i w końcu wymordowany wchodzi na nagrzany słońcem wierzchołek?"
JAK TO JEST BYĆ WSPINACZEM Z TRÓJMIASTA? W SKAŁY DALEKO, W GÓRY JESZCZE DALEJ. DETERMINACJA JEST CHYBA WIĘKSZA?
 
Hmm, zastanawiam się, czy dla wspinaczy z Gdańska ta duża odległość od gór czy skał ma znaczenie w przypadku prawdziwej pasji. Wydaje mi się, że determinacja jest taka sama jak u łojantów z południa Polski. Cóż mają mówić alpiniści z Petersburga czy Moskwy, którzy do gór mają jeszcze dalej, a jednak z zapałem tam docierają? Problem odległości ma znaczenie w aspekcie integracji środowiska. Dla krakowiaków, katowiczan, wrocławiaków czy nawet warszawiaków weekendowy wyjazd w skałki nie stanowi żadnego logistycznego problemu, dla nas jest to bardziej skomplikowana eskapada (dopóki nie zbudują A1). A to przecież bazowy element scalania środowiska wspinaczkowego, kiedy jest czas na integrację. Tam zazwyczaj powstają różne pomysły na kolejne górskie przedsięwzięcia. I mimo że środowiska ze Szczecina czy Trójmiasta „wydały” wielu dobrych wspinaczy, znaczna odległość do gór sprawia, że kluby na południu Polski są znacznie silniejsze.
 
DLA MNIE NIE MA NIC DZIWNEGO W TYM, ŻE MIESIĄCAMI PRZEBYWASZ W EGZOTYCZNYCH REJONACH, ALE POTEM Z PRZYJEMNOŚCIĄ WRACASZ DO DOMU I W OBU MIEJSCACH CZUJESZ SIĘ ŚWIETNIE. JEST W TYM JAKAŚ SPRZECZNOŚĆ CZY RACZEJ NATURALNE DOPEŁNIENIE?
 
Wiesz, często głoszę skądś zapożyczone hasło, że szczęście nie ma swojego adresu. To przecież jest oczywistą sprawą, że czujemy wielką radość przebywania w wysokich górach czy odległym interiorze, kiedy po wielu miesiącach przygotowań i wyrzeczeń możemy realizować program wyprawy we wspaniałej scenerii i w gronie dobrych przyjaciół. A tym większe zadowolenie, gdy wypad zakończy się sukcesem i uda się spełnić nasze młodzieńcze marzenia. Nawet jeśli się tego upatrzonego szczytu nie osiągnęło, pomimo goryczy porażki zostaje zadowolenie ze zdobycia kolejnego doświadczenia, przeżycia górskiej przygody, przebywania na wysokości, nawiązania nowych znajomości, nauczenia się pokory, wyjścia cało z różnych opresji.
 


Trochę ćwiczebnej wspinaczki w Dolinie Jastrzębiej, kwiecień 1980 rok. Fot. arch. Michał Kochańczyk
 
Jest rzeczą zupełnie normalną, że po wielu miesiącach dostawania w kość marzy nam się powrót do domowych wygód, do świata najbliższych, podzielenie się wrażeniami z wyjazdu. I w domu też jest dobrze. Jest przecież tutaj świat rodziny i przyjaciół, bogata oferta wydarzeń kulturalnych i artystycznych, możliwość prowadzenia aktywnego życia: wyskoczenia na spływ kajakowy i latem, i zimą, na rajd rowerowy, rejs żeglarski, plener fotograficzny czy wędrówki na nartach biegowych – na Suwalszczyźnie albo w Lasach Oliwskich. No i zawsze są Tatry albo mój ulubiony Beskid Niski... A potem przychodzą przygotowania do kolejnej wyprawy, a to też wyprawa w wyprawie. Stwierdzenie, że wszędzie czułem się świetnie, to pewna przesada. Gdy łapały mnie gdzieś daleko czy wysoko różne nudności, biegunki, bóle pęcherzyka żółciowego lub dokuczały kamienie nerkowe, to daleko mi było do euforii, ale są też i takie „uroki” wyprawowego życia.
 
