facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
 
 
2012-02-26
 

Jak chodzi o lawiny, to nie ma mądrych

Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe działa już 100 lat. Co jest najważniejsze dla nestorów ratownictwa? - Że jednak trochę ludzi uratowaliśmy. I że się udało przez to wszystko żywym przejść. Rozmowa Bartka Dobrocha z Janem Krupskim i Józefem Uznańskim.
Bartek Dobroch: 11 grudnia 1909 r. powołano władze Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i członków pierwszej drużyny ratowniczej. Pamiętają panowie tych ludzi?

Józef Uznański: Myśmy się wtedy jeszcze nie urodzili!

Jan Krupski: Ale ludzi pamiętamy.

J.U.: Ratownictwo tatrzańskie wywodzi się z przewodnictwa. Pierwszymi ratownikami byli przewodnicy i taternicy: Stanisław Gąsienica Byrcyn, Stanisław Zdyb, który uczył w szkole zawodowej, a ja chodziłem do przemysłu drzewnego.

J.K.: Bednarski i Lesiecki, którzy pokonali potem południową ścianę Zamarłej Turni. W sumie było ich jedenastu. Pierwszym naczelnikiem został Mariusz Zaruski. Gdy pojechał na I wojnę światową, zastąpił go Józef Oppenheim i kierował TOPR-em do 1939 r.

J.U.: Ja jeszcze pamiętam Oppenheima. Bo brat mojej mamy, Wojciech Gąsienica-Juhas, był już wtedy przewodnikiem i ratownikiem. A za okupacji naczelnikiem był Zbigniew Korosadowicz. Wspinałem się też z nim. W drugiej połowie lat 50. złożyłem podanie na staż kandydacki do pogotowia, zostałem ratownikiem ochotnikiem. Byrcyn, Stanisław Gąsienica z Lasa, Jasiek Gąsienica Tomków - starszyzna, ludzie, którzy byli wtedy przykładem - egzaminowali mnie i zadecydowali o przyjęciu na zawodowego ratownika.

J.K.: Ja z ratownictwem zetknąłem się w 1942 r. Z Józkiem Świerkiem wspinaliśmy się granią Niebieskiej Turni. Ale haków jeszcze nie biliśmy.

J.U.: Oj, nie!

J.K.: Uważaliśmy, że jak zginiemy, to razem. Ja byłem już w połowie tej grani, a on jeszcze na dole, na Niebieskiej Przełęczy. Ktoś woła na nas ze ścieżki ze Świnicy: "Chłopcy, chłopcy!". Ja się pytam, o co chodzi. A on mówi: "Jestem Korosadowicz z pogotowia górskiego. A co wy tam robicie? Czemu haków nie bijecie?". "Bo nie mamy". Mieliśmy po 17 lat i dopiero się uczyliśmy wspinać sami. Mieliśmy tylko taką kiepską linę. A on mówi do nas: "To kupcie sobie czarne krawaty". "A po co?" "Żebyście dobrze w trumnach wyglądali". Oburzyliśmy się, ale na tej grani parę wypadków śmiertelnych było. Między innymi zginął Ludwik Chałubiński, syn Tytusa. I Korosadowicz mówi: "To przyjdźcie w poniedziałek do pogotowia". Mieściło się wtedy na Krupówkach, w budynku dawnego Dworca Tatrzańskiego. Przyszliśmy, dostaliśmy haki i linę z manili jeszcze z zapasów Oppenheima. No i parę razy byliśmy z Korosadowiczem wspinać się na Wierch pod Fajki, Zmarzłą Przełęcz. Tłumaczył nam, że trzeba chodzić po górach, a nie latać: "Bo wam, młodym, w głowach tylko latanie".

J.U.:
Ale sam chodził tak szybko na podejściach pod ścianę, że trudno było dotrzymać mu kroku. Chociaż już wtedy nie był młodzieńcem. I zawsze z fajką w zębach.

J.K.: Był doskonały. Ale górale go nienawidzili. To już byli starsi ratownicy. Mówili: "Co to mo, panie, wiater w rzyci?". Turystka złamała nogę na Granatach, to jak wyszliśmy z Hali Gąsienicowej, byliśmy na szczycie, gdy oni dopiero stali przy Czarnym Stawie. I przeklinali: "My nie chodzimy w góry na zabicie, ino na ratowanie".

