facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2011-10-08
 

GSS po śniegu cz. 1

"GSS po śniegu" - postanowiłem kontynuować moją przygodę z długodystansowymi szlakami zimą, tym razem Główny Szlak Sudecki.
Siedzę w schronisku w Pasterce i odpoczywam po dwóch tygodniach chłodnego, ale przede wszystkim śnieżnego dreptania Głównym Szlakiem Sudeckim im. Orłowicza. Boli tu i tam, ale w gruncie rzeczy nie było aż tak ciężko. Właściwie, najbardziej boli konieczność powrotu do pracy. Taaa... co potrafi zdziałać kilka dni lenistwa. Od razu zmienia się perspektywa, a trudy wędrówki ulatują z pamięci.

Nie byłbym sobą, gdybym na chwilę przed wyjściem z domu o czymś sobie nie przypomniał. O czymś istotnym... jadę w Sudety, a w GPSie w najlepsze rezydują mapy Beskidów. 15 minut do pociągu, a ja nerwowo wpatruję się w ślamazarny pasek ładowania na ekranie komputera. Gotowe.

2011-01-10 "Szlakarskie zamieszanie" (12:00 - 21:00) Paczków -> Lądek-Zdrój (J. Wapienna)

Zanim ruszyłem w drogę, próbowałem połapać się w całym tym szlakarskim zamieszaniu, które powstało jakiś czas temu z powodu domalowania czerwonych znaków na odcinku Paczków - Prudnik. Szukałem, szukałem i doszukałem się informacji, że jest to samowola budowlana prudnickich działaczy, którzy postanowili przenieść Prudnik w Sudety. Swoją drogą mogliby przy okazji przedłużyć Szlak Orlich Gniazd albo Szlak Wielkich Jezior Mazurskich, w pakiecie żądając dostępu do Bałtyku. Nie wszystkie dzieci powinny mieć dostęp do kredek. Tak czy siak zeszło mi chwilę zanim zdołałem połapać się w czerwonym trójstyku na paczkowskim rynku. Schodzą się tu bowiem trzy czerwone Główne Szlaki Sudeckie - jedno ramię odchodzi w kierunku dworca, drugie do Prudnika, a ja chcę iść tym trzecim... do Świeradowa.

Szlak zaczął się dość niepozornie, po płaskim i po asfalcie, by w pewnym momencie bez żadnego ostrzeżenia... Góry Złote bezceremonialnie postawić mi na drodze. Jawornik Wielki, który, jak sama nazwa wskazuje, do małych nie należy. Choć może to kwestia długości podejścia, najpierw Złotym Jarem, potem już na Jawornik właściwy. Wiele siły to kosztuje. Energia ginie bezpowrotnie w mokrych białych zaspach. W głębokim śniegu zapadam się po kolana, wtedy jeszcze nie wiedząc, że powinienem się do takich warunków przyzwyczaić, bo będą towarzyszyć mi przez kolejne dni. Jak na perspektywę dwóch tygodni szwendania się po lasach kłopoty zaczynają się nazbyt szybko, bo już przy zejściu z Jawornika - gubię szlak i do Orłowca schodzę na krechę. Mało brakuje, a krecha skończyłaby się nie tylko w Orłowcu, ale i w lodowatej Orliczce (potok). Szczęśliwie jednak losem samotnej czołówki zawieszonej w zupełnych ciemnościach na środku pola zainteresowała się mieszkanka wsi i postanowiła naprowadzić ją nawoływaniem na mostek łączący pole z drogą.

Po dotarciu do Lądka odkopuję w pamięci opis ścieżki do Jaskini Wapiennej, bo właśnie tam zapragnąłem zregenerować się po pierwszym dniu śnieżnej przeprawy na mokro. Jaskinia jest, namiot dla symbolicznego oddzielenia się od mroczności jej ścian jest, śpiwór jest. Pora spać. Kolejną zimową, długodystansową przygodę uważam oficjalnie za rozpoczętą.

2011-01-11 "Mokro i sucho" (05:50 - 15:30) Lądek-Zdrój (J. Wapienna) -> PTTK Na Śnieżniku

Choć nastawiony na 5:00 budzik jeszcze smacznie chrapie, postanawiam wygramolić się z ciepłego śpiwora. Postanawiam, a właściwie jestem do tego bezdusznie zmuszony. Powodem jest suchy jak pieprz język. Kawał solidnie osolonej kiełbasy jako kolacja chyba nie jest optymalnym biwakowym rozwiązaniem. Około 4:20 rozpoczynam procedurę zwijania manatków. Poranny chłód odbiera mi skutecznie sprawność ruchów do tego stopnia, że ze spakowanym plecakiem do pobliskiego bezimiennego potoku przysysam się dopiero po godzinie. Przysysam i odessać nie mogę. Wypijam hektolitry wody, naiwnie wierząc, że uda mi się w ten sposób rozcieńczyć kolację.

