facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS

Island Peak – vademecum zdobywcy

Rozpoczynamy serię porad dla osób pozytywnie myślących, wierzących, że za jakiś czas – latem lub jesienią, ale na pewno jeszcze w tym roku – znów będziemy mogli planować górskie wyjazdy. Na początek przedstawiamy Island Peak, na zdobycie którego najlepszy okres… właśnie trwa teraz – w kwietniu wspinacze zjawiają się w bazie pod Everestem, a w maju wchodzą na szczyt. Jednak Island Peak to również cel, który można zaplanować na jesień. Mając oczywiście nadzieję, że zniesiona będzie większość ograniczeń, towarzysząca nam w okresie pandemii. Śledźcie też nasz profil fb, gdzie przeprowadzimy spotkanie live z autorem artykułu, Tomkiem Kobielskim, który przedstawi aktualną sytuację związaną z planowaniem wypraw i odpowie na wszystkie Wasze pytania.

Lotnisko w Lukli; fot. Tomasz Kobielski

 

Jeden z najpopularniejszych, niskich sześciotysięczników – Island Peak ma 6189 metrów, więc wysokością nie może się równać na przykład z Aconcaguą, która ma prawie 7000 metrów. Jednak pod względem trudności technicznych jest zdecydowanie bardziej wymagający i stanowi świetne przygotowanie do ambitniejszych wejść. Zresztą, dość często bywa wykorzystywany do aklimatyzacji w drodze na Mount Everest czy Lhotse.

 

Island Peak wygląda jak samotna wyspa pośród himalajskich kolosów, stojąca dokładnie pośrodku doliny – stąd jego miano. W 1983 roku oficjalnie nazwany Imja Tse, jednak niewiele osób o tym wie. Szczyt ten położony jest w rejonie Solo Khumbu, w bocznej dolinie Imja Valley, która jest prawą odnogą głównej doliny Khumbu. Wielu osobom trudno go nawet dostrzec, ponieważ leży „w cieniu” ogromnej południowej ściany Lhotse, również od drugiej strony otoczony jest wyższymi szczytami, w tym siedmiotysięcznym Baruntse. Ta niepozorność jest oczywiście złudzeniem optycznym, ponieważ sześciotysięcznik zawsze będzie dużym wyzwaniem, zwłaszcza na początku przygody z górami wysokimi.

 

Island Peak można stosunkowo łatwo zdobyć przy okazji trekkingu pod Mount Everest, czyli do Everest Base Camp (EBC). Potrzeba na to zaledwie 3-4 dodatkowych dni, jednak o pozwolenie na wejście na szczyt należy ubiegać się w Kathmandu, dlatego decyzję musimy podjąć wcześniej, na etapie planowania wyprawy. Nie jest to jednak góra dla zupełnie początkujących – wymaga nie tylko wyposażenia trekkingowego, ale również sprzętu górskiego. Chcąc zmierzyć się z Island Peak warto też mieć doświadczenie zdobyte podczas zimowych wejść w Tatrach, a najlepiej na kursie zimowej turystyki wysokogórskiej, gdzie zdobędziemy wszystkie niezbędne umiejętności.

 

Jaki w drodze do bazy pod Island Peak; fot. Tomasz Kobielski

 

SEZON I POGODA

Sezon „letni” w Himalajach odpowiada okresom wiosny i jesieni w naszym kraju. Właściwie są to sezony przed i po monsunie, który przypada na nasze lato. Wtedy właśnie występują w Himalajach największe opady śniegu, a jedynym analogicznym do naszych sezonów okresem jest zima, choć różni się tym, że raczej mniej jest wtedy opadów, za to przeważają bardzo silne i zimne wiatry, które powodują oblodzenia i wywiewają śnieg. Zimą prowadzi się czasem działalność górską, ale są to rzadkie przypadki, natomiast podczas monsunu ruch turystyczny i wspinaczkowy praktycznie ustaje.

