facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-03-25
 

Khumbu Himal Trekking - W stronę Mount Everestu

Na horyzoncie co chwilę pojawiają się ośnieżone szczyty. Z łatwością rozpoznaję Annapurnę, Manaslu oraz Dhaulagiri... Tyle o tych górach czytałem jako dziecko i zawsze marzyłem, aby je zobaczyć na własne oczy...


Wpatruję się w okno samolotu. Na horyzoncie co chwilę pojawiają się ośnieżone szczyty. Z łatwością rozpoznaję Annapurnę, Manaslu oraz Dhaulagiri... Tyle o tych górach czytałem jako dziecko i zawsze marzyłem, aby je zobaczyć na własne oczy. Teraz moje marzenia o Himalajach się spełniają.

Lecimy we dwójkę. Rząd dalej wpatrzony w szybę okienka Krzychu - towarzysz mojej podróży. Poznaliśmy się w Chamonix. Rok temu, w ostatnich dniach października byliśmy w Dolomitach. Pogoda była kiepska - siedząc w schronie przy herbacie z rumem snuliśmy plany o górach. A może tak za rok o tym czasie będziemy w Nepalu? - powiedziałem. Pomysł bardzo się spodobał.

I faktycznie. Dokładnie za rok siedzieliśmy w samolocie. Po długiej ciekawej podróży z międzylądowaniem w Delhi i kilkunastogodzinnym oczekiwaniu na połączenie jesteśmy w Kathmandu. Miasto trochę nas przeraziło. Wąskie uliczki pełne były trąbiących oraz jeżdżących w różne strony samochodów i motorów. W różne strony - należy rozumieć dosłownie, ponieważ nikt tutaj nie baczył na obowiązujące przepisy drogowe. Co chwilę dopadają nas naciągacze, oferując różne usługi oraz towary. Jesteśmy twardzi i nie dajemy się. Śpimy w turystycznej części miasta - na Thamelu. Spotykamy znajomych z lotniska i wspólną ekipą wyruszamy na podbój miejscowych knajpek.

Poznajemy też Sylwię, Polkę, która mieszka na stałe w Kathmandu wraz ze swoim nepalskim chłopakiem. Drugba - tak ma imię, jest właścicielem agencji trekkingowej. Wspólnie oprowadzają nas po mieście, po buddyjskich świątyniach i po miejscach, o których turyści nie wiedzą. Kathmandu ma swój urok i czar.

Po trzech dniach spędzonych w stolicy Nepalu, obładowani ciężkimi plecakami udajemy się na lotnisko. Przed nami lot do Lukli - wioski leżącej w sercu Himalajów. W końcu przyszedł czas na realizację naszego górskiego planu. Jako że nasz start opóźniał się z godziny na godzinę, w sali odpraw zaczęło robić się tłoczno. Obserwujemy ludzi. Naszą uwagę zwróciła trójka osób. Trochę niewyraźnie wyglądała dwójka z nich. Chyba zabalowali wczoraj za bardzo. Trzeci kolega co chwilę donosił do nich orzeźwiające napoje. Okazało się, że to koledzy z Krakowa. Mają podobny plan do naszego... Kilkakrotnie nasze szlaki się spotykały. W sumie bardzo fajne Krakusy.


Lądowanie w Lukli na długo zostaje w pamięci (fot. Marek Bytom)


W końcu lecimy... Samolot typu awionetka, dwudziestoosobowy. Kabina pilota niczym nie oddzielona od pasażerskiej, więc było widać co pilot kombinuje. Od stewardesy dostajemy poczęstunek: po cukierku i watę do uszu. Lecimy ponad chmurami, co chwilę pojawiają się widoki na góry. Niby fajnie, tylko gdzie jest lotnisko między tymi szczytami? Okazało się, że pilot zna jego położenie na pamięć, bo w pewnym momencie wlatujemy w chmury. Wpadamy w turbulencje. Wszyscy pasażerowie przerażeni. Lecimy miedzy dwiema górami, a przed nami trzecia, na której zboczu jest ok. trzysta metrów pasa do lądowania. Lądujemy, tradycyjne oklaski i jesteśmy na miejscu.