Kiedy pan złożył przysięgę ratowniczą?

J.K.: Najpierw u Korosadowicza, jeszcze w czasie wojny. Bo mówili: "Syćka majom przysięgę po Oppenheimie, a ty tyz musis mieć jakoś przysięgę". Ale to nie była taka przysięga jak u Zaruskiego. Tę prawdziwą składałem u Witolda Henryka Paryskiego, który był przez rok naczelnikiem, po tym jak zabito Oppenheima.

J.U.: Egzaminator. Zdawałem u niego egzamin przewodnicki.

A jak wyglądały egzaminy na ratownika?

J.K.: Wiedzieli, że się wspinaliśmy za okupacji. Pytali z topografii.

J.U.: A dobrze ją znali, bo to byli polowace wcześniej.

J.K.: Szczególnie region Tatr Wysokich i słowacką stronę. Bo Słowacy utworzyli Horską Służbę dopiero w 1950 r. Do tego czasu wszystkie akcje po ich stronie obsługiwał TOPR.

Niektórzy mówili, że będący okupacyjną kontynuacją TOPR-u Tatra Bergwacht głównie Niemców ratował.

J.K.: Ależ skąd! Nasi w góry chodzili. Zakopane było terenem zamkniętym. Trzeba było mieć specjalny Bezugschein z Krakowa - zaświadczenie o tym, po co się do Zakopanego przyjeżdża. Ale wysiadali w Białym Dunajcu, w Poroninie i szli. Właściwie Tatry były taką oazą spokoju. Dwa razy tylko gestapo szukało po schroniskach uciekinierów.

Niektórzy toprowcy byli w czasie wojny kurierami, chociażby słynny Józef Krzeptowski.

J.U.: Kurierzy to byli ci, którzy byli zarejestrowani, ale wielu przewodników i ratowników przeprowadzało ludzi, chociaż się nie rejestrowało. Ale robili kawał właściwej roboty.

A byli panowie w Zakopanem podczas słynnej akcji na Zwierówce w lutym 1945 r., kiedy to ratownicy TOPR-u poszli na kontrolowaną jeszcze przez hitlerowców słowacką stronę, by uratować rannych partyzantów radzieckich?

J.K.: Ja byłem, ale zachorowałem na grypę. Korosadowicz był u mnie w domu, ale tylko rękę mi na głowie położył: "O, ty nie pójdziesz nigdzie, bo jeszcze kłopot z tobą będziemy mieli". Ja miałem ochotę iść, ale nie mogłem się z nim o to bić.

J.U.
: Dobrze to poprowadził!

J.K.: Przeprowadził ratowników sto metrów od placówki niemieckiej na Zwierówce, gdzie mieli karabiny maszynowe i małe działka.

To prawda, że akcja odbyła się za sowieckim rozkazem?

J.K.: To były pierwsze dni po utworzeniu milicji i rozkaz poszedł z milicji. Chcieli się pochwalić. Nowy komendant miasta, Potiomkin, był u milicjantów. Przyszedł węgierski lekarz z prośbą o pomoc, bo w partyzanckim szpitalu pod Przednim Salatynem wszystko się skończyło. Zwykłą piłą amputował nogę jednemu z partyzantów, bo wdarła się gangrena. Poszło 12 ludzi. Jeden z nich, Marian Woyna-Orlewicz, rocznik 1913, jeszcze żyje. To był świetny biegacz przed wojną, miał doskonałą kondycję.

Korosadowicz budził po wojnie pewne kontrowersje.

J.K.: Posądzano go nawet, że napuścił i opłacił bandytów, którzy zabili Oppenheima.

J.U.: A nie miał nic wspólnego z tym. Moim zdaniem był bardzo porządnym i uczciwym człowiekiem. Pamiętajmy, że to była okupacja. Co by nie mówić, nie poszedł na współpracę. Kazali mu kierować Bergwachtem i zgodził się za pozwoleniem profesora Goetla, przedwojennego prezesa Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. A z zabójstwem Oppenheima sprawa nie została wyjaśniona. Ale wiem, że to nie był polityczny mord. Znałem ludzi, którzy to zrobili, wiem, co sobą przedstawiali.

Kto to był?