 

Planując trekking do EBC czy też wspinanie na Island Peak, w zasadzie trudno jednoznacznie wskazać, czy lepszym okresem będzie pora przed, czy po monsunie. Większe znaczenie ma to, jak w danym roku kształtuje się pogoda. W wyborze można też kierować się himalajską przyrodą  (wiosną pięknie kwitną tu rododendrony), albo aktywnością wypraw na himalajskie olbrzymy, jak Everest czy Lhotse. Wiosną baza jest pełna namiotów, natomiast jesienią bywa pusto. Jednak z punktu widzenia samego wspinania na Island Peak nie ma to żadnego znaczenia.

 

Island Peak przy południowej ścianie Lhotse wygląda jak mała górka; fot. Tomasz Kobielski 

 

TRANSPORT I ORGANIZACJA

Aby zdobyć Island Peak musimy oczywiście najpierw dostać się do Kathmandu w Nepalu. Nie ma tu praktycznie innego wyboru poza samolotem. Opcji przelotu jest bardzo wiele i trudno je wszystkie omówić. W ostatnich latach najciekawsze i zazwyczaj korzystne cenowo jest połączenie linii Quatar Airways z Warszawy przez Doha, z jedną tylko przesiadką. Z innych cieszących się popularnością połączeń jest przelot liniami Aeroflot przez Moskwę i Delhi, ale zazwyczaj związane jest to z bardzo długą przesiadką w Delhi, podczas powrotu. Koszt takich połączeń kształtował się ostatnio między 3500 a 4200 zł, choć oczywiście bywają czasem superpromocje… Jak też sytuacje, gdy cena połączenia sięga nawet 6000 zł. Warto więc zaplanować zakup biletu odpowiednio wcześniej. 

 

Obywateli polskich obowiązuje wiza wjazdowa do Nepalu. Jednak na szczęście nie ma z nią problemu i ubiegamy się o nią na lotnisku po przylocie – w zasadzie jest to formalność. Koszt wizy zależny jest od tego, jak długo zamierzamy być w Nepalu i zaczyna się już od 25 USD za okres do 15 dni, do 100 USD za pobyt do 90 dni.

 

Jeśli mamy w planach wizyty w rejonach górskich, to nie jest koniec formalności związanych z pozwoleniami niezbędnymi w Nepalu. Każdy trekking, a także wyprawa na szczyt – niższy, jak Island Peak, jak i oczywiście na siedmio i ośmiotysięczniki – wymaga innego rodzaju pozwoleń, wydawanych przez Ministerstwo Turystyki Nepalu. Nie da się tego w żaden sposób „obejść” i nie polecam takich zabiegów. Wspominam o tym, bo niestety byłem o to wielokrotnie pytany przez naszych rodaków. Na każdej trasie mijamy wielokrotnie punkty kontroli pozwoleń i miejsca, gdzie obligatoryjnie musimy zgłaszać, że wchodzimy na dany teren. W przypadku drogi pod Island Peak pierwszy punkt kontrolny czeka nas już w Lukli, do której przylecimy z Kathmandu, a następnie przy wejściu do Sagarmatha National Park, czyli w rejon Everestu. Musimy tam okazać kartę rejestracyjną dla osób udających się na trekking, tak zwaną TIMS card (Trekkers Information Management System), pozwolenie na wejście do Parku Narodowego oraz pozwolenie na zdobywanie szczytu. Do tego dochodzą depozyty za wyniesienie śmieci oraz opłaty lokalne za pobyt w wioskach, które będziemy mijać po drodze. Teoretycznie wszystkie te formalności można załatwić samemu, spędzając wiele godzin w urzędach. Jednak Nepal nie należy do krajów, gdzie tego typu rzeczy załatwia się szybko, na dodatek jest tam mnóstwo świąt narodowych, podczas których urzędy są zamknięte. Polecam zatem skorzystanie z pośrednictwa agencji turystycznej w Nepalu lub w Polsce. Wszak nie jedziemy w Himalaje aby tkwić w urzędach, tylko na wymarzone wakacje.

