facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-09-09
 

Maturzyści w akcji, czyli trekking w Alpach

Grupa 5 świeżo upieczonych maturzystów opuściła Polskę i na 2 tygodnie wyemigrowała do Szwajcarii. Wynikło z tego zdobycie kilku 3-tysięczników i nie tylko.
Idea tego dalekiego, dość długiego, narodzonego w bólach wyjazdu zrodziła się rok wcześniej. Nieśmiałe próby zorganizowania wakacji w taki sposób jak poniżej przeistoczyły się w coś prawdziwie genialnego.



Po dwudziestoparogodzinnej podróży różnymi środkami transportu, zachwyceni szwajcarskimi pociągami, na tyle wygodnymi, iż ze spokojem można by w nich przeprowadzać niejedną operację plastyczną miłych pań z Helwecji, dotarliśmy w końcu na miejsce naszego przeznaczenia. Była nim malutka „japońska” kolonia na Starym Kontynencie, zwana przez Europejczyków Zermattem. Podbojami japońskich najeźdźców zajmować się jednak nie będziemy. Nasz wzrok skierowany był (oczywiście) na góry otaczające to miasteczko.


 
Zaraz po wyjściu z zabytkowej ciufy ukazał się nam majestatyczny Matterhorn. Niektórzy uważają, że z tej góry dziadkowie Kleopatry czerpali inspiracje na swoje grobowce, inni twierdzą, że to na jego szczycie pozostał ostatni bastion templariuszy chroniących Świętego Gralla. Istotny jest za to fakt, że mierzy on 4478 m i wznosi się około 2650 m ponad Zermatt.

Po chwili zadumy nad Matterhornem odezwały się plecy, domagające się szybkiego ulokowania na pobliskim campingu. Wesołe 150-metrowe przejście z peronów niespecjalnie się dłużyło. Zaskoczeniem były dla nas dość spartańskie warunki jak na pole namiotowe w Szwajcarii. Połowa campingu została zajęta przez budowę, druga zaś została przeznaczona dla turystów. Niestety przez tę drugą przetoczyła się banda wściekłych buldożerów oraz innych sprzętów budowlanych. Wyglądało trochę tak, jakby ktoś uwziął się na przyjezdnych z kraju Bocianów i Orłów. Po chwilowym poszukiwaniu miejsca rozbiliśmy nasze 3 skromne namiociki na pochylonym, jak to na góry przystało, terenie. Następnie kilkunastominutowy spacer, a po rozmowach i obmyślaniu planu dnia kolejnego kima.

Dzień 1

Dzień, a w zasadzie noc (5 rano) przywitała nas nieprzyjemnym chłodem i wszędobylską wilgocią z rosy. Po zjedzeniu obowiązkowej mielonki, popchniętej keczupem i białym chlebem ruszyliśmy w górę. Ledwo co opuściliśmy (nie)przytulne namioty, słońce rozświetliło pierwsze szczyty, z Breithornem i Matterhornem na czele. Wszędzie ciemno, a takie dwie potężne żarówki dotrzymywały nam cały czas towarzystwa.


Po godzinie wyszliśmy z mrocznego cienia na rzecz jaśniejszych okolic. Momentalnie temperatura odczuwalna podskoczyła o kilkanaście stopni celsjusza, należało też wyciągnąć mazidła do opalania. W ciągu kolejnych minut pokazywały się kolejne szczyty, lodowce i tym podobne geologiczne utwory, w tym potężny masyw Monte Rosy z grupą kilkunastu szczytów powyżej 4000 m.


Kolejnym ciekawym widokiem była czerwona ławka, tuż obok szlaku, położona na przemiłej łące, na wysokości naszych Rysów. Jednogłośną decyzją usiedliśmy na niej i zjedliśmy drugie śniadanko.


Po tym obfitującym w kalorie posiłku oraz uzupełnieniu sił i płynów, napawając się widokami, ruszyliśmy ponownie szlakiem, który po krótkim czasie zaczął się wić zakosami po morenie. Orientacja nie sprawiła żadnych problemów i sprawnie zdobyliśmy najwyższy punkt tego dnia, czyli Trockener Steg, położony na wysokości 2939 m. Spotkaliśmy tam od groma narciarzy, jurnie podchodzących po kamieniach do stacji kolejki, gdyż zabrakło im odrobinę białego puchu.


Po krótkim odpoczynku nie pozostało nam nic innego jak założyć z powrotem buty, plecaki i ruszyć płaskowyżem na wys. ok. 2800 m, w kierunku wschodniej ściany Matterhornu. Widoki iście księżycowe, szaro, buro i ponuro, jak to dla miejsc typowych dla moreny czołowej. W międzyczasie pod szczytem Matterhornu krążyły śmigłowce, zabierając kilku nieszczęśników.