J.U.: Takie chłopaki, co w partyzantce niby byli, ale jakiej, gdzie? Ja ich w żadnej nie spotkałem. Niby u "Ognia", od którego uciekli. Chodzili tak, gdzie się dało coś ukraść, spodziewali się pewnie, że pieniądze będą. Oppenheim powiedział do jednego z nich: "Józek, co ty robisz, po coś tu przyszedł, przecież ja znam twojego ojca". A ten idiota zastrzelił go. Może bał się, że Oppenheim ich wsypie.

Jak pan zapamiętał Oppenheima?

J.U.: Jego, w przeciwieństwie do Korosadowicza, uwielbiali starzy górale. On był dla nich wszystkim, wiedział, jak z nimi rozmawiać, za każdą akcję płacił. Bo w tym okresie międzywojennym wszystkie akcje były płatne. A on potrafił zdobyć na to pieniądze, miał już wtedy jakichś sponsorów.

J.K.: Bo przed wojną nie było tak jak teraz, że państwo płaci. Dziś TOPR dostaje pieniądze z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. A przed wojną był przy Polskim Towarzystwie Tatrzańskim. A PTT nie było wtedy tak hojne. Oppenheim był Żydem i miał duże znajomości, zwłaszcza wśród bankierów łódzkich, przeważnie także Żydów. Tak się złożyło, że na przykład dużo Żydów było w Sekcji Narciarskiej PTT. Wspaniały Henryk Mückenbrunn był nawet mistrzem Polski w skokach narciarskich w latach 1924-25. Dla sportowców narodowości żydowskiej organizowano w Zakopanem zawody, Makkabiadę. Gdy Oppenheim słyszał, że wypadkowi uległ jakiś Żyd, mówił, że z tego coś będzie, jakiś zastrzyk dla TOPR-u. Potrafił to rozegrać. Miał świetną rękę do akcji ratowniczych i nie tylko. Sam organizował też wycieczki, szczególnie w zimie, na nartach.

Wtedy jeszcze większość akcji prowadzić trzeba było pieszo?

J.K.: Gdzie auto było, to się dojechało, a resztę na piechotę wszystko. Samochód pojawił się w TOPR-ze przed wojną. Był też motocykl Oppenheima, harley z przyczepką. Do noszenia zwykły bambus był - drąg, na którym w siatce podwiązywało się zwłoki lub rannego.

J.U.: I nikt nie wymyślił nic lepszego. Teraz są nosze francuskie na dwa ramiona. Próbowałem i dobrze mi się szło, jak byłem z przodu, ale jak zrobiliśmy zmianę...

J.K.: ...Toś tylko widział swoje pięty.

J.U.: Bambus zawsze można było przełożyć na prawe czy lewe ramię. W trudnym terenie wspinaczkowym, gdy znosiliśmy rannych, to lepiej było z bambusem. Jedno ramię było wolne. Można się było przepiąć, z boku szli ratownicy i asekurowali. A mieliśmy różnych pacjentów. Najcięższego nieśliśmy na bambusie z Koziej Dolinki, Niemca. Nie przeżył. Jak go zważyliśmy później bez niczego, to ważył 120 kg.

Dziś TOPR ma do dyspozycji terenowy samochód, skuter śnieżny i przede wszystkim helikopter. Ale wszystko jest dobrze, gdy pogoda jest lotna.

Do asekuracji we wspinaniu były liny sizalowe?

J.K.: Przez długi czas nawet w TOPR-ze tylko takie. Przed wojną używano lin konopnych. Była też manila - włoskie liny plecione z żyłą w środku, podobnie jak obecne liny nylonowe, ale one były bardzo elastyczne. Jak się zjeżdżało, to jak na gumie.

J.U.: Mieliśmy podobną linę, ale to już na początku lat 70. Wspinaliśmy się z Frankiem Spytkiem na Kancie Zamarłej Turni. Trzeba się było wycofać. Zrzuciliśmy linę. Brakowało długości, ale nie było wyjścia. Jak zjechałem, to chyba jeszcze z dziesięć metrów zapasu było. Tak się rozciągnęła.

Któreś akcje z czasów początku przygody z TOPR-em na zawsze zostały w pamięci?