 

Baza pod Island Peak; fot. Tomasz Kobielski 

 

W Kathmandu można kupić lub wypożyczyć sprzęt górski i trekkingowy. Stolica Nepalu jest zresztą z tego znana i krążą niezliczone opowieści o tym, że można tu nabyć niemal wszystko za kilka dolarów. Niech nas to jednak nie zwiedzie, bo oczywiście znajdziemy setki sklepików z outdoorową odzieżą, ale w większości są to tanie podróbki i sprzęt niskiej jakości, który być może wystarczy na jeden wyjazd. Jeśli jednak planujemy zakup markowego ekwipunku, to będzie on w podobnej cenie jak na całym świecie. Na trasie naszej wyprawy sklepy znajdziemy jeszcze w Namche Bazar, choć jest ich tam niewiele, natomiast buty wysokogórskie niezbędne do wejścia na szczyt można wypożyczyć w Chukkung, w drodze do bazy pod Island Peak. Nie polecam jednak tego typu rozwiązań, ponieważ planując zdobywanie sześciotysięcznika warto o wszystko zadbać jeszcze w Polsce, a na miejscu skupić się na upragnionym celu.

 

AKCJA GÓRSKA – TYPOWY PROGRAM

Wyruszając na Island Peak mamy dwie możliwości: albo trasą prowadzącą do bazy pod Mount Everest dochodzimy do wioski Dingboche, a następnie kierujemy się wprost do bazy pod naszą górą, tam przeprowadzamy dalszą aklimatyzację i atakujemy szczyt, lub też zostawiamy to sobie na drogę powrotną z EBC, gdzie aklimatyzowaliśmy się do wysokości 5400 m. Ta druga opcja wydaje się zdecydowanie ciekawsza, bo oprócz wizyty w bazie pod najwyższą górą świata zapewnia nam też dłuższą, bardziej gruntowną aklimatyzację. Odwiedziny w EBC zawsze są dużą atrakcją, a mając dobrego organizatora wyjazdu można nocować w sercu bazy i mieć kontakt ze wspinaczami udającymi się na Everest czy Lhotse. Poza tym ze szczytu Kala Pattar, wznoszącego się wprost nad bazą, roztacza się najlepszy widok na Mount Everest, a wyjście tam zapewnia aklimatyzację do wysokości 5600 m.

 

Na trekking do EBC i zdobywanie Island Peak potrzebujemy minimum 23 dni. Teoretycznie może być kilka dni mniej, ale wiąże się to z ryzykiem niewystarczającej aklimatyzacji lub problemów logistycznych. Główne zagrożenie stanowi nieodpowiednia pogoda dla lotów do Lukli, skąd zazwyczaj rozpoczynamy trekking. Bywa, że samoloty nie latają nawet kilka dni, a taka sytuacja może nas zaskoczyć zarówno w drodze w góry jak i w powrotnej. Warto zatem mieć jednak kilka dni w zapasie, szczególnie, że z Nepalu również wracamy samolotem, a zmiana terminu lotu zazwyczaj jest bardzo kosztowna, o ile w ogóle jest możliwa. W sytuacjach awaryjnych jedynym rozwiązaniem jest wynajęcie helikoptera do Kathmandu, a to kosztuje co najmniej kilkaset dolarów za osobę.

 

Na lodowcu; fot. Tomasz Kobielski 

 

Dzień 1

Kathmandu – Lukla – Phakding. Po załatwieniu wszelkich formalności w Kathmandu udajemy się do Lukli, skąd rozpoczyna się trasa naszego trekkingu. Aby tam dotrzeć należy skorzystać z lokalnego połączenia małym samolotem. Osoby mające dużo czasu mogą wybrać się do Lukli pieszo, trasą trekkingową z Jiri. Jednak ten wariant zajmuje 3 do 4 dni w jednym kierunku, wymaga zatem minimum dodatkowego tygodnia. Obecnie trasa ta nie jest praktycznie uczęszczana, więc stanowi atrakcję dla amatorów samotnego wędrowania ;).

 

Wybierając przelot samolotem już około godziny 9 pierwszego dnia jesteśmy na kawie w Lukli. Po załadowaniu bagażu na jaki (a w zasadzie na zopkio, bo obecnie w Himalajach do transportu używa się hybryd jaka z krową) lub też wynajęciu porterów ruszamy w drogę. Lukla leży już na wysokości powyżej 2800 metrów, więc trzeba to wziąć pod uwagę planując aklimatyzację. Dlatego pierwszego dnia wędrujemy przez 4-5 godzin z przerwami i docieramy do wioski Phakding, gdzie jest nieco mniejsza wysokość, 2610 m. Trasa jednak wiedzie dolinami raz w górę raz w dół, stąd nawet na tym odcinku sumujemy podejścia.