WSPINACZY POSTRZEGAM JAKO LUDZI, KTÓRZY PRZEZ SWOJĄ PASJĘ SPORO ZYSKUJĄ. CZY TWOIM ZDANIEM COŚ TRACIMY?
 
Ciekawość naszego świata polega między innymi na różnorodności. Z pewnością jest wielu wspinaczy skoncentrowanych jedynie na tym, co robią, którzy odnajdują duże ściany nie tylko w Himalajach czy Karakorum, ale także na Madagaskarze albo w Mali. I mimo że ich program działania nastawiony jest na szybkie dotarcie pod ścianę, rozwiązanie problemu i pospieszny powrót do domu, to nawet im nie udaje się uniknąć kontaktu z miejscową ludnością, zapoznania z lokalną kulturą, kuchnią i oczywiście ze środowiskiem przyrodniczym.
 
Nie można zakładać, że ta grupa wspinaczy coś traci, bo specyfika tych odległych miejsc sprawia, że przebywanie tam zajmuje sporo czasu – nie wszystko udaje się zaplanować z dokładnością co do minuty; bywają przecież drogi zablokowane przez osuwiska błotne czy skalne, lokalne strajki czy bunty tragarzy. Nawet najbardziej ortodoksyjny wspinacz z „klapkami” na oczach wzbogaca się o wrażenia z przebywania z ludźmi z różnych stref kulturowych czy świadomościowych, dostaje cały pakiet wrażeń zaoferowanych mu podczas długiego marszu na podejściu, zdobywa doświadczenia z przebywania w innej strefie klimatycznej. To
przychodzi mimowolnie. Jestem przekonany, że każda wyprawa uwrażliwia uczestników, że wracają z pewną wiedzą o rejonach ich działania, że często po powrocie do domu sięgają po materiały uzupełniające informacje zdobyte podczas wyjazdu.
 


Podczas wyprawy do ruin Gran Pajaten w Amazonii w Peru w październiku 1983 roku. Fot. Jacek Bogucki
 
Może miałem to szczęście, że kiedy po skończeniu działalności górskiej moi koledzy zazwyczaj pospiesznie jechali do swoich żon, zmuszeni do powrotu licznymi obowiązkami, ja spokojnie przez kilka miesięcy włóczyłem się po Indiach czy wielu krajach Ameryki Południowej, chłonąc egzotykę tamtych miejsc.
Uczestnictwo w wyprawach dawało mi możliwość dotarcia do odległych krain, a wobec niskich kosztów życia na miejscu, często dzięki czarnemu rynkowi mogłem sobie pozwolić na długie wędrowanie, poznanie wielu ludzi, penetrowanie ciekawych rejonów.
 
DYSPONUJESZ TAK DUŻYM BAGAŻEM DOŚWIADCZEŃ PODRÓŻNICZYCH, ŻE CHYBA JESTEŚ W STANIE PORÓWNAĆ WRAŻENIA, JAKICH MOŻNA DOŚWIADCZYĆ NA PUSTYNI, NARTACH, TRATWIE NA BAŁTYKU Z WRAŻENIAMI WSPINACZKOWYMI?
 
Ha, czy w ogóle wrażenia ze wspinaniem się w górach wysokich można porównać z przemierzaniem pustyni, arktycznego terenu albo rejsem żeglarskim? Mimo że każde z nich określane jest pasją przestrzenną, wrażenia ze wspinania przedkładam ponad wszystko. Bo czyż może być większa satysfakcja niż pokonanie wielkiej lodowej czy skalnej ściany, kiedy człowiek przez wiele dni zmaga się z samym sobą i trudnościami, marznie na stanowiskach, przeżywa wielokroć zastrzyki adrenaliny przy niepewnej asekuracji i w końcu wymordowany wchodzi na nagrzany słońcem wierzchołek? Przychodzi wówczas radość wręcz przenikająca trzewia. Oczywiście ta moja ocena może być subiektywna, znajdą się głosy mówiące, że dotarcie do biegunów, przemierzenie na piechotę Sahary czy Gobi, opłynięcie jachtem zimą brzegów Antarktydy, spłynięcie kajakiem czy wpław Amazonką może dać więcej zadowolenia, jednak ja jestem przede wszystkim alpinistą.
 