Niewątpliwie lot dostarcza wielu mocnych wrażeń. Jesteśmy w Lukli. Wysokość 2840 m. Wszędzie pełno wojska. Lotnisko otoczone jest zasiekami i stanowiskami strzelniczymi. Sytuacja jest trochę niestabilna - w górach podobno grasują maoiści. No ale nic na to nie możemy poradzić, więc wyruszamy na podbój Himalajów!

Opis naszego trekkingu

Dzień 1 - Lukla (2840 m) - Nurning (2492 m)

Zaraz po ekscytującym locie udaliśmy się na szlak naszego tekkingu. Czterogodzinny spacerek, trochę pod górę i trochę w dół. Jeszcze bez widoków na jakieś znane, wysokie szczyty. Ale za to z ciekawym noclegiem. Spaliśmy w lodży - coś jak nasze schronisko, tyle że w pokoju, gdzie spaliśmy właściciele urządzili mały ołtarzyk buddyjski. I choć było kilka innych wolnych pokoi, gospodarze dali nam właśnie ten. Śmialiśmy się, że może chcą nas złożyć w ofierze. Gdy odpoczywaliśmy przy herbacie, spotkaliśmy znajomych kolegów z Krakowa niespiesznie wchodzących w górę. Widać, że nocne balowanie w Kathmandu dało się im we znaki.

Dzień 2 - Nurning (2492 m) - Namche Bazar (3440 m)

Wstaliśmy wcześnie. Trasa szybo stała się ciekawa i widokowa, widzieliśmy pierwsze sześciotysięczniki. Niektórzy Szerpowie śmieją się z nas, wszystko przez nasze wielkie plecaki. Większość trekkersów spaceruje sobie bez plecaków, a wszystkie graty noszą im właśnie Szerpowie. Wieczorem dotarliśmy wykończeni do Namche Bazar. Jest to centrum administracyjne całego regionu. W celu aklimatyzacji w Namche zostaniemy tam cały dzień.

Dzień 3 - Namche Bazar (3440 m)

Dzień aklimatyzacji. Miało być czyste lenistwo, a skończyło się na zdobyciu punktu widokowego. Po raz pierwszy ukazały się nam Mount Everest, Lhotse i najpiękniejsza moim zdaniem góra Nepalu - Ama Dablam. W schronisku przepakowaliśmy się i zostawiliśmy depozyt. Już z Katmandu mieliśmy zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ale jakoś się nie udało. Wreszcie ostatecznie plecaki ważą po 20 kg.


Widok na Taweche, Lhotse, Mount Everest i Ama Dablam (fot. Marek Bytom)



Dzień 4 - Namche Bazar ( 3440 m ) - Phortse Tenga (3680 m)

Zapowiadał się ciężki i długi dzień. W planie mieliśmy przełęcz o wysokości ponad 4000 m. Po drodze odwiedziliśmy osadę Khumjung. A na przełęczy Mong (4050 m) spotykaliśmy znajomych z Krakowa i wypiliśmy z nimi po litrze herbaty. Jak już z mozołem wdrapaliśmy się na przełęcz, to musieliśmy z niej zejść. Po 7 godzinach dzisiejszej trasy znaleźliśmy się w schronisku w Phortse.

Dzień 5 - Phortse Tenga (3680 m) - Dole (4200 m)

Teraz już tylko pod górę. Szczęśliwie zrzuciliśmy trochę balastu w Namche Bazar, bo byłoby ciężko. Spaliśmy w tej samej lodży, co nasi zaprzyjaźnieni Krakusi. Wieczorkiem standardowy litr herbaty, a może nawet dwa. A rano... szron na szybach! W nocy było kilka stopni poniżej zera. W osadzie zostaliśmy kolejny cały dzień. Wiadomo - aklimatyzacja.


Południowa ściana Lhotse i dymiąca piramida Mount Everestu (fot. Marek Bytom)



Dzień 6 - Dole (4200 m)

Dzień aklimatyzacji. Weszliśmy sobie na pobliski szczycik, ok. 4 800 m. Widoki były rewelacyjne, ośmiotysięczniki Cho Oyu, Makalu oraz niezliczone szczyty sześcio- i siedmiotysięczne.