Kolejny etap to zejście w dół, w kierunku jeziorka Schwarzsee, z przystankiem nad nim, a następnie dalej do namiotów. Przez ten manewr nasze błogie, ciche łazikowanie skończyło się bezpowrotnie wraz ze schodzeniem niżej i niżej. Hordy ludzi w okolicach Czarnego Jeziora zburzyły nasz spokój, lecz z powodu zmęczenia nie zwracaliśmy na to większej uwagi.



Dzień 2

Poranek dnia następnego rozpoczął się dokładnie tak samo jak wcześniejszy. Znów zimno, ciemno, przewracanie się na odciągach z namiotu. Jednak siła woli młodych Polaków pomogła zwalczyć wszelkie przeciwności wstawania o bandyckim świcie.
 
Trasa, jaką obraliśmy prowadziła nas ponownie do Trockener Steg, gdzie załadowaliśmy nasze ciała, dusze i pognaliśmy kolejką na Klein Matterhorn (3883 m n.p.m.). Po drodze pogoda odrobinę się popsuła. Tym razem nie było już takiej „lampy”, a znad Italii nadciągały nieprzyjemne chmury.

 
 
Na szczycie zawitaliśmy na punkt widokowy, gdzie w tym czasie przebywało od zatrzęsienia ludzi. Nie mówiąc już o tym, że Robert Makłowicz wraz ze swoim stolikiem do gotowania zajmowałby pewnie około połowy tego miejsca.
 
Chwilę później udaliśmy się odrobinę niżej, a mianowicie do…. wnętrza lodowca. Tak, tak… Szwajcarscy inżynierowie wykopali szereg tuneli w lodzie, osadzając różne rzeźby przypominające np. misie z żelków.


Nie chcąc być przyłapanymi przez brzydkie chmury, obraliśmy powrotny kierunek do kolejki i zjechaliśmy prawie kilometr w dół. Zamiast obniżać dalej wysokość wybraliśmy sportowy cel tego dnia, czyli schronisko Gandegg (3030 m). Kilkunastominutowe podejście zaowocowało zrobieniem wielu fotek w przedziwnych pozach i miejscach, tak więc miło było.


 
Dzień 3
 
Po dwóch dość męczących, z powodu podjęcia nagłego wysiłku dniach, zdecydowaliśmy się na dzień „lajtowy”. Tym razem daliśmy sobie pospać odrobinę dłużej i ruszyliśmy w kierunku doliny Trift, w celu opalania się na jednej z tamtejszych łąk. Spacer krótki, około 2-godzinne podchodzenie pod górkę, na wysokość 2337 m.

 
Aura słoneczna i ciepła, więc tuż po dotarciu na miejsce, rozłożyliśmy wniesione na plecakach karimaty i solidnie odpoczęliśmy. Niestety po zejściu do Zermattu zdruzgotały nas nieprzyjemne wieści dotyczące prognozy synoptyków. Diagnoza stwierdzała za 2 dni załamanie pogody, co w przypadku mieszkania pod namiotem nie napawało specjalnym optymizmem.
 
Dzień 4
 
Chcąc skorzystać z uroków słońca i widoków, ponownie ruszyliśmy w trasę wczesnym rankiem. Naszym celem było wdrapanie się na Mettelhorn, na wysokość 3406 m. Około 1/3 ścieżki ku temu szczytowi pokonaliśmy dzień wcześniej, więc wiedzieliśmy po części czego się spodziewać.




Droga bardzo przyjemna, choć trochę przydługa, gdyż przez długi czas prowadziła po płaskim. W międzyczasie, podczas postoju na „mielonkę”, zwabione przez ten rarytas wypasające się owce, zaatakowały nas. No może nie do końca nas jako osoby fizyczne, jednak jedna z „czarnych owiec”(nomem omen była biała) odłączyła się od swoich ziomków i planowała zrobić desant na nasze plecaki. Okazało się jednak, że kilka polskich przekleństw „żeby sobie poszła” wystarczyło i spożyliśmy, co spożyć mieliśmy.


Dalej szlak zaczął trawersować bardziej strome zbocze, aż w końcu znaleźliśmy się na początku pola śnieżnego i ukazał się nasz długo wyczekiwany wierzchołek.