Gdzieś tu zaczyna się... Masyw Śnieżnika. A z nim zaczynają się kilometry mokrego śniegu pod stopami, z którym nawet moje buty, zakonserwowane jak lokator pewnego moskiewskiego mauzoleum, nie są w stanie sobie poradzić. Czuję, że mokre skarpety wzięły dobierać się do moich pięt. Wymiana skarpet na suche oddala jedynie w czasie powstanie otarć i odcisków. W butach powódź, w ustach suchy wiór. Przynajmniej plecak na saniach. Taaa... jak mówi stara piłkarska zasada - dobrze grającego składu się nie zmienia. Toteż skoro własnej roboty pulk dobrze spisywał się rok temu na GSB, postanowiłem skorzystać z niego i teraz, mierząc się z zimowym Orłowiczem.

Plecak wraca na swoje miejsce dopiero przed Czarną (białą) Górą. W gębie sucho, pod stopami odwilż. Skończyła mi się woda. Uzupełniam ją dopiero przy podejściu na Żmijowiec. Zielonkawa zawartość źródełka wali wprawdzie niemiłosiernie leśną ściółką, a świerkowe igły wbijają się w zęby, ale jest mi wszystko jedno. Tłumaczę sobie, że Gin też wali ściółką, a ma tylu miłośników. Nawet angielska królowa go sobie chwali. Sam Żmijowiec częstuje mnie za to lekką zmianą aury. Wiać zaczyna, robi się przenikliwie zimno i tak już do samego schroniska. Niestety na planowany atak szczytowy nie mam już dzisiaj co liczyć. Jeśli chcę iść jutro w suchych butach, suszenie zacząć muszę już od progu. Prysznic, pranie, kuskus do menażki i wreszcie można zasiąść nad mapami i dziennikiem pokładowym. Punkt 20 poducha należy do mnie.

2011-01-12 "GSS po płaskim" (06:00 - 16:30) PTTK Na Śnieżniku -> PTTK Jagodna

Dzień zaczął się od spektakularnego ślizgu na czterech literach. Wszystko to, co wczoraj beztrosko płynęło, mroźna noc zmieniła w skutą lodem bryłę. Od samego schroniska ostrożnie lawiruję między najsilniej zalodzonymi powierzchniami. Jak mantrę powtarzam: że człowiek na poziomie, pion trzymać musi. Jednocześnie pozbawiony wszelkich złudzeń, że lodowe zejście ma szanse w pionie się skończyć. Jak to zwykle bywa lód wyczekał, uśpił czujność, zaatakował z przyczajki i poplątał nogi dopiero na prostej drodze do Międzygórza.

Po wdrapaniu się na najwyższy punk dzisiejszego rozkładu zajęć - Igliczną zstępuję na bezkresne połacie płaskości (Kotlina Kłodzka). Ehhh... nieznośna jest ta moja wyobraźnia. W Wilkanowie nie mogę powstrzymać się przed zajrzeniem na dziedziniec pałacu. Tuż przede mną, w pełnym pędzie, przejeżdża zaprzęg. Dwa konie o pięknej smukłej sylwetce, czarny lśniący w słońcu powóz. Zaprzęg zawraca brawurowo na dziedzińcu, staje. Młody mężczyzna zeskakuje, podaję rękę i pomaga zejść po wąskich stopniach rozbawionej popołudniową przejażdżką kobiecie. Przy wielkich zdobionych drzwiach wejściowych mija ich ogrodnik, kłaniając się w pas. No właśnie, wyobraźnia... Przed oczyma mam przecież kompletną ruinę z zawalonymi stropami, zachwaszczony dziedziniec i zamurowane okna. Ale o ile bardziej żal takich miejsc, o ile bardziej ściska za serce, gdy wyobraźnia pozwala to wszystko dostrzec. O ile łatwiej tym, którzy w ruinie widzą po prostu ruinę.