OBECNIE ZORGANIZOWANIE WYPRAWY TO WYŁĄCZNIE KWESTIA CHĘCI I PIENIĘDZY. PRZYPOMNIJ NA WYBRANYM PRZYKŁADZIE, JAK WYGLĄDAŁA WYJAZDOWA LOGISTYKA ZA KOMUNY?
 
Niedawno pewna pani redaktor zadała mi pytanie: Kiedy było łatwiej organizować wyprawę, teraz czy za czasów komuny? Odpowiedź moja była niejednoznaczna. Bo wtedy mieliśmy pewien monopol na prace wysokościowe (choć już powstawały konkurencyjne spółdzielnie, w których pracowali chociażby Maciej Płażyński czy Donald Tusk i które obniżały nam ceny), mieliśmy złotówki na wyprawę, ale cóż z tego, skoro w tym czasie były problemy z kupnem czegokolwiek i każdą ekipę czekało zadanie załatwienia sprzętu, wyposażenia, zdobycia żywności. Tak, słowo załatwianie oddaje tutaj istotę sprawy. Praktycznie niczego nie można było kupić normalnie, większość rzeczy trzeba było po prostu załatwić przez znajomości, własny spryt, występowanie o przydziały, realizowanie wyjazdowego zakupu bezpośrednio u producenta, który mógł znajdować na drugim krańcu Polski.

 


Marsz po zamarzniętym fiordzie Hornsund pod Gnollem podczas zimowej wyprawy na Spitsbergen. Fot. arch. Michał Kochańczyk
 
Zilustruję te problemy chociażby na przykładzie przygotowań prowadzonych podczas wiosny i lata 1981 roku, gdy trwał solidarnościowy zryw. Wyprawę w Himalaje Garhwalu organizował Akademicki Klub Alpinistyczny w Gdańsku. Mimo wielkich społecznych oczekiwań, władze komunistyczne, chcąc upodlić ludzi, ograniczały zaopatrzenie – były okresy, gdy w sklepach stał dosłownie tylko ocet. Mięso, cukier, masło, słodycze, alkohol, środki piorące, wszystko to sprzedawano na kartki, a i tak trzeba to było stać w długich kolejkach, by zrobić jakiekolwiek zakupy. O zaopatrzeniu wyprawy w żywność w sklepach mogliśmy tylko pomarzyć.
 
Dopiero kilka dni przed wyjazdem z kraju dostaliśmy przydział z urzędu miejskiego na zakup proszków do prania i kilku kilogramów konserw mięsnych. Pojechaliśmy wówczas do hurtowni i okazało się, że one... pękają w szwach, a ich szefowie mają polecenia ograniczania dostaw do sklepów. Staraliśmy się zatem radzić sobie w tej sytuacji. Pamiętaliśmy z zimowych obozów tatrzańskich stan zaopatrzenia sklepów na Słowacji, która dla nas, ludzi z Polski, była krainą mlekiem i miodem płynącą. Postanowiliśmy tam kupić jedzenie i potem przemycić je do kraju. By zdobyć niezbędne czechosłowackie korony, zorganizowaliśmy
fikcyjny treningowy obóz taternicki w Dolinie Kieżmarskiej, „prowadzony” przez Hanię Stobę i Jasia Szulca. Po zaopatrzenie na Słowację oficjalnie przez Łysą Polanę wybrali się Witek Giejsztowt i Wojtek Gawęda. Wrócili nielegalnie do Polski Doliną Koprową i przez Wrota Chałubińskiego, po drodze nocując w kolebie. Przemycili dwa wielkie plecaki z żywnością. Czego tam nie było: Granko rychle rozpustné kakao, Bravčové mäso i Hovädzí guláš, czekolady, rodzynki w czekoladzie, batoniki.
 