Owe pole śnieżne określane jest jako bezszczelinowe. Chcąc nie chcąc, Tomek organoleptycznie stwierdził, że gdzieniegdzie mikroszczeliny objawiają się i lepiej nie oddalać się od pierwotnej ścieżki.
Kolejnym zadaniem było odnalezienie prawidłowego szlaku na szczyt. Do wyboru były dwie ubite dróżki. Ja i Tomek wybraliśmy jedną z odnóg, na drugą kurs obrała pozostała trójka towarzyszy. Korzystając z „prawa zawsze złego wyboru”, trafiliśmy po chwili na koniec ubitej skały, więc ambitnie przetrawersowaliśmy kilkanaście metrów stoku, po niesamowicie sypiących się kruchych skałach, powracając na dobre tory. Do szczytu szlak pnie się ostro w górę, kończąc skalnymi płytami na wierzchołku i solidnym urwiskiem w stronę Zermattu.



 
Na szczycie miejsca mało, niewygodnie, a ekspozycja z 3 stron znaczna. Kilkanaście minut szczytowania i podjęliśmy kroki w dół. Pod szczyt dochodziła właśnie spora grupa starszych osób kolo 70-tki, więc będąc miłymi gośćmi z dalekiej i egzotycznej Polski, zostawiliśmy im ogrzane naszym własnym ciałem skały, a sami ruszyliśmy do namiotów.
 
Dzień 5 i 6
 
Hmmm… cóż by tu napisać. Od rana pogoda fatalna, prognozy szwajcarskich speców od meteorologii, przerzucone zapewne przez jakiś superkomputer, sprawdziły się w zupełności. 2 dni prawie ciągłego deszczu i straszliwej nudy. Odbycie jakiejkolwiek działalności górskiej było niemożliwe. Jedynym zajęciem było czytanie książek i nieudane próby przespania całych dni.
 
Dzień 7
 
Zdesperowani, odrobinę pokrzepieni pozytywniejszymi prognozami, po 2 dniach namiotowego więzienia, wyruszyliśmy ponownie. Pogoda wciąż nieprzyjemna, dość zimno i mżawka. Praktycznie byliśmy już przekonani, że „bogowie” chcą nas wykończyć… Oczywiście byliśmy w błędzie, gdyż ogólnie wiadomym jest, iż gdy „bogowie” chcą kogoś wykończyć wkładają mu do plecaka zapaloną laskę dynamitu z napisem ACME Dynamite Co.


Niemniej jednak, nieprzyjemne warunki atmosferyczne nie zraziły nas zbytnio i pokrótce nasza wytrwałość została nagrodzona jednym z najdziwniejszych obrazków jakie można sobie wyobrazić. Ciężko opisać to jakoś mądrze, więc w skrócie: na wys. ok. 2600 m w gęstej chmurze ukazał się znikąd wierzchołek Breithornu. Dookoła kompletnie nic nie było widać, a tu niespodzianka z takim widokiem. Podobną sztuczkę wykonał Matterhorn.


Naszym celem było schronisko Hornli na wysokości 3260 m, tuż przy początku potężnej ponad 1100-metrowej ściany Matterhornu.
Szlak przebiegał zakosami, trawersami, po niestabilnych skałach.  Wczesny exodus z namiotów zaowocował małą ilością ludzi na szlaku, dzięki czemu sprawnie dotarliśmy na wysokość 3280 m.


Niespecjalnie długo zastanawiając się, ruszyliśmy dalej ku początkowi grani Hornli Matterhornu. Tuż przed samą ścianą, spotkaliśmy świeży kawał śniegu, który aż prosił się, żeby coś z niego wybudować. Nasza inwencja twórcza skończyła się na przemiłym bałwanie.
 
Wymacaliśmy również pierwsze metry ściany, aby poczuć jej magię i moc, a następnie usadowiliśmy się na skałach otaczających schronisko w celu zjedzenia czegoś kalorycznego.


 
Dzień 8 i 9
 
No i zaczynamy zabawę…. Plan wyglądał iście lajtowo. Wstajemy spokojnie o 8 rano, jemy śniadanko i kolo 10-11 zwijamy 2 z 3 namiotów i ruszamy w kierunku stawu Riffelsee, w celu przespania tam nocy. Niestety, nie zorientowaliśmy się, że o godzinie 11 wchodzenie pod górę w pełnym słońcu i śródziemnomorskiej temperaturze nie sprzyja samopoczuciu. Tuż po wyjściu z lasu, trafiliśmy na żar, jaki można spotkać tylko na sawannie afrykańskiej, gdzieś w okolicach Tanzanii. Nawet wzrost wysokości nie gwarantował spadku temperatury, więc tempo było wolne. Inna sprawa, że plecaki zapakowane śpiworami, większą ilością jedzenia i namiotami nie ułatwiały życia.