Płasko, płaściej, Długopole-Zdrój. Drepczę polną drogą, a za mną jak cień truchtem pomyka młody jeleniowaty. Kiedy obracam się robi zwrot, pochyla głowę i udaję że skubie trawę. Zabawa trwa jeszcze chwilę, w końcu siadam na pniu i czekam. Bonifacy (bo tak się do niego potem zwracam, tłumacząc, że nie może iść ze mną do Świeradowa), czai się jeszcze przez chwilę, próbuję zachodzić to od lewej, to od prawej flanki, w końcu oficjalnie uznaje mnie za stworzenie wystarczająco niegroźne, że pozwala sobie na podgryzanie mojego telefonu. Moja dezaprobata zdaje się głęboko Bonifacego uraziła, bo obróciwszy się "na pięcie", merdnął mi przed nosem ogonkiem i się oddalił. A ja w... Góry Bystrzyckie.

Od kolacji dzieli mnie jeszcze tylko kawałek Autostrady Sudeckiej. Pomijając fakt, że jedyne ślady na przyprószonej śniegiem jezdni zostawiły parzystokopytne, droga robi rzeczywiście wyjątkowe wrażenie. Budowana pod osobistym nadzorem Marszałka Rzeszy H. Göringa dla celów militarnych, utraciła dawno pierwotne znaczenie, właściwie utraciła jakiekolwiek znaczenie. Ale życzyłbym sobie, żeby budowane dziś autostrady wyglądały tak za 60 lat. Spać kładę się w ciepłym schroniskowym pokoju, śpiwór zwijając pod głowę. Przykrywanie się puchem w takiej temperaturze skończyłoby się pewnie tragicznie.

2011-01-13 "Asfaltowo" (05:50 - 16:30) PTTK Jagodna -> Zamek Homole


Z Jagodnej wypadam jak strzała. Nie żeby mi się tu nie podobało, wręcz przeciwnie - bardzo przytulne miejsce. Pomimo, że wczoraj i dziś kameralnie, widać, że bywa tu tłoczno. Wypadam jak strzała i szybko jak strzała gubię szlak. Kiedy już wreszcie trafiam na odpowiedni leśny dukt, kilka kroków w głębokim śniegu zmusza mnie do pozbycia się z ramion plecaka - ląduje na saniach. I choć nie każda przecinka leśna dedykowana jest dla tego sposobu poruszania się, w sumie wychodzę na tym biznesie na plus. Dłuży się nieco ten leśny dukt. Ale narzekać nie powinienem. Krok za krokiem bez ciążącego na plecach tobołka. Między drzewa leniwie zaczynają zaglądać pierwsze promienie słońca. Wstaje kolejny mroźny poranek. Śnieg z głębokich zasp dość często przeistacza się w doskonale ubitą białą nawierzchnię, po której sanie jadą same. Zdawać by się mogło, że cały dzień tak właśnie będzie wyglądał. Niestety... na czwartek kolega Orłowicz zaplanował dla mnie coś zupełnie innego - 15 km asfaltu. Tak... teraz chyba już mogę narzekać. Choć początkowo nie jest aż tak źle - widać, zima nawet w styczniu potrafi zaskoczyć drogowców. Toteż sanie bez odrywania się od śniegu mogą szusować dalej po niedbale odśnieżonej drodze. Sytuacja komplikuje się dopiero przed Zieleńcem, bo do zimowego kurortu goście winni przecież dojechać drogą odśnieżoną reprezentacyjnie. Przyklejony do pobocza, walczę o każdy płat brudnego śniegu. Obiecałem sobie, że dzisiaj plecak wróci na swoje miejsce tylko w ostateczności. Tymczasem trzy razy mija mnie drogowy pług, dewastując zupełnie brudny śnieżny ratunek dla moich pleców.

Za Zieleńcem do podstawowych zimowo-górskich przeciwności losu dochodzi kolejna - spory ruch samochodowy. Kozia Hala - plecak wraca na rozleniwione plecy. Przez Duszniki idę jak kaleka. Bolą stopy, lewe kolano i prawe biodro. Łykam kilka głębszych rdzawej wody z ulicznego uzdrowiskowego "dystrybutora", że ponoć lecznicza czy jakoś tak. Jedyne, co zyskuję, to zainteresowanie przechodniów. No tak... kuracjusz w środku zimy, półdupkiem uwieszony na wodopoju, sączy rdzawkę z termicznego kubka - widok niecodzienny, przyznaję. Ale żadnych skutków leczniczych. Dużo bardziej lecznicza okazuje się zapiekanka na Orlenie. Pani ze stacji, która ową zapiekankę zmajstrowała, przy płaceniu klepie formułkę o zbieraniu punktów Vity czy innych jakiś Pokemonach - podziękowałem, może następnym razem. Sama zapiekanka, choć trochę gumiasta i z mikrofali, to niesie mnie aż na sam zamek Homole. Po takim nadludzko asfaltowym wysiłku zasłużyłem na nocleg w królewskiej scenerii. I choć zamek (to co z niego zostało) nie prezentuje się nazbyt imponująco, a resztki baszty posiadają znikome walory tak estetyczne jak i obronne, to na moje skromne potrzeby w sam raz. W cieniu baszty rozbijam namiot i bez zbędnej zwłoki kładę zwłoki spać...