 

Dni 2–3 

Phakding – Namche Bazar (3445 m). To pierwszy poważniejszy dzień trekkingu, podczas którego pokonujemy spore przewyższenie. Po drodze czeka nas mnóstwo zejść i podejść, głównie w głębi doliny. Na koniec dnia najpoważniejsze, długie podejście do Namche Bazar. Marsz zajmuje około 7 godzin z przerwami, a wysokość, znacznie już przewyższająca Tatry, staje się wyraźnie odczuwalna. Z tego też względu w Namche Bazar warto pozostać kolejnego dnia, praktykując aklimatyzacyjne wyjście na około 4000 metrów i powrót na nocleg do miejscowości. W Namche Bazar można bardzo miło spędzić czas. Jest tu całkiem sporo sklepików z pamiątkami, a także nieliczne sklepy outdoorowe, gdzie zapominalscy mogą uzupełnić sprzęt. Jak na tak małą miejscowość znajdziemy tu również mnóstwo kafejek i pubów. Jest więc wszystko, co może umilić pobyt licznie odwiedzającym ten rejon turystów i wspinaczy. Są tu także ostatnie punkty bankowe, bankomaty i kantory wymiany walut, jednak kursy nie będą tak dobre jak w Kathmandu.

 

Widok na cel naszej wyprawy; fot. Tomasz Kobielski

 

Dzień 4

Namche Bazar – Tengboche (3870 m). Długi dzień z pięknymi widokami, ale również długimi zejściami oraz podejściami. Opuszczając Namche Bazar zauważymy, że zmienia się otaczająca przyroda. Mijamy ostatnie lasy i maszerujemy na ich granicy z kolejnym piętrem roślinnym. Jeśli w poprzednich dniach nie udało nam się zobaczyć Mount Everestu, Lhotse, czy Ama Dablam, to teraz będzie ku temu doskonała okazja. Widoki ze ścieżki przecinającej zbocze zapierają dech w piersiach. Chwilę później schodzimy stromo do rzeki, skąd zaczyna się mozolne podejście na wzgórze będące celem tego etapu. Po wejściu nagrodą jest widok na wspaniały buddyjski klasztor stojący na polanie, na tle Czomolungmy, jak nazywają Mount Everest Tybetańczycy. Czas przejścia wyniesie około 5-6 godzin.

 

Dni 5-6

Tengboche – Dingboche (4390 m). Tego dnia już na dobre przekraczamy granicę 4000 metrów. Z mojego doświadczenia wynika, że odczuwa to wiele osób. Opuszczamy też pietro lasu. W drodze do Dingboche dominuje piękny widok na Ama Dablam. Po około 5 godzinach marszu docieramy do dość rozległej wioski, skąd już widać dokładnie nasz cel, daleki Island Peak. To właśnie z tego miejsca, przy założeniu krótszego programu aklimatyzacji, można udać się wprost do bazy pod naszym szczytem. My jednak mamy w planach wejście wyżej dolinami, aż do bazy pod Everestem. Dlatego zostajemy w wiosce na kolejny dzień odpoczynku i aklimatyzacji. Nazajutrz można, a nawet powinno się podejść nieco do góry, do około 5000 metrów. Wzgórza wokół doliny sprzyjają dość łatwemu zdobyciu wysokości. Po jej osiągnięciu wracamy na odpoczynek i nocleg. W tym dniu można też odwiedzić sławny czorten, z widokiem na południową ścianę Lhotse – postawiony został na cześć Polaków, którzy zginęli próbując ją pokonać jako pierwsi. Wśród nich był oczywiście Jerzy Kukuczka. Czorten będziemy jeszcze mijali w drodze do Chukhung i dalej do bazy pod Island Peak, więc możemy odwiedzić go później.