Po mękach dotarliśmy do najwyższego punktu tego dnia, czyli na Gornergrat 3089 m, gdzie znajduje się hotel 3* oraz obserwatorium astronomiczne. W hotelowej toalecie udało nam się powierzchownie umyć twarz oraz napełnić butelki wodą na kolejny dzień.


Robiło się powoli późno, więc poszliśmy szlakiem w dół ku stawom Riffelsee, gdzie po kilkunastominutowych poszukiwaniach znaleźliśmy odpowiednie miejsce do założenia bazy. Przed spaniem nieśmiertelny, pożywny kuskus, ze sproszkowanym czosnkiem, krótka sesja fotograficzna o zachodzie słońca i kima kolo 23.00.


Niestety w namiocie 2-osobowym w trójkę śpi się niewygodnie, przez co było trochę narzekania na pewnych mieszkańców tego przenośnego „domu”. Wschód słońca zakopał jednak wszelkie topory wojenne. Wprawdzie księżyc zrobił nas w bambuko, gdyż postanowił być w pełni, dzięki czemu nie udało się zobaczyć zbyt wielu gwiazd, lecz o świcie widok niesamowitych zmian kolorów otaczających nas szczytów dopełnił błogości tego poranka.




Zwinęliśmy szybko namioty przed najazdem pierwszych Japończyków, chroniąc się przed nieprzyjemnościami związanymi z niedozwolonym nocowaniem na dziko. Pobudka z rana, bardzo rześko, szybkie śniadanie, a w ramach porannej gimnastyki spinamy poślady i idziemy w kierunku lodowca Gorner. Lodowiec, a głównie jego boczna część, którą jako jedyną udało nam się jako tako spenetrować wywarł na nas spore wrażenie. Potężne masy lodu, rozlewające się po ogromnej powierzchni, mające w swoich czeluściach sporo zakamarków, wywoływały w nas uczucie niższości i niejako wyższości natury nad biednym, maciupeńkim człowiekiem.


Wróciliśmy częściowo tą samą drogą, gdzie spotkaliśmy (nie)skamieniałe puszki po turystach z Polski. Zrobiło nam się wstyd.  Następnie ruszyliśmy do Zermattu w celu ponownego osadzenia się na naszym klimatycznym campingu. Po drodze przeszliśmy przez stoki narciarskie schodzące z okolic Gornergrat. Spotkaliśmy też downhillowca -"samobójcę" na rowerze, który po ścieżce szerokości jednego metra, pędził z prędkością (dla nas) nadświetlną. Zaskoczeniem również był dla nas hotel 5* na wysokości przeszło 2222 m, gdzie znajdowały się baseny, korty tenisowe i tego typu obiekty rekreacyjne. Oczywiście, żeby leniwi Niemcy nie musieli się do niego wspinać, istnieje specjalna nitka kolejowa łącząca kurort z koleją na Gornergrat.


 
Dzień 10
 
Niestety jest to nasz ostatni dzień przewidziany na Zermatt. W 4-osobowej grupie (Pierre czuł się kiepsko po nocy nad Riffelsee i wolał odpocząć) podjęliśmy ostatni wysiłek górski w okolicach doliny Mattertal. Podążyliśmy ścieżką w kierunku Oberrothornu, na wysokość 3415 m. Forma fizyczna wyrobiona przez wcześniejsze dni oraz spora ilość cienia, osłaniająca nas od złowieszczego słońca, zaprowadziła nas w szybkim tempie na znaczną wysokość i odległość.


Nim się obejrzeliśmy znajdowaliśmy się tuż przed przełęczą na wysokości ok. 2800-2900 m, gdzie zaplanowaliśmy postój na czekoladę. Kolejno podchodziliśmy na Oberrothorn trawersując stok i w końcu w szybkim tempie zdobywając ten szczyt. Następnie zeszliśmy (a raczej zbiegliśmy przed zbliżającą się burzą) do namiotów, spotykając po drodze m.in. parę nudystów schowanych gdzieś między skałami.


 
To jednak nie był koniec naszego pobytu w Szwajcarii. Kolejnym etapem była podróż ku Alpom Berneńskim i chęć zobaczenia hipnotyzującej, potężnej północnej ściany Eigeru. 

Wybór bazy z powodu kiepskiej, deszczowej pogody padł na miasto Interlaken, które jak sama nazwa wskazuje, znajduje się między dwoma sympatycznymi, turkusowymi jeziorami.


