facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-05-29
 

Krótka historia wspinania w otoczeniu Trango Glacier

Świat po raz pierwszy dowiedział się o turniach Trango dzięki Ericowi Shiptonowi, który w latach 30, podczas wypraw eksploracyjnych zachodniego Baltoro dostrzegł i uwiecznił na zdjęciach turnie Trango (w książce „Upon the Mountain”).

W wydanym, w papierowej edycji przewodniku „Western Baltoro Mustagh” z roku 1989 Jan Kiełkowski pisał: „(W grupie Trango) eksploracja alpinistyczna została rozpoczęta dopiero w ostatnich latach i jedynie Trango Great Tower, Trango Nameless Tower i Trango Castle zostały do tej pory zdobyte. Wszystkie pozostałe szczyty, jak również wiele wspaniałych filarów, żeber i ścian są dziewicze”. W innej części przewodnika dowiadujemy się, że po drugiej stronie Trango Glacier, w grupie szczytów Biaho zdobyte zostało tylko i wyłącznie Uli Biaho Tower. I tak naprawdę do połowy lat dziewięćdziesiątych niewiele się zmieniło...



Nameless, Little i Great Trango Tower. Fot. Jakub Radziejowski


Świat po raz pierwszy dowiedział się o turniach Trango dzięki Ericowi Shiptonowi, który w latach 30, podczas wypraw eksploracyjnych zachodniego Baltoro dostrzegł i uwiecznił na zdjęciach turnie Trango (w książce „Upon the Mountain”). Jednakże aż do połowy lat siedemdziesiątych szczyty te nie były nawet brane pod uwagę przez czołówkę światowego alpinizmu. Najbardziej liczyło się wtedy zdobywanie najwyższych szczytów świata, bycie pierwszym na ośmiotysięczniku. Z tego powodu grupy szczytów Trango i Biaho stały się co najwyżej najbardziej atrakcyjnym widokiem podczas trekkingu do baz u podnóża najwyższych szczytów Karakorum: K2, Broad Peaków i Gasherbrumów. Dopiero połowa lat siedemdziesiątych, epoka rozkwitu stylu bigwallowego przyniosła większe zainteresowanie środowiska alpinistycznego tym rejonem.

Oczywiście, ze względu na unikalny kształt, największe zainteresowanie wzbudzała nie najwyższa, ale za to zdecydowanie najtrudniej dostępna turnia Nameless. Pierwsi o pozwolenie na jej zdobycie wystąpili Amerykanie, jednak cechy immanentne pakistańskiej biurokracji sprawiły, że legendarny Yvon Chouinard otrzymał pozwolenie na... nic niewarty i nie atrakcyjny szczyt oddalony o kilkadziesiąt kilometrów od Trango. Sytuacji nie omieszkali wykorzystać Anglicy, którzy dzięki pakistańskim kontaktom i obyciu Chrisa Bonningtona otrzymali pozwolenie na atak w roku 1975. Wyprawa składająca się z 6 czołowych alpinistów brytyjskich tamtego okresu (Mo Anthoine, William Barker, Joe Brown, Martin Boysen, Ian McNaught-Davis, Dave Potts) zaatakowała system zacięć na południowej ścianie.

Kiedy zespół osiągnął wysokość mniej więcej 6000 metrów, nastąpiło pierwsze z licznych nieprawdopodobnych wydarzeń w historii zdobywania turni rejonu Trango. Martin Boysen prowadzący zacięcie z szeroką rysą, mniej więcej 25 metrów ponad stanowiskiem... zaklinował kolano do tego stopnia, że po kilku godzinach walki o jego wyciągnięcie był przekonany, iż utknął na dobre i nic nie będzie go w stanie stamtąd wyciągnąć. W chwili, w której pogodził się z faktem, iż nie powróci do kraju Królowej Elżbiety, przypomniał sobie, że ma gdzieś przypiętego knife’a, cienki hak, którym zaczął powoli wycinać fragmenty swoich pumpów. Tnąc materiał spodni wewnątrz rysy, nie omieszkał pozbawić się istotnych fragmentów skóry na kolanie, powodując znaczący upływ krwi. W połączeniu ze zmęczeniem doprowadziło go to do stanu półświadomości. Ostatnimi siłami, cały zakrwawiony i bez części odzienia zaczął powoli pracować nad uwolnieniem nogi. W pewnym momencie, ku własnemu zaskoczeniu kolano wyślizgnęło się z rysy i Boysen spadł, zatrzymując się kilka metrów niżej na osadzonym wcześniej bongu.

