facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-09-20
 

"Komin Pokutników", wyd. Iskry

Po ponad 40 latach od pierwszego wydania, wydawnictwo "Iskry" przypomina czytelnikom "Komin pokutników" Jana Długosza.


Po ponad 40 latach od pierwszego wydania, wydawnictwo "Iskry" przypomina czytelnikom "Komin pokutników" Jana Długosza. Najnowsze, pełne wydanie, poszerzone zostało o komentarz historyczny oraz wiele niepublikowanych dotąd zdjęć.

"Komin Pokutników", wyd. Iskry
autor: Jan Długosz
posłowie: Ewa Dereń
wydawca: Iskry
miejsce wydania: Warszawa
nr wydania: III pełne
liczba stron: 356
kategoria: literatura piękna
format: 165 x 235 mm
oprawa: twarda z obwolutą
cena: 39,90 zł

Książka najwybitniejszego polskiego taternika lat 50. i 60., przez blisko pół wieku uchodząca za kultową. Jan Długosz, ginąc w 33. roku życia na grani Zadniego Kościelca, pozostawił po sobie legendę oraz trzynaście opowiadań, których akcja rozrzucona jest pomiędzy Tatrami, Alpami i Kaukazem. Wydane po raz pierwszy przez Iskry w 1964 roku w zbiorze Komin Pokutników do dziś wygrywają czytelnicze plebiscyty na bestseller górski wszech czasów.

Komin Pokutników to książka szczególna; to dobra górska literatura, ale też niemal reporterski zapis wspinaczek o znaczeniu przełomowym dla historii taternictwa. Można ją czytać jako literacką opowieść o przygodzie, z wartką akcją i ujmującym dowcipem, bądź jako źródło faktograficzne – w tym pomaga komentarz historyczny dodany do obecnego wydania, stanowiący klucz do rozszyfrowania bohaterów oraz dokonanych przez nich przejść.
Tekstowi towarzyszy blisko setka unikalnych zdjęć, przeważnie dotąd niepublikowanych.

Spis treści

Od redaktora

Lawina
Direttissima
Piosenka Brassensa
Ściana lęku
Biwak na Wielkim Wozie
Kto woła pomocy
Słońce nad Ułłu-Tau-Czana
Komin Pokutników
Śladami Gornej Indyjki
Twarz Szchary
Wielki Mnich
Czarny motyl
„Świecznik” Filara Frêney

Komentarz historyczny
Wykaz postaci
Nota edytorska
Jan Długosz i jego tatrzańska epoka

Fragment

Dochodzi południe, z kominów nade mną sypią się mniejsze lub większe odłamki lodu i śnieżne bryłki. Wreszcie hak – francuska „łyżeczka” – wbity na centymetr jako chwyt. Podnoszę nogę, ale spiesznie stawiam ją z powrotem. Boję się: tak trudno o decyzję...
I wtedy, hen z dołu, dolatuje dalekie wołanie Zdziska, który już ponad dwie godziny stoi sobie spokojnie na dawnej platformie biwakowej:
– Heej, ojcowie! Jak leci?
– Doobrze! Janek kończy przewieszkę!
Ta podsłuchana rozmowa dodaje mi otuchy. Do diabła, ostatecznie to tylko dwa metry! Nie takie rzeczy się robiło...
W kilka sekund później raki zagłębiają się w twardy śnieg.

Kociołek ucieka stromo do zbiegu dwóch skośnych kominów. Jego lewa ścianka jest prosta, prawa lekko wgłębiona. „Tam założę stanowisko – myślę – w razie lawiny śnieg przyciśnie mnie do ściany”. Niestety, znów nie ma szczelin na haki. „Trzeba wykopać jamę” – postanawiam.
– Ściągajcie Zdziska! – wołam.
Wkopuję się powoli; im głębiej, tym śnieg staje się coraz miększy. Wryłem się po pas, a potem prawie po barki. „No, będzie chyba dość” – myślę.
– Gotowe! Maciek może iś...
W ułamku sekundy następuje coś strasznego: rozpędzona, zbliżająca się lokomotywa, eksplozje bomb, jękliwy łomot walonego wichurą drzewa, warkot odrzutowca – wszystko prędzej niż myśl. Odruchowo kulę się w jamie i uderza mnie fala śniegu. Jestem już w samym sercu huku, rozpłaszczony, przybity do ściany; tony białego ciężaru zrywają mi czapkę z głowy, prą niepowstrzymanie w dół, mokry śnieg zasypuje mnie coraz wyżej, cementuje na stanowisku. „To dobrze – przemyka mi przez myśl – może mnie nie wyrwie”. Huk trwa, pociągi śniegu przelatują dalej nad głową. Jest ciemno, nie wiem, co z pozostałymi, i ciągle czekam na straszną, wyszarpującą mnie siłę. Ale jeszcze stoję, czekan ani drgnie. Czuję się jak we wnętrzu apokaliptycznego potwora: to nie martwy śnieg, to ogromna, wściekła bestia!
Rzeka śniegu zaczyna topnieć. Hurkot milknie, nacisk maleje. Schodzą resztki lżejszego pyłu. Ze śniegu wystaje mi tylko głowa i lewa ręka, reszta zabetonowana tak, że trudno drgnąć. Szarpię się trochę i uwalniam drugą rękę. Przy ścianie wystaje rąbek zagrzebanej czapki. Wyjmuję ją, otrzepuję starannie i naciągam głęboko na uszy. Dopiero teraz jestem zdolny do normalnego myślenia. Dlaczego oni milczą?
– Heej! – wołam; mój głos dźwięczy dziwnie.
– Janek! Żyjesz? – dolatuje z dołu wątły chórek o nieco żałosnym brzmieniu.
– Jak tam? – pytam.
– Poszło górą. Co robimy?
– Nie wiem... Muszę się odkopać.
Trwa to długo. W końcu jama wraca do pierwotnych wymiarów. Mamy szczęście, to fakt. Lawina dwadzieścia minut wcześniej lub stanowisko w jakimkolwiek innym miejscu, a zginęlibyśmy bez ratunku. To był mokry, ciężki śnieg, o kolosalnej sile uderzenia. Z pól podszczytowych? Jestem prawie pewien, że nie. A więc grozi nam tylko prawy, umieszczony wprost nad głową komin. Uderzenie będzie jeszcze silniejsze. Jest źle, zjazdy w obliczu tej groźby to szaleństwo. Najlepiej byłoby przeczekać do wieczora i dopiero wcześnie rano iść dalej. Ale biwak tu, w zasypywanym lawinami żlebie, bez sprzętu i każdy osobno...


Więcej:


2008-09-20

(kg)
 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com