Kilkugodzinny spacer po Interlaken zwieńczyliśmy usadowieniem się na campingu, tuż nad rzeką łączącą jeziora Thun i Brienz. Pole namiotowe tym razem wyglądało po europejsku. Sporo miejsca, płasko, warunki kuchenno-sanitarne, cud, miód i orzeszki. Problemem było wbicie szpilek, z powodu bardzo płytkiej warstwy ziemi, przykrywającej podkład betonowy. Całe szczęście tornado nas nie spotkało, więc nie odlecieliśmy z namiotami nigdzie daleko.


 
Dzień 11
 
Plan zakładał wczesną pobudkę i w razie ładnej aury, wyruszenie na jakiś okoliczny szczyt. Pogoda o poranku była jednak dość niepewna. Z jednej strony niski pułap chmur, z drugiej nieśmiałe próby słońca, aby poprawić nam nastrój. Po podjętej niejednogłośnie decyzji zostaliśmy w namiotach. Odrobinę nieusatysfakcjonowany tym werdyktem, odbyłem godzinny spacer po opustoszałym mieście, w poszukiwaniu świeżego pieczywa.


Jak się później okazało, moja chęć wyjścia w góry, miała swoje podstawy. Dzień zrobił się ciepły i słoneczny. Korzystając z darmowych dla gości campingu autobusów , odbyliśmy kilkudziesięciominutową wycieczkę krajoznawczą, w kierunku Masywu Jungfrau. Na pętli autobusowej zrobiliśmy parę zdjęć dwóch czterotysięczników – Monch i Jungfrau, wznoszących się 3 km ponad dolinę.
 
Miły kierowca autobusu poczekał chwilę na nas, zawożąc z powrotem do miasta. Na campingu jakiś obiadek w kulturalnych warunkach i krótka siesta. Dalej ambitnie bierzemy klapki, ręczniki i pomykamy nad jezioro w celu sprawdzenia, czy woda jest zimna, bardzo zimna, czy lodowata. Doświadczenie wykazało, że lodowcowa woda nie jest przyjazna zanurzaniu okolic ciała powyżej kolan.
 
Dzień 12
 
Jeden dzień słodkiego leżenia plackiem i znów ruszamy do góry. Żeby było na złość, pogoda była taka sobie, sporo chmur noszących w sobie deszcz. Nie chcąc być zmoczonymi gdzieś pośrodku dzikiej dżungli, 20 km od miasta, bez perspektyw na szybki powrót, odbyliśmy krótki spacer na pobliski szczyt Harder Kulm.  Wprawdzie jego wysokość wrażenia nie robiła, gdyż mierzy zaledwie 1322 m, lecz ponieważ wznosi się aż 800 m ponad równinę aluwialną, na której usadzone jest Interlaken, trzeba było przygotować się na wszelkie przeciwności losu.






Dzień 13
 
Wciąż zawiedzeni brakiem widoku na Eiger, podjęliśmy ostatnią, desperacką próbę zobaczenia choć części jego ponętnego kształtu. Ponownie pobudka wcześnie rano, dalej autobusem ok. 10 km poza miasto i ruszamy szlakiem w kierunku Schynige Platte (1967 m). Nasze pseudo-geodezyjne pomiary wykazały, że z tego szczytu powinniśmy zobaczyć około połowy Eigeru i sporą część Alp Berneńskich.


Pogoda znów uparta, chmury nie miały zamiaru opuścić najwyższych wierzchołków. Mieliśmy także chwilę grozy. Szlak przebiegał przez terytorium zajęte przez trawożerne, potężne krowy. Piotrek wolał zaryzykować śmierć pod kołami pędzącego pociągu, niż stanąć oko w oko z „mućkami”. Reszta ekipy z pokerową miną, duszą na ramieniu, cichaczem przemknęła przez farmę.


Ze stacji kolejki, podeszliśmy jeszcze 100 m do góry, osiągając wreszcie skałki na szczycie.
Na drugie śniadanie z braku laku została nam do zjedzenia „konserwa turystyczna”. Grając w „marynarza” wybraliśmy śmiałka, który miał przywilej zjeść pierwsze kęsy chleba z tym smakołykiem.
 
Z „jadalni” widoki z pewnością byłyby niesamowite, lecz zabrakło nam trochę fortuny i białe obłoki zasłaniały sporo przestrzeni.


 
Kilkanaście godzin później ostateczne pakowanie, przejazd pociągiem do Berna. Szybkie zakupy, obiad nad rzeką i czekanie na autokar. Po drodze awaria sprzęgła, kilkugodzinne oczekiwanie, przesiadki z jednego autokaru do drugiego i w końcu jesteśmy w domu.


 
Koniec ;]
 
Więcej informacji o nas i o naszych wyjazdach na stronie http://alpy4000.wordpress.com/
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com