J.K.: Raz w czasie wojny ktoś wołał z przełęczy Karb o pomoc: "Mnie proszę nie ratować, ale żonę ratujcie, bo spadła". Pobiegliśmy, patrzymy, a facet jest jak oskalpowany. Włosy mu klapią na pasku skóry. Dwójce ratowników powiedzieliśmy, żeby odprowadzili go i wezwali pogotowie. A my poszliśmy się rozejrzeć. Wypatrzyliśmy panią u góry, doszliśmy do niej, związaliśmy ją liną. Ja szedłem z tyłu, a Józek z przodu mówił, gdzie ma stawiać stopy. Zapytała o męża. "Jest już w schronisku, kawę pije" - powiedziałem.

Inny wypadek zdarzył się po wojnie. Poszedłem z klientem na Kościelec. Na szczycie usłyszałem od strony Świnicy, że coś leci na dół, jakby plecak. I straszny wrzask. "Tu pogotowie, co się stało?" - zawołałem. "Tatuś poleciał na dół, a ja tu siedzę" - odezwał się głos dziewczyny. To powiedziałem do klienta: "Chodź ze mną granią na Mylną Przełęcz, będzie szybciej". A on: "Nie idę, bo ty chcesz mnie zabić". To poszedłem sam. Dotarłem pod śniegi. Człowiek był wbity głową w lód. Mózg miał w zębach. Nie było co sprawdzać, czy żyje. Dwóch ratowników, Ziemblic z Niedziałkiem, przybiegło w tym czasie z Kasprowego. Ja szedłem po tę dziewczynę i myślałem tylko, jak to zrobić, żeby sprowadzając ją, nie najść na zwłoki. Przeszliśmy bokiem, sto metrów od miejsca, gdzie leżał. Ale nie widziała. W schronisku dopiero pyta: "Gdzie tato?" Mówię Ziemblicowi: "Jesteś poważny chłop, powiedz jej". Gdy tylko to zrobił, rzuciła się na niego z pazurami i podrapała do krwi. Chwycił ją za ręce i mówi: "Mało pani krwi?".

W latach 50. i 60. przyszły duże zmiany. Najpierw pojawił się zestaw alpejski Grammingera, złożony z szelek, lin, przyrządów służących do ratownictwa w ścianach. Potem przyleciał śmigłowiec
.

J.U.: Zestaw alpejski, a potem śmigłowce Sn-1 i Mi-2 to była rewolucja. Bo taternicy robili już wtedy coraz trudniejsze ściany, szczególnie w rejonie Morskiego Oka, na Kazalnicy Mięguszowieckiej.

J.K.: Józio miał najdłuższy zjazd. Ściana ma ponad 600 m.

J.U.: Nie było innego wyjścia. Wyciągarkę dostaliśmy dopiero później. Trzeba było zjeżdżać w dół do podstawy ściany. Producent dawał gwarancję na 300 m zjazdu. To było trochę zaniżone. Można było i 500 m, i 600 zjechać, jeśli zespół dobrze obsługiwał sprzęt. Odcinki stalowej linki miały po 100 m. Największym problemem było złącze, które było grubsze. Ja nie miałem takiej przygody, ale koledzy podczas zjazdu zaklinowali złącze. Ani do góry, ani w dół. Ale wyszli z tego. Ja z kolei miałem przygodę z karabinkiem obrotowym, który łączy linę z szelkami Grammingera, w których zjeżdża ratownik. Karabinek sam się obraca, co zapobiega skręcaniu liny i obracaniu się człowieka. To było na Kazalnicy. Chłopak nie żył. Przypiąłem go do szelek i musiałem odciąć od jego własnej liny. Inaczej się nie dało. Nastąpiło mocne szarpnięcie. Zaczęli opuszczać nas w dół. Było niewysoko, jakieś 50 metrów do piargów. Patrzę, a karabinek się nie kręci. Uszkodziło się łożysko. Nie powiedziałem nic kierującemu akcją, bo by wszystko wstrzymał i trzeba by było zaczynać od początku. Zresztą nie było łączności wtedy. Ryzyko było, że mogła się lina rozkręcić, zakręcić, urwać. Ale nic się nie stało.

W tej chwili, dysponując takim helikopterem jak Sokół, to jak tylko pogoda jest lotna, nie potrzeba zestawu alpejskiego. Z każdego miejsca można ściągnąć ze ściany rannego.