Dzień 7 - Dole (4200 m) - Machhermo (4410 m)

Tylko cztery godziny marszu pod górę. Byliśmy sami w lodzy i pozwoliliśmy sobie na chwilę kulinarnego szaleństwa. W drodze wyjątku zrobiliśmy sobie polskie gorące kubki i kisiele, a tak cały czas jedliśmy ryż i ziemniaki wszelako przyrządzane. A na deser... po dużym kawałku polskiej suszonej kiełbasy. Hmmm.

Dzień 8 - Machhermo (4410 m) - Gokyo (4790 m)

Trasa pięciogodzinna. Widoki cudowne. Nad całą osadą górowała potężna sylwetka Cho Oyu. Naprawdę piękny szczyt. Może kiedyś... Znowu spotkaliśmy znajomych z Krakowa i znów wypiliśmy już tradycyjną herbatkę.


Cho Oyu 8201 m - po lewej widokowy szczyt Gokyo Ri (fot. Marek Bytom)



Dzień 9 - Gokyo (4790 m) - Gkyo Ri (5360 m)

Rankiem wybraliśmy się całą grupą na mały spacerek, aby zobaczyć wszystkie pobliskie jeziora. Samotnie dotarłem, a raczej dobiegłem, do jednego z ostatnich. Jak na tę wysokość, czułem się bardzo dobrze. Moim oczom ukazała się sylwetka Mount Everestu oraz Lhotse. Przepięknie. Szybko wróciliśmy do schroniska, obiadek i litr herbaty. Późnym wieczorem weszliśmy jeszcze na pobliski szczyt widokowy Gokyo Ri. Moim zdaniem to najpiękniejszy punkt widokowy świata. Jak na dłoni - Mount Everest, Lhotse, Cho Oyu, Makalu, niezliczone sześcio i siedmiotysięczniki. Na szczycie poczekaliśmy na zachód słońca. W blasku zachodzącego słońca himalajskie szczyty mieniły się wszelaką barwą, było cudownie i bajecznie.



Dzień 10 - Gokyo (4790 m) - Dzonglha (4830 m)

To najtrudniejszy dzień podczas całego wyjazdu. Najpierw kluczenie po lodowcu, który wygląda jak wielkie żwirowisko. Potem mozolne zdobywanie przełęczy Cho La (5330 m ), czterysta metrów ostrego podejścia po zalodzonych i osuwających się kamieniach. Prawie o zmroku, wykończeni dotarliśmy do lodzy. Miejscowi przyznali, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty, przechodząc tą trasę w jeden dzień.
Po jedzeniu i wypiciu herbaty leżąc w śpiworkach, wspominaliśmy znajomych z Krakowa, którzy mieli podobny plan jak my, ale jeszcze nie dotarli. Pewnie musieli zmienić zamiary - pomyśleliśmy. Już prawie zasypialiśmy, a tu w drzwiach pojawiła się żółta zjawa - jeden z Krakusów!!! Mirek zszedł z przełęczy po ciemku! Jak on to zrobił, że na lodowcu przy zejściu znalazł drogę, nie wpadł do szczeliny lub się nie poślizgnął? Tego on sam nie wiedział. Miejscowi śmiali się, że yeti przyszedł. Pozostała dwójka jego kompanów rozbiła namiot gdzieś po drodze i następnego dnia dołączyli do nas.



Dzień 11 - Dzonglha (4830 m) - Labuche (4910 m)

Niby miał być łatwy dzień, bo prawie bez podejść, ale w połowie drogi opadliśmy z sił. Podobno każdy w górach ma zawsze jeden dzień kryzysu. Dzielnie dotarliśmy do następnej wioski. Spaliśmy w lodzy, a raczej w wielkiej prowizorce. Strop był zrobiony ze sklejki i był totalnie krzywy. Jak się po nim chodziło, cały drżał. Wszędzie były poprzybijane worki foliowe. Spartańskie warunki, a Labuche to bardzo zimne miejsce. Temperatura w nocy spadła grubo poniżej zera.

Dzień 12 - Labuche (4910 m) - Gorak Shep (5140 m) - Kala Patthar (5550 m)

Odzyskaliśmy siły. Z Krzychem dotarliśmy do Gorak Shep, osady ze skupiskiem paru hotelików. Samotnie zrealizowałem dalszą cześć planu - odwiedziłem pustą o tej porze roku bazę główną u stop najwyższej góry świata.
Wszedłem też na pobliski szczyt widokowy Kalla Patthar. A widoki przepiękne, na całą kopułę szczytową Everestu, Nupste... Choć i tak nic nie przebije widoku z Gokyo. Wieczorem wróciłem samotnie do Labuche.