2011-01-14 "Panta Rhei" (05:40 - 19:00) Zamek Homole -> PTTK Pasterka


Początek dnia nie zasługuje na zbyt wiele słów - upłynął bez zakłóceń (większych). Absolutna norma: tradycyjne popieprzenie szlaku, w równie tradycyjnej porannej mgle, w nie mniej tradycyjnych egipskich ciemnościach. Szara i nieco ponura Kudowa nie daje przesadnych znaków życia - senna jakaś taka... Góry Stołowe

Przed bramą Błędnych Skał tablica, że turysta-śmiałek wchodzi na własną odpowiedzialność, trasa zaryglowana na cztery spusty, a ewentualne zwłoki eksploratorów zwozimy dopiero na wiosnę. Może nie do końca tak było napisane - pomylić coś mogłem, bo kiedy oddałem się lekturze tabliczki ostrzegawczej, binokle kompletnie zaszły mi mgłą od wszechobecnej wilgoci. Hmmm... rzeczywiście niewiele brakowało, a między Błędnymi Skałami czekać musiałbym przebiśniegów. Byłem tu parę ładnych lat temu latem. Wtedy większość przeszkód z racji kompaktowego wzrostu pokonywałem wyprostowany jak struna. Teraz z wielkim plecakiem, w zasypanych śniegiem i spływających wodą kamiennych zaułkach idzie mi znacznie oporniej. Najpierw pochylony w pas haratam plecakiem nisko uwieszony strop. Kiedy pochylić się już bardziej nie mogę, bo niechybnie wywinąłbym się na lewą stronę (jakkolwiek by to miało wyglądać), obieram wygodniejszą pozycję - na pątnika. Po mokrym śniegu szuram kolanami jak za jasnogórski ołtarz, skały na przemian klinują i uwalniają plecak, a czoło z każdym szurnięciem coraz bardziej ulega sile grawitacji. Łup... wypadam z dziury.

Chwila oddechu i czas na rozprostowanie kości. Chwila mija i zabawa zaczyna się od nowa. Do niewątpliwych atrakcji dochodzi lodowata woda po kolana... lub jak kto woli po łokcie, bo poruszam się właśnie na kolanach i łokciach. W kolejnym przesmyku jak na zatłoczonym parkingu przed hipermarketem - przeciskam się na grubość lakieru. Ślady tego etapu do dziś mam na nadgarstkach. Przejdę, nie przejdę. Utknę, nie utknę. Znowu przebiega przez głowę myśl o kwitnących wiosną przebiśniegach. W końcu staje na drodze przejście tak wąskie, że dedykowany chyba tylko dla anorektycznej sylwetki XXS w obcisłych leginsach. Wszelkie wątpliwości rozwiane... trzeba będzie na "Szarika w berlińskim metrze" - na czterech łapach z plecakiem w zębach.

Wypadam wreszcie z ostatniej szczeliny i z rozmachu ląduję na kolanach. Korzystając z wygodnej pozycji całuję ziemię, świętując ocalenie. Po czole spływają strugi wody. Właściwie spływają po wszystkim, a to jeszcze nie koniec atrakcji. Znaki i mapa dają na zejście do Karłowa półtorej godziny. Widać nie uwzględniają paru istotnych szczegółów: 1) rzeki płynącej ścieżką, 2) całej masy mokrego śniegu, 3) rzeki płynącej ścieżką, 4) całej masa ciężkiego od wody śniegu, 5) mówiłem już o rzecze płynącej ścieżką? Brodzę po kostki w strumieniu, bo tak jest szybciej niż po kolana w śniegu. Już nawet nie walczę z wodą, która wlewa się do butów przez wysokie cholewy. Wszytko płynie. Po godzinie marszu wyczerpuję ostatnie permutacje na zbiorze słów powszechnie uważanych za obelżywe. Kiedy docieram do Karłowa, zapada zmierzch.