 

Dzień 7

Dingboche – Lobuche (4930 m). Zbliżamy się do granicy 5000 metrów. Jeśli chodzi o odległość pokonywaną w poziomie, dzień będzie dość krótki. Do Lobuche docieramy zazwyczaj po 4-5 godzinach marszu wśród pięknych himalajskich widoków. Jesteśmy już na wysokości, gdzie z roślinności pozostały tylko trawy. Resztę krajobrazu stanowią kamienie, głazy i oczywiście monstrualne szczyty. Pojawiają się  również wielkie lodowce i ich moreny, obok których maszerujemy. Do EBC pozostał nam wszak już tylko 1 dzień drogi.

 

 Wspinaczka ścianą; fot. Tomasz Kobielski


Dzień 8

Lobuche – Gorak Shep (5160 m) – Everest Base Camp (5360 m). Przed nami długi dzień marszu na znacznej wysokości. Do ostatniej osady przed bazą, Gorak Shep, docieramy po około 3 godzinach. Przerwa na obiad i kolejne 2,5 godziny na dojście do ECB. Jeśli jesteśmy tu w okresie wiosennym i korzystamy z usług dobrej agencji górskiej, zazwyczaj jest okazja nocowania w namiotach bazowych tuż obok wypraw wspinających się na Everest, Lhotse czy Nuptse i posłuchania opowieści wspinaczy oraz Szerpów. Jeśli natomiast przybywamy do bazy jesienią, zastajemy zazwyczaj miejsce oznaczone chorągiewkami tybetańskimi z napisem „Everest Base Camp”. Pozostaje nam jeszcze powrót na nocleg do Gorak Shep.

 

Dzień 9

Gorak Shep – Kala Pattar (5545 m) – Dingboche. Po nocy w EBC lub w Gorak Shep pozostaje nam do zaliczenia jeszcze jedna atrakcja w pobliżu. Jeśli tylko mamy siłę, to warto wybrać się wcześnie rano na Kala Pattar, skąd z wysokości niemal 5600 metrów rozciąga się przepiękny widok na Mount Everest (8848 m). Tuż obok widzimy Lhotse (8516 m) – czwarty szczyt ziemi. Po sesji fotograficznej wracamy na herbatę do Gorak Shep i ruszamy drogą w dół, przez Lobuche do Dingboche. Tym razem schodzimy. Z punktu widzenia aklimatyzacji jest to bardzo korzystne. Po wejściu na niemal 5600 schodzimy poniżej 4400 metrów. Daje to świetną możliwość regeneracji przed kulminacyjnym punktem programu naszej wyprawy.

 

Dzień 10–11 

Dingboche – Chukhung – baza pod Island Peak (5087 m). Od samego rana widzimy nasz cel wyprawy – Island Peak. Po drodze mijamy opisywany wcześniej czorten Jerzego Kukuczki i polskich wspinaczy. Obiad jemy w małej wiosce Chukhung, nad którą góruje ogromna południowa ściana Lhotse. Widok zapiera dech w piersiach. Następnie czeka nas jeszcze około 2-3 godziny marszu morenami i docieramy do naszej bazy. Są tu wygodne namioty, a także mesa i kuchnia oraz zawsze uśmiechnięci Nepalczycy. Na następny dzień warto zaplanować odpoczynek przed atakiem szczytowym. To także dobra okazja do sprawdzenia wyposażenia niezbędnego do ataku.

 

Najbardziej stromy fragment drogi; fot. Tomasz Kobielski

 

Dzień 12

Atak szczytowy – Island Peak (6189 m). Przed nami bardzo długi dzień. Polecam atak szczytowy prosto z bazy i powrót do niej. Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, choć wymaga dobrej kondycji. Powinna nam na to pozwolić zdobyta aklimatyzacja do wysokości 5600 metrów – wierzchołek Island Peak jest tylko 600 metrów wyżej. Stosunkowo niewielkie przewyższenie i osiągnięta kilka dni wcześniej wysokość zapewniają dużą szansę sukcesu.