Wtedy problemem na początku był jeszcze brak łączności. Pierwsze radiotelefony pojawiły się dopiero w latach 60. Ratownik i inżynier Wojtek Nietyksza skonstruował przenośne "Klimki" i stacjonarne "Wawy". Jak na ten okres, to był świetny sprzęt. Niezawodne były.

Czy to na Kazalnicy, czy na Mnichu podczas nocnej akcji, gdy węgierski taternik zaplątał się w linie i dusił. To był komfort: podciągnijcie, opuśćcie.

Wcześniej bez łączności było niebezpieczeństwo, gdy na przykład lina się zaklinowała.

J.U.: To jeden z kolegów, Staszek Janik, miał taki przypadek na Kazalnicy. Po mnie zjeżdżał. Ja już z jednym rannym byłem na dole. Jego opuszczali, lina się zaklinowała i zrobiła się pod nim taka pętla długa. Dobrze, że w dosyć bezpiecznym miejscu stał, trzymał się. Ale jak długo? Pogoda była fatalna. Deszcz ze śniegiem i zimno. W końcu się zorientowali, że coś jest nie w porządku. Że tylko lina waży.

Pamięta pan swój pierwszy zjazd w zestawie alpejskim?

J.U.: To było na wschodniej ścianie Mięguszowieckiego Szczytu w lecie przy dobrej pogodzie. W całym rejonie Morskiego Oka jest straszna kruszyzna. Ogromne szczęście mieliśmy ja i ten ratowany, że nas nie zatłukły kamienie. Bez przerwy się sypały. Albo samoistnie, albo strącone linką. Lawiny kamieni. To jest nie do uniknięcia.

Ale pierwszy raz Gramminger użyty został na Filarze Cubryny. Zjeżdżał Józek Gąsienica Wawrytko, zawodowy ratownik. Wtedy akurat z żoną na wycieczkę pojechałem do Morskiego Oka na motocyklu. I obserwowałem to z dołu.

Ja wspominam zjazd na Filarze Kazalnicy, gdy ściągałem Andrzeja Skłodowskiego "Barona". Wypadł mu bark i nie mógł się wspinać. No jest to przeżycie. Tam tylko przez kilkadziesiąt metrów ma się w zjeździe kontakt ze ścianą. A potem wolny zwis i to kręcenie. Na Kazalnicy wisi się chyba z 15 m od ściany. A złudzenie jest takie, że na środek Czarnego Stawu się zjeżdża.

Potem wprowadzał pan do TOPR-u pierwszego psa lawinowego, Cygana.

J.U.: Byliśmy na szkoleniu w Austrii. Na górnej stacji kolejki linowej był ratownik, który miał psa. Mieli akurat szkolenie lawinowe. Jak to zobaczyliśmy, to mówimy, że też potrzeba u nas psa. Ja nie bardzo chciałem, bo w domu już był jeden pies, a poza tym to duży obowiązek. Ale w końcu mnie namówili. No i okazało się, że na początku wiele rzeczy to ja się uczyłem od psa. Ale jednak się zgraliśmy. Uczyliśmy się od Słowaków, którzy nas w tym akurat wyprzedzili. Jeżeli chodzi o wyposażenie, to na początku mieli lepsze. Dzięki kontaktom z Austrią. Także wiele rzeczy się od nich nauczyliśmy.

Żaden najnowszej generacji sprzęt nie jest w stanie tak sprawdzić lawiniska jak pies.

Tak było z lawiną, która zeszła kiedyś z Pośredniego Goryczkowego na trasę narciarską w Goryczkowym Kotle w 1972 r. Co to nie było! Ludzie widzieli: dziesięciu zasypało, dwudziestu. Jeden narciarz był częściowo przysypany, nic mu się nie stało. Puściłem psa, sprawdził, rękawiczkę znalazł, wrócił, odpoczął. Drugi raz poszedł, nic. Tobogan był rozłożony, wskoczył na śpiwór, popatrzył na mnie. Jakby umiał mówić, to by powiedział: "Dajcież se spokój, bo tam nikogo nie ma".