Karawana jaków (fot. Marek Bytom)



Dzień 13 - Labuche (4910 m) - Dingboche (4410 m)

Powoli zaczęliśmy schodzić w dół. Po pięciu godzinach wędrówki dotarliśmy do osady Dingboche. Spaliśmy w bardzo komfortowej lodzy Po południu wdrapałem się na pobliski skalny szczyt Nangkar Tsang. Jak się okazało ponad pięciotysięczny. Wspaniale widoki na Makalu i Ama Dablam.

Dzień 14 - Dingboche (4410 m) - Namche Bazar (3440 m)

Teraz to już zdecydowanie schodzimy w dół, ale trasa była w sumie bardzo długa. Byliśmy wykończeni. Przy dojściu do Namche Bazar obeszliśmy górę i pokonaliśmy mnóstwo zakrętów, przed każdym mając nadzieję, że już jesteśmy na miejscu. Po zmroku dotarliśmy do lodzy. Jedenaście godzin trasy dało nam w kość.


Wszechwidzące oczy Buddy... w oddali południowa ściana Lhotse 8501 m (fot. Marek Bytom)



Dzień 15 - Namche Bazar (3440 m) - Lukla (2800 m)

Ostatni dzień trekkingu, jednak nie jest tylko w dół, jakby się mogło logicznie wydawać. Były również podejścia. Przed samą Luklą około trzysta metrów, co po dwóch tygodniach trekkingu strasznie męczy. Zarezerwowaliśmy miejsca na poranny lot do Katmandu wypiliśmy po upragnionym Evereście - tutejsze piwo, nawet dobre. W sumie chyba każde piwo po takiej trasie byłoby dobre. Wieczorem chcemy jeszcze wyskoczyć na "miasto", ale po zmroku okazało się, że jest godzina policyjna i żołnierze zawrócili nas do hotelu.


Klasztor w Tengboche (fot. Marek Bytom)



Dzień 16 Lukla (2800 m) - Lot do Katmandu

Tym razem obyło się już bez emocji, choć i tak lot zrobił należyte wrażenie.

W Nepalu zostaliśmy jeszcze parę dni. Odpoczywaliśmy po trudach trekkingu, wybraliśmy się do Pokhary. Miasteczko bardzo nam się spodobało. Zielono, pachnąco i spokojnie. Bardzo odmienne od Kathmandu. Spotkaliśmy tutaj znajomych z samolotu. Było zabawnie i bardzo relaksująco. Ostatnie dni spędziliśmy na zwiedzaniu okolicznych miast - Patan oraz Bhaktapur. Pożegnaliśmy się z Krakusami z nadzieją, że kiedyś uda nam się gdzieś na jakąś wspólną wyprawę pojechać. A następnego dnia rozpoczęliśmy nową przygodę – Indie, ale to już całkiem inna historia.

Nepal - informacje praktyczne z własnych obserwacji

1. Przygotowanie przed wyjazdem


Dla kogo trekking?... Dla każdego, kto chodzi trochę po górach, najlepiej po Tatrach. Szlak nie przedstawia trudności technicznych, jedynie pewne drobne problemy mogą się pojawić podczas pokonywania przęłeczy Cho La w przypadku jej zalodzenia lub zaśnieżenia.
Ze sprzętu wystarczą kije teleskopowe. Z ubrań należy być przygotowanym na zmiany pogodowe oraz na cztery pory roku. Powyżej 4000 metrów noce są zimne, więc dobry śpiwór należy posiadać. Buty - dobre trekkingowe. Nic tak nie może nam zepsuć wyjazdu jak niewygodne buty i zimny śpiworek... Namiot - zbyteczny, w każdej wiosce znajdziemy miejsce do spania. Główna zasada - spakować się tak, aby w plecaku były rzeczy tylko najbardziej potrzebne. Każdy gram podczas dwutygodniowej wędrówki dostatecznie da nam w kość.