Wyprawa wycofała się, by powrócić rok później (w nieco zmienionym składzie) i, już bez podobnie dramatycznych wydarzeń, osiągnąć wierzchołek Trango Nameless – jako pierwsi alpiniści w historii. Oczywiście feralną rysę poprowadził nie kto inny jak Boysen, a formacja ta nosi odtąd jego imię.

W roku 1977 na szczycie sąsiedniej Great Trango Tower stanęli jako pierwsi Amerykanie pod kierownictwem Galena Rowella. Dwa lata później inna amerykańska wyprawa, tym razem prowadzona przez Johna Roskelleya osiągnęła szczyt Uli Biaho Tower (w 1974 roku bezskutecznie atakowała turnię wyprawa francuska).

Ich wyprawa została uwieczniona w książce „Opowieści ze ściany” Roskelleya, a chyba najbardziej interesującym faktem związanym z tą wyprawą jest udział w niej znanego skalnego wspinacza amerykańskiego Rona Kauka – legendy amerykańskiej wspinaczki klasycznej, autora wielu ekstremalnie trudnych przejść m.in. w Yosemitach. Problem polegał głównie na tym, że Kauk znalazł się w całkowicie obcym sobie środowisku, gdzie liczyło się nie tylko samo wspinanie skalne. Wyprawa napotkała na trudności o charakterze organizacyjnym już na starcie, kiedy to Kauk zobaczył tysiącmetrowy kuluar podejściowy, którym non-stop waliły kamienie i lawiny lodowe. W czasie podejścia pod ścianę kilkukrotnie odmawiał współpracy i dopiero błyskotliwa, biorąca go „na ambicję” reakcja kolegów zmobilizowała go do działania („Jesteś wielki w Dolinie, ale tu jesteś niczym (...) My i tak ciebie nie weźmiemy”.). W efekcie powstała ekstremalnie trudna droga bigwallowa (VIII, A4), pierwsza tak trudna technicznie droga na tej wysokości (uważana za pierwsze bigwallowe VII w historii).

Aż do połowy lat dziewięćdziesiątych zainteresowanie i eksploracja rejonu ograniczała się wyłącznie do trzech wspomnianych szczytów. Cała masa okolicznych fantastycznych turni pozostała jakby nie zauważona. Oczywiście głównym celem pozostała Bezimienna Turnia, której ściany stopniowo pokryły się siatką dróg. Do dziś łącznie z kombinacjami i wariantami mamy ich około 15. Jest wśród nich także i droga polsko-szwajcarska. W roku 1988 Wojtek Kurtyka i Erhard Loretan pokonali wschodnią ścianę. Dla Wojtka Kurtyki było to trzecie podejście do problemu, a uwiecznione zostało w jego opowiadaniu „Trango Tower”.

Pisałem wcześniej, że zdobywanie szczytu związane było z całą serią dramatycznych przygód. Do najbardziej znanych należą dwie z nich. W roku 1990 japoński solista Takeyasu Minamiura otworzył nową, ekstremalnie trudną drogę hakową na północno-wschodniej ścianie Nameless. Po zdobyciu wierzchołka alpinista postanowił osiągnąć Base Camp za pomocą paraglide’u. I zapewne nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie to, że przygoda lotnicza zakończyła się kilkadziesiąt metrów poniżej wierzchołka – czasza spadochronu zaczepiła o skały. Alpinista zawisł w dziewiczej ścianie, w miejscu, z którego nie był w stanie ani wywspinać się do góry, ani tym bardziej zjechać na dół. Ekstrawagancka próba szybkiego znalezienia się w bazie kosztowała japońskiego solistę 7 dni oczekiwania na pomoc... W międzyczasie Minamiura otrzymał helikopterową pomoc w postaci wyrzucanych z pokładu paczek z jedzeniem. Jednakże dopiero druga próba (po 6 dniach) przyniosła połowiczny sukces i sprawiła, że paczka sera trafiła do niefortunnego alpinisty. W tym samym czasie dwójka spośród jego przyjaciół pozostających w bazie wyruszyła na pomoc, przy okazji dokonując jedynego, jak do tej pory, powtórzenia drogi pierwszych zdobywców. Dzięki ich determinacji po tygodniu Minuamiura mógł rozpocząć zjazdy Drogą Słoweńską...