Raz znowu na koniec dyżuru na Kasprowym jadę pomału po zmroku z zapaloną czołówką do Kotła Goryczkowego. A pies za mną. Oglądam się, nie ma psa. Nasłuchuję, co się mogło stać. Miałem gwizdek. Przyleciał i myrda ogonem. No to idę za nim. Okazało się, że narciarz jechał z małym synem, przekoziołkował, nogę złamał w podudziu, wołali, ale nikt nie słyszał, bo już wszyscy zjechali z trasy. Wykopali jamę śnieżną i siedzieli w niej. Nie wiem, jakby było do rana.

 
Zdjęcia z archiwum Jana Krupskiego; Jan Krupski na Kozim Wierchu po przejściu Filaru Leporowskiego, 1943

Jakie akcje są dla ratowników najtrudniejsze?

J.U.: To trudno ocenić. Niektóre akcje są podobne do siebie, ale jednak każda jest inna. Mieliśmy akcję jesienią na Kazalnicy: piękna słoneczna pogoda w Zakopanem, chyba +10 stopni Celsjusza, a na szczycie kilkanaście centymetrów śniegu i wiatr. Wtedy nie wiadomo było, czy ratownicy nie będą ratowników ratować. Ale wyszliśmy z tego cało i uratowaliśmy słowackich alpinistów.

Ale bywają i takie akcje, kiedy robi się wszystko, żeby uratować, ale jednak nie ma szans. Mnie na plecach taternik umarł podczas zjazdu. Brakowało do piargów 40 metrów. Lekarz Robert Janik tam czekał, wszystko mieli co trzeba. Akurat przyszła zmiana linki. Sekundy. Bardzo krwawił biedak. Ale kontaktował. Mówiłem mu: "Nie ściskaj, już, zaraz będziemy na dole". Tam, gdzie zjechaliśmy, były ślady krwi. Nie udało się.

J.K.: Fatalne są akcje po ludzi, którzy chcą popełnić samobójstwo. Raz miałem dyżur na Kondratowej. Skupień [Stanisław, w latach 1947-80 kierownik schroniska na Hali Kondratowej - przyp. red.] mówi do mnie: "Wiesz co, Jasiek, cosik woła ratunku daleko". Pytam, czy był ktoś u niego rano, a ten, że dzień wcześniej po południu był pan w grubym płaszczu z nausznikami, zjadł fasolę i poszedł. Co się okazało: facet wykopał dół w śniegu, zasypał się i wypił truciznę. To był księgowy z Poznania, miał pieniężny mankament i chciał się zabić. Jakby był na wierzchu, to by zamarzł, a jak się zakopał, to nawet się nie odmroził. Zwieźliśmy go toboganem, a auto zabrało go do szpitala.

Czy w TOPR-ze obowiązują jakieś ratownicze specjalizacje?

J.U.: Ratownictwo to praca zespołowa. Zespół musi być mocny, zgrany, wiedzieć, co kto umie najlepiej. Każdy umie wszystko, co powinien umieć ratownik, ale jednak jest pewna specjalizacja. Wiadomo, kto coś zrobi najlepiej, jak jest dysponowany.

W jaskini ratuje na przykład ten, który jest speleologiem.

J.U.: W Wielkiej Śnieżnej mieliśmy taką akcję po nieżyjącego grotołaza. To trwało 42 godziny. Tam są takie zaciski, że wydawało się, że nie przeciągniemy go. Straszne rzeczy.

J.K.: Tam jest ciemność absolutna, niewyobrażalna.

J.U.: Niektórzy mieli jakieś zwidy już. Kolega pytał: "Co ta stara baba tu robi?".

Ale dziś, dysponując takim sprzętem, jak widzę u wnuka: linami, skafandrem, butami, przyrządami do podchodzenia, opuszczania, światłem, łącznością, to zespół czterech-pięciu ludzi robi szybką akcję.

J.K.: Pamiętasz, jak było z tym Jugosłowianinem, który się utopił w Jaskini Bystrej [w 1987 r. - przyp. red.]? Przyjechali Francuzi i mieli tlen w skafandrze, bo tam są takie zaciski, że z butlą nie da się przejść. I zaraz dotarli do zwłok.

Sprzęt się zmienia, ale ogólne zasady działania TOPR-u są takie, jakie były przed stu laty.