2. Transport, granica

Wybór opcji połączenia zależy głównie od czasu trwania naszej wyprawy. Dysponując paroma dodatkowymi dniami warto skorzystać z następującej kombinacji. Kupić bilet na połączenie lotnicze Polska - Delhi - Polska, oraz jednostronny bilet lotniczy Delhi - Kathmandu.
Drogę powrotną z Nepalu do Indii pokonać lądem. Podróż nie powinna zająć dłużej niż dwa - trzy dni. Myśmy skorzystali z linii rosyjskich Aeroflot. Bilet na trasie Warszawa - Delhi - Warszawa kosztował nas 1700 zł za osobę (była to cena promocyjna). Natomiast za lot z Delhi do stolicy Nepalu zapłaciliśmy po 480 zł. Na lotnisku w Kathmandu wypełniamy wniosek, dołączamy dwie fotografie, płacimy po 30 dolarów i z ważną wizą na 60 dni możemy zdobywać himalajskie szlaki. Po wyjściu z terminalu dopadnie nas tłum taksówkarzy. Za jazdę do centrum nie dajcie więcej jak 150 rupii.

3. Kathmandu

Z lotniska udajemy się do turystycznej części miasta - do dzielnicy Thamel. Jest tutaj dużo hoteli o różnym standardzie. Za pokój dwuosobowy nie powinniśmy zapłacić więcej jak 100 - 150 rupii. O każdą cenę należy się targować. Na Thamelu jest wiele knajpek z dobrym jedzeniem, piwem, sklepów. Praktycznie można kupić wszystko. Nie kupujcie map w Polsce - w Katmandu jest bardzo szeroki wybór. W stolicy Nepalu warto zatrzymać się na dłużej. Obowiązkowo należy odwiedzić:
- Durbar Sguare - centralny plac miasta, na którym zgrupowana jest większość zabytków
- Swayambunath - zespół świątyń i stup położony na szczycie wzgórza
- Pashupatinath - hinduistyczna świątynia, kremacja zwłok
- Bodhnath - największa w Nepalu stupa buddyjska
Polecam też odwiedzenie sąsiadujących miasteczek - Patan oraz Bhaktapur. 

4. Trekking

Z Kathmandu najlepiej samolotem dostać się do wioski Lukla. Inny wariant trasy - busem do wioski Jiri, potem przez 7- 8 dni marszu do Namche Bazar. Wybraliśmy pierwszą wersję. Za lot linią Sita Air na trasie Kathmandu - Lukla - Kathmandu zaplaciliśmy po 180 USD. Fajną rzeczą jest to, że rejs powrotny jest otwarty. Znaczy to, że nie ma konkretnej daty powrotu z Lukli. Po zakończeniu trekkingu wpisujemy się na listę i pierwszym dostępnym lotem wracamy do Kathmandu. Możemy też telefonicznie z Namche Bazar zabukować sobie miejsce w samolocie. Przed wejściem do parku należy wykupić bilet wstępu - wpisać się do książki wejścia. Raczej nie da się obejść gdzieś bokiem. W drodze powrotnej należy się wypisać z owej książki. Bilet w cenie ok. 15 USD kupujemy na miejscu, u bram parku. Podczas trekkingu warto zatrzymać się w Namche Bazar jeden dzień w celu poprawienia aklimatyzacji. Podobny manewr należy wykonać w wyżej położonych wioskach. Cała trasa jest dobrze przygotowana - do wyboru mamy dosyć obszerną bazę noclegową jak i gastronomiczną. Za łóżko w lodzach zapłacimy średnio po ok. 100 rupii. Za ciepły posiłek - głównie ryż z warzywami i przyrządzany na wiele sposobów - zapłacimy ok. 150 rupii. Warto zabrać trochę kalorycznej żywności z kraju... Nie ma nic lepszego w górach jak kawałek polskiej kiełbasy czy boczku... Podczas treku należy pić bardzo dużo płynów... Sumując, kwota 10 - 12 USD na dzień jest wystarczająca.
W górach należy posiadać nepalską walutę, dolary są przyjmowane niechętnie. Życzę powodzenia.

Marek Bytom

Więcej o wyprawie na stronie: www.marek.bytom.pl .



Źródło: www.turnia.pl

2008-03-25

(kg)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com