Inna z przygód, podpadających pod kategorię „życie darowane po raz drugi”, miała miejsce w roku 1992, kiedy to Greg Child i Mark Wilford tworzyli nową drogę na prawo od Drogi Słoweńskiej. Podczas wychodzenia po poręczówkach do najwyższego osiągniętego do tej pory punktu, Greg Child zauważył nasilający się opad kamieni, co było o tyle dziwne, że ściana, którą się wcześniej wspinali należała do niewątpliwie dobrych pod względem jakości granitu. Kiedy o godzinie 11 w południe alpiniści osiągnęli końcówkę zaporęczowanego odcinka, odczuli dziwne wibracje i początkowo byli przekonani, że to trzęsienie ziemi. W chwili, w której rozpoczęli dalszą wspinaczkę nastąpił obryw. Wszystko co przeszli do tej pory, włącznie z częścią półki, na której stali spadło w dół wraz z turniczką, którą wspinając się mijali po lewej. Cały ich sprzęt rozciągnięty poniżej, a także droga, którą właśnie co pokonali uległy zniszczeniu... Jedyne do czego byli zdolni, to patrzenie na siebie przerażonym wzrokiem oraz dalsza wspinaczka ku wierzchołkowi...

Oczywiście historia Trango Nameless to także historia ewolucji we wspinaniu. Jak już wcześniej wspomniałem pierwsze przejścia w latach siedemdziesiątych przypadły na okres świetności stylu bigwallowego, czasu królowania ław. Jednak, w roku 1988 pod ścianą pojawili się Kurt Albert, Wolfgang Güllich i Hartmut Munchenbach, których celem było przejście klasyczne Drogi Słoweńskiej z roku 1987. Ich sukces stał się krokiem milowym w historii wspinaczki klasycznej w górach wysokich, a jakość granitu i formacje, dostrzeżone przez zespół po lewej stronie, zmobilizowały ich do przyjazdu rok później i wytyczenia najpopularniejszej obecnie drogi na ścianie – Eternal Flame.

W założeniu droga miała być czysto klasyczna, okazało się jednak, że kilka spośród wyciągów jest tak trudnych, iż nawet sam Güllich nie był w stanie pokonać ich w tym stylu. I pomimo wielu prób najlepszych obecnie skalnych wspinaczy świata, Eternal Flame po dziś dzień nie doczekała się przejścia w pełni klasycznego. Prawie wszystkie wyciągi zostały co prawda uklasycznione, jednakże nikomu nie udało się przejść ich za jednym zamachem. Co więcej, jeden z wyciągów (tzw. „drabina nitowa”) wciąż nie doczekał się przejścia w pełni klasycznego.

Obecnie na Nameless Trango są zaledwie dwie czysto klasyczne drogi – Słoweńska oraz wariant do drogi Kurtyki i Loretana – Cowboy Direct z roku 1995, drogi, wokół której narosło wiele kontrowersji. Jej główny współtwórca, Todd Skinner wraz z partnerami nie tylko spędził na niej kilka ładnych tygodni, ale co więcej zniszczył częściowo charakter drogi polsko-szwajcarskiej, wiercąc na wspólnych odcinkach spity tuż obok dobrych rys, którymi ona biegnie...

O kilku spośród pozostałych linii można powiedzieć że są „prawie” klasyczne – wspomniana wcześniej Eternal Flame oraz droga Pioli na ścianie południowo zachodniej (za sprawą przejścia młodych Szwajcarów w roku 2006).

W latach 90. padł kolejny ze szczytów w okolicy – Shipton Spire. Pomimo kilku zaawansowanych prób amerykańskich zakończonych wycofem (jedna z nich na 10 metrów poniżej wierzchołka), szczyt został zdobyty dopiero w roku 1997 za sprawą Jareda Odgena i Marka Synnota. Dzisiaj mamy do wyboru blisko 10 dróg i wariantów na Shiptonie (część z nich bez wejścia na sam wierzchołek), ale zaledwie jedna z nich jest linią w pełni klasyczną (Women and Chalk autorstwa Mario „Bubu” Bole).