J.K.: Są ułatwienia, ale praca jest taka sama. Zwłaszcza przy złej pogodzie. Bo przy dobrej pogodzie jest mało wypadków.

J.U.: Każdy się trochę boi, ale nie można przesadzać.

W końcu przysięga się gotowość do pójścia w góry i ratowania "na każde wezwanie Naczelnika".

J.U.: To jest trudne, o tym się nie mówi. Jest, owszem, sezon dla ratowników, czy zimowy, czy letni, ale utrzymać kondycję trzeba przez cały rok.

J.K.: I nie można bez przerwy myśleć o rodzinie.

J.U.
: Ja w czasie mojej pracy uważałem za bardzo mądrych kolegów, którzy przychodzili i mówili: "Słuchaj, nie jestem dzisiaj dysponowany". Tak powinno być. Nic na siłę. Bo potem ktoś, kto się źle czuje, może być przyczyną wypadku. A to jest zespół.

Dobrze to ratownictwo funkcjonuje, bo od śmierci Klimka Bachledy w 1910 r. niewiele było wypadków śmiertelnych wśród ratowników w czasie akcji. Naczelnik Eugeniusz Strzeboński zmarł na atak serca w rejonie Morskiego Oka.

Potem jeszcze wypadek śmigłowca w 1994 r. - cztery ofiary - oraz śmierć Marka Łabunowicza i Bartka Olszańskiego w lawinie pod Szpiglasową Przełęczą.

J.U.: Jak chodzi o lawiny, to nie ma mądrych. Sam byłem pod lawiną, to wiem, jak to jest. To były poszukiwania w lawinie koło Morskiego Oka. Dwójka taterników miała się wspinać w rejonie Cubryny. Zniknęli, a w międzyczasie ogromna lawina zeszła do jeziora. Wszystko wskazywało na to, że oni tam są. Sondowaliśmy, ja byłem z psem. W pewnym momencie biało się zrobiło, coś huknęło, podcięło mi nogi. Broniłem się, żeby tylko nie przekoziołkować. W końcu się uspokoiło. Widzę: jasno u góry. Jedną rękę miałem wolną, ale nie mogłem się dogrzebać. Ciepło, ale ściska. Takie skrzypienie. Słyszałem, jak mówili u góry, gdzie mnie ostatnio widzieli. I że pies idzie do góry. Słyszałem, jak pies nade mną przeszedł raz, drugi. Myślę - co jest? Ale za trzecim razem jak skoczył, to mnie dusiło, bo cały śnieg zsypał na mnie. Chłopcy mu pomogli, a on trzymał w pysku zadowolony moją kominiarkę. Trwało to kilkanaście minut. Jakbym był sam, to bym nie wyszedł. Zabetonowałoby mnie.

Co było dla panów najważniejsze podczas tych lat służby w TOPR-ze?

J.U.: Że jednak trochę ludzi uratowaliśmy.

J.K.: I że się udało przez to wszystko żywym przejść.

Fot. Bartek Dobroch; Józef Uznański i inny ratownik TOPR, Jan Krupski. W tle stare zdjęcie ze wspinaczki Uznańskiego na Kancie Mnicha
Jan Krupski (ur. 1924) - ratownik od 1942 r., prezes honorowy Klubu Seniora TOPR, nestor i instruktor przewodnictwa tatrzańskiego, wieloletni prezes Koła Przewodników Tatrzańskich im. Klimka Bachledy w Zakopanem, taternik, autor wielu znakomitych przejść, m.in. w północnej ścianie Giewontu.
Józef Uznański (ur. 1924) - ratownik od 1954 r., członek honorowy TOPR, instruktor narciarski PZN, taternik i przewodnik tatrzański; w czasie II wojny światowej partyzant, znany z legendy o skoku z kolejki na Kasprowy Wierch, którego rzekomo miał dokonać, uciekając przed czekającymi na niego hitlerowcami.


Źródło: gazeta.pl

Bartek Pasiowiec
 
2018-09-24
GÓRY
 

Złote Czekany 2018 przyznane w Lądku-Zdroju!

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-20
GÓRY
 

TPN walczy ze śmieciami na górskich szlakach

Komentarze
0
 
 
Piotr Michalski
 
2018-09-20
GÓRY
 

Słowacy pod Mont Blanc - powstały dwie nowe drogi!

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com