 

Wyjście na szczyt zajmuje zazwyczaj 9-10 godzin, a zejście do bazy 4-5 godzin. Dzień jest wytężający, ale niezapomniany. Z bazy wychodzimy nie później niż około 2 w nocy. O poranku, po około 4-5 godzinach, osiąga się tak zwany „crampons point”, czyli miejsce gdzie zdecydowanie należy ubrać raki, a także założyć uprzęże i związać linami, jeśli tego wcześniej nie zrobiliśmy na skałach. Niewiele wyżej wchodzimy na dość niebezpieczny lodowiec. Od wielu lat jest on poprzecinany dużymi szczelinami, przez które przerzucone są długie aluminiowe drabiny, podobne do tych pod Everestem. Bez nich wejście na szczyt w zasadzie nie byłoby możliwe.

 

Podchodzimy umiarkowanie stromym lodowcem do przełamania, gdzie przechodzi w lodowcowe plato dochodzące do kulminacyjnej ściany lodowej przed granią szczytową. Z tego miejsca widzimy już jak na dłoni nasz upragniony wierzchołek. Widać też wyraźnie całą drogę do szczytu, a nawet stojących na nim wspinaczy, którym udało się wejść przed nami. Po dojściu do ściany rozwiązujemy się z zespołów linowych i wpinamy w poręczówki zawieszone przez Szerpów. Od tego miejsca używamy jumarów i czekanów. Nie zapominamy też  o kaskach – w tym są konieczne.

 

Wspinanie wzdłuż poręczówek trwa około 1-2 godzin. Po wyjściu na ścianę pozostaje jeszcze pokonanie około 100 metrów grani w prawo i stajemy na wierzchołku! Czujecie to?! Ja czuję doskonale i nie mogę doczekać się, kiedy ponownie wrócę w Himalaje. Po obowiązkowych fotkach na szczycie przygotowujemy się do zejścia, cały czas bardzo uważając. Wszak jesteśmy coraz bardziej zmęczeni, a przed nami jeszcze kilka godzin akcji, w tym zjazd na linie na pierwszym odcinku pod granią. Poniżej lodowiec i szczeliny, czyli znów musimy poruszać się w zespołach linowych, i mozolne schodzenie najpierw po skałach, a niżej długim zboczem w kierunku bazy.

 

Można również spotkać się z innym sposobem zdobywania Island Peak. Stosują go przede wszystkim grupy, które nie są dostatecznie zaaklimatyzowane. W tej sytuacji korzysta się z tak zwanego high campu, który znajduje się około 2 godziny drogi od bazy, na wysokości 5500 metrów. Z uwagi na procedurę aklimatyzacyjną powinno się wyjść do high campu, spędzić tam noc i wrócić do BC, by po odpoczynku ponownie wyjść na nocleg i następnego dnia atakować górę. Zaletą takiego rozwiązania jest krótsza droga na szczyt oraz szybszy powrót do obozu, jednak akcja górska wydłuża się wtedy o kilka dni. Innym problemem jest brak wody w high campie. Zazwyczaj nie ma w nim również śniegu, z którego można wodę uzyskać. Dlatego zorganizowane grupy często wnoszą tam wodę w kanistrach. Wymaga to dodatkowej logistyki i pomocy Szerpów.

 

Dni 13–14–15

Powrót tym samym szlakiem do Lukli. Droga w dół mija dużo szybciej. Nie musimy już robić przystanków aklimatyzacyjnych. Zazwyczaj odcinek ten pokonuje się w trzech etapach: Island Peak BC – Panboche , Pangboche – Namche Bazar oraz Namcze Bazar – Lukla. To 3 dni długiego marszu, ale każdy już się spieszy do ciepła w Kathmandu i możliwości pozwiedzania Nepalu. Do Lukli docieramy trzeciego dnia wieczorem i po ostatnim noclegu nazajutrz o poranku lecimy do Kathmandu. Więcej na temat zdobycia Island Peak i trekkingu do Everest Base Campu znajdziecie na mojej stronie www.Adventure24.pl

 

Na szczycie; fot. Tomasz Kobielski

 

NIEZBĘDNY SPRZĘT I PRZYGOTOWANIA

Na szlaku poprzez himalajskie doliny potrzebny jest typowy sprzęt i ubiór trekkingowy, który można porównać do tego, używanego jesienią do wędrówki po polskich górach. Trzeba jednak pamiętać o zimniejszych wieczorach, wiec przydać się może lekka kurtka puchowa czy z syntetycznym wypełnieniem. Do tego dobre buty trekkingowe oraz kije i z powodzeniem możemy wędrować pod Everest. W pogodne dni bywa czasem bardzo ciepło i można wędrować w koszulkach z krótkim rękawem. Ale bywa i tak, że zacina śniegiem, dlatego warto być przygotowanym na różne ewentualności.