Rok 1999 przyniósł pewnego rodzaju epitafium stylu bigwallowego (ławy, haki, wiercenie, poręczowanie, tygodnie spędzone w ścianie...) w postaci nowych dróg na największej skalnej ścianie świata – południowej zerwie Great Trango Tower. Były to w tym czasie największe drogi bigwallowe. W wyścigu o pierwsze jej przejście wzięły udział zespoły z krajów będących wcześniej po przeciwnej stronie żelaznej kurtyny, co dodało nieco pikanterii wspinaczce: Amerykanie oraz Rosjanie. Pierwsi na szczycie stanęli Amerykanie...

Dwudziesty pierwszy wiek przynosi radykalną zmianę w podejściu do alpinizmu. Dotyka to także Karakorum. O ile wcześniej przejścia w tzw. stylu alpejskim zdarzały się znowuż nie tak często (absolutnym pierwowzorem w powszechnym mniemaniu wśród alpinistów na zachodzie – wyprzedzającym epokę co najmniej o dekadę – jest oczywiście
Wojtek Kurtyka), to od roku 2000 drogi w rejonie Trango powstają praktycznie wyłącznie w tym stylu. Nowe linie na Shiptonie, Hainabraaku; pierwsze wejścia na Cat’s Ears Spire, The Flame, Trango Monk, Little Trango czy szereg pomniejszych turni w bliższej odległości od BC powstają właśnie w ten sposób.Oczywiście dwie z nich wybijają się zdecydowanie ponad inne. Azeem Ridge (2004, autorstwa Kelly Cordesa i Josha Whartona) i Assalam Alaikum (2005) – obie biegnące południowo wschodnimi filarami Great Trango – pokazują, że wszystko stało się możliwe. Obydwie drogi powstają w stylu najczystszym z możliwych, w ciągu zaledwie kilku dni, bez najmniejszego poręczowania i z użyciem minimalnego zestawu sprzętu, jedzenia i wody. Obydwie wspinaczki swoją długością przerastają wszystko, co do tej pory powstało w dziedzinie dróg skalnych na tej wysokości i o takich trudnościach. To drugie przejście, autorstwa Dodo Kopolda i Gabo Čmarika stanowi też najlepszy przykład na to, że życie może być darowane nie tylko po raz drugi czy trzeci i to w czasie jednej wspinaczki.

Zespół wszedł w ścianę z żywnością na 4 dni, by po pokonaniu 90 (!!!) wyciągów i po ośmiu dniach wspinaczki w permanentnym załamaniu pogody stanąć na szczycie. Jakby tego było mało, konieczne były zjazdy, gdyż zejście drogą normalną ze względu na zagrożenie lawinowe nie wchodziło w grę. Skrajne wyczerpanie, zjazdy nieznaną południową ścianą (tak, tak..., tam gdzie biegną drogi amerykańska i rosyjska...), porwania przez lawinę, tworzą epopeję, którą streścić można by chyba tylko jednym stwierdzeniem: podczas tej wspinaczki przekroczona została nie tylko granica zdrowego rozsądku...

Od roku 2000 powstała ponad połowa spośród wszystkich dróg w rejonie Trango Glacier. Większość szczytów została zdobyta po raz pierwszy w ciągu ostatnich 6 lat (w czym swój udział mają także i Polacy), co nie zmienia faktu, że cały czas mamy do czynienia z ogromnym potencjałem eksploracyjnym, a dziesiątki ścian i wybitnych formacji wciąż czekają na swoich zdobywców. Znajdzie się także kilka znaczących dziewiczych wierzchołków...

Na rok 2007 planowane są co najmniej dwie polskie wyprawy w ten rejon. Miejmy nadzieję, że przyczynią się one znacząco w zapełnianiu białych plam. Poza tym Trango Nameless Tower cały czas nie ma polskiego klasycznego wejścia...

Jakub Radziejowski



Artykuł pochodzi z GÓR, nr 12-1 (151-152) grudzień 2006/styczeń 2007





Goryonline
 
2018-11-07
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”. Góry, wolność i niepodległość

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-19
HYDEPARK
 

Film „No Trace Tatra” na jesiennych festiwalach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-16
HYDEPARK
 

Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com