Przed wyjazdem znalazłem informację w internecie, że Szczeliniec po latach przerwy znowu przyjmuje turystów na nocleg. Wiadomym jest, że telewizja kłamie... internet też. To znaczy na ogół nie kłamie, ale właśnie w ten piątek postanowił to zrobić. Jak się potem dowiedziałem trafiłem na dość rzadkie zjawisko, kiedy minięcie się dyżurujących opiekunów schroniska nie przebiega płynnie. Dlatego pocałowałem klamkę. Na szczęście niedaleko (200 metrów w pionie) jest... Pasterka. Byłem tu, za poprzednich gospodarzy. W sieci znaleźć można jeszcze echa gromów, które leciały wtedy na to schronisko. Że brud, smród i paciorkowiec rozpanoszony. Wchodzę... Jak nic chałupy pomyliłem?! Wszystko się zmieniło. Ze starego wnętrza zostały chyba tylko poręcze. Obsługa młoda i energiczna, atmosfera przyjacielska, czysto, miło. Po krótkim namyśle i paru wesołych chlupnięciach w butach podejmuję decyzję - jutro dzień luzu na sucho.

2011-01-15 "Suszenie" ( ;-] ) PTTK Pasterka

Budzą mnie pierwsze promienie słońca. W lekko ciężkawej głowie chlupie echo wczorajszych przygód. Stopy jakby trochę nie moje. W końcu moczone przez blisko 14 godzin w lodowatej wodzie mają prawo do autonomicznych decyzji. Wszędzie dookoła, gdzie tylko można uwiesić kawałek mokrej szmaty wiszą cenne elementy mojego ociekającego wodą dobytku. Suszę wszystko: ciuchy - te, które miałem na sobie i te z plecaka szczelnie zawinięte w worki, sam plecak, namiot, nawet laminowane mapy podeszły wilgocią, buty oczywiście. Cały pokój obwieszony jak choinka. Dobra, zwlec by się trzeba było do jadalni, pokazać ekipie. Wczoraj wpadłem do schroniska jak zjawa z mgieł i ciemności. Gotowi pomyśleć, że mieli zbiorową halucynację. Dzień upływa na nicnierobieniu, przeplatanym doglądaniem schnącego ekwipunku.

2011-01-16 "Po maśle" (05:40 - 14:30) PTTK Pasterka -> Góra Wszystkich Świętych (wieża widokowa)

Słońce zaszło parę minut temu. Leżę do połowy schowany w namiocie, wspierając się na łokciach. Ciepłą herbatę zagryzam czekoladą i przy dźwiękach ciszy gapię się w niebo. Jeśli nie myli mnie nazbyt moja orientacja w terenie, dostrzec stąd można niemal całą dotychczasową trasę. Bezchmurne niebo usiane setkami mrugających gwiazd, rześkie przejrzyste powietrze... podziwiam panoramę. Jedną z tych, dla których warto wyściubić czasem nos za próg swojego domu i ruszyć w góry. Przede mną przez drzewa prześwituje na horyzoncie zarys Masywu Śnieżnika. Po prawej iskrzą światła na stokach Zieleńca. Przez ramię jeszcze w czerwieni zachodzącego słońca Góry Stołowe i monumentalna bryła Szczelińca. Tylko na lewo nie bardzo wiem, co tak rozświetlone, Sokola może. To w Sowich, pójdę jutro i sprawdzę.

Całe to pasterkowe suszenie i atmosfera błogiego lenistwa tak mnie zregenerowały, że dzisiejszy, wcale nie taki krótki przecież etap (musiałem jeszcze wrócić na szlak) śmignąłem jak Armstrong nafaszerowany EPO i właściwie niewiele udało mi się z tego dnia zapamiętać. Zaplanowałem sobie nocleg na Górze Wszystkich Świętych, dlatego, mimo że zjawiłem się tu dość wcześnie, ani przez chwilę nie przychodzi mi na myśl, że mógłbym jeszcze dzisiaj gdzieś podreptać. Z początku pewien problem stanowią tubylcy, bo, jak mówi jedna z naczelnych zasad włóczykijstwa, tubylców nie należy informować o swoich noclegowych zamiarach. Trochę czasu mija zanim ostatni rdzenni uznali za stosowne zakończyć podziwienie panoramy z wieży widokowej i udają się w drogę powrotną ku