 

Zupełnie inny ekwipunek będzie nam potrzebny podczas wspinania na Island Peak. W tym wypadku musimy mieć sprzęt jaki używamy do zimowej turystyki wysokogórskiej. W górnej partii pokonujemy formacje o trudnościach podobnych do Orlej Perci, a poniżej przekraczamy nieduży ale niebezpieczny lodowiec. Dlatego konieczne są bardzo dobre buty typu alpejskiego, na sztywnej podeszwie i dobrze dobrane do nich raki półautomatyczne lub automaty. Używam na tej górze butów z wewnętrznym botkiem – są one cieplejsze i dzięki temu zapewniają duży komfort, szczególnie nocą. Poza tym musimy posiadać uprząż, kilka zakręcanych karabinków, pętle rurowe 60-70 cm, przyrząd zjazdowy oraz przyrząd do podchodzenia po linach, czyli jumar, popularnie zwany „małpą”. Listę wyposażenia zamykają czekan i kask. Ten ostatni jest o tyle ważny, że na śnieżno-lodowej ścianie najprawdopodobniej będą się nad nami wspinać inni, strącając kawałki lodu. Konieczna będzie również lina do asekuracji na lodowcu. Jeśli zdecydujecie się na dołączenie do grupy z przewodnikiem, to zapewne wyposażenie to będzie zapewnione przez organizującą wyprawę agencję.

 

Oprócz ubrań i wymienionego sprzętu potrzebny nam będzie śpiwór. Najlepiej puchowy o komforcie termicznym około  –20oC. Na trekkingu śpimy w małych górskich hostelach, w których nie ma ogrzewania, natomiast w bazach są do dyspozycji namioty.

 

INFORMACJE DODATKOWE

Język – urzędowym językiem jest nepalski, choć w turystyce powszechny jest angielski. 

Waluta – rupia nepalska (NPR). Zdecydowanie najbardziej opłaca się wymienić dolary lub euro na rupie i nimi płacić na miejscu (aktualnie 1 dolar to około 110 rupii). Najlepsze kursy są w dużych miejscowościach, jak Kathmandu czy Pokhara. W mniejszych, na przykład w Namche Bazar, kurs bywa mniej korzystny.

Formalności – wiza do Nepalu i opłaty za wejścia do Parków Narodowych oraz za wspinanie na praktycznie wszystkie szczyty powyżej 5000 metrów, w tym oczywiście na Island Peak.

Komórki – w niżej położonych rejonach Nepalu zasięg jest dobry. Podczas trekkingu również, ale bywają dni, gdy nie ma sieci. W każdym niemal hoteliku można skorzystać z internetu, choć najczęściej jest płatny. W bazie pod Island Peak i w czasie wspinania brak zasięgu. Można korzystać jedynie z telefonów satelitarnych.

Elektryczność – wtyczki typu angielskiego. W górach brak elektryczność. Jeśli musimy doładować telefon, aparat, kamerę czy power bank, najczęściej korzysta się z baterii słonecznych, co jest dodatkowo płatne.

 

Tekst i zdjęcia: Tomasz Kobielski  / lider agencji Adventure 24

 

Artykuł opublikowany był w Magazynie GÓRY 267 (2/2019)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2020-08-03
Tylko w GÓRACH
 

Transport i uzupełnianie wody podczas górskiej wycieczki

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2020-07-17
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (273): „Liny pojedyncze”

Komentarze
0
 
Dorota Rakowicz
 
2020-07-14
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (273): "Via Alpina - długodystansowy klasyk"

Komentarze
0
 
Piotr Drożdż
 
2020-07-11
Tylko w GÓRACH
 

Maciek Szopa - In Memoriam

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2020 Goryonline.com