SKĄD BRALIŚCIE SPRZĘT WSPINACZKOWY?
 
Ponieważ nic nie można było kupić w sklepach, cały sprzęt zdobywaliśmy swoimi sposobami. Zamówiliśmy partię czekanów i czekanomłotków u Mietka Pocobejo, naszego kolegi klubowego, który w tym czasie w Gdańskiej Stoczni im. Lenina zorganizował produkcję sprzętu alpinistycznego. Mietek Pocobejo tak wspomina tę, jakże pożyteczną dla środowiska wspinaczkowego, działalność:
 
Pomysł produkcji czekanów, młotków proponowałem oficjalnie – bodajże ówczesnemu dyrektorowi ds. technicznych. Z początku uzyskałem nawet obietnicę takowej, jeśli dostarczę odpowiednią dokumentację. Stocznia, oprócz budowy statków, wykonywała mnóstwo różnych zleceń na zewnątrz. W Stoczni był dobry „klimat” dla działalności wspinaczkowej. Niestety, przy następnym roboczym spotkaniu decydenci wycofali się ze swoich obietnic, tłumacząc, że Stocznia nie może wziąć odpowiedzialności za ewentualne wypadki z udziałem tego sprzętu. Rozmowa skończyła się konkluzją: „Może pan robić ten sprzęt – na wydziałach dosta-
nie pan pomoc – ale my oficjalnie nic o tym nie wiemy”. Z ową „produkcją” się nawet nie kryłem. Starałem się tylko robić to po godzinach pracy. Jak się później dowiedziałem – w 1983 lub 1984 roku, przy montażu czekanów na wydziale K-2 pomagał mi mistrz, który okazał się być etatowym „tajniakiem”. Można powiedzieć, że moja działalność w tym zakresie nie była tajemnicą dla nikogo. Dziwne to były czasy.
 


Na wierzchołku Fitz Roya po przejściu nowej drogi w dniu 24 grudnia 1984 roku. Od lewej: Mirek Falco-Dąsal, Michał Kochańczyk, Wiesław Burzyński, Piotr Lutyński i Jacek Kozaczkiewicz. Fot. Michał Kochańczyk
 
Po zakup baterii do czołówek Boguś Czerniawski pojechał specjalnie do Starogardu Gdańskiego, do wytwórni baterii. Przeklinaliśmy ten zakład, co druga bateria nie była sprawna. Plecaki i anoraki z grubego pomarańczowego ortalionu zamówiliśmy w wytwórni na Śląsku. Namioty bazowe jakimś cudem wyłudziliśmy z wojewódzkiej hurtowni. Z hurtowni farmaceutycznej przy ulicy Aldony we Wrzeszczu otrzymaliśmy beczki wykonane z bardzo grubej, sztywnej tektury - prawie dykty. W te pojemniki, które można było zaplombować, spakowaliśmy wyposażenie wyprawy. Każdy z nas posiadał też indywidualny sprzęt alpinistyczny. Nie było w tym czasie w Polsce kremów z przeciwsłonecznym filtrem ochronnym. Hania Przedpełska sprowadziła od kolegów z Krakowa białą śmierdzącą maść cynkową. Wówczas to był rarytas.

Całość wywiadu znajdziecie w GÓRACH, nr 11 (210) Listopad 2011.

Wywiad: Andrzej Mirek
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Maciek Szopa
 
2018-07-22
GÓRY
 

Andrzej Bargiel zjechał na nartach z K2!!!

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-07-22
GÓRY
 

Andrzej Bargiel zdobył K2 - teraz rozpoczyna zjazd!

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-07-21
GÓRY
 

Bardzo dobre warunki na K2 - 31 osób na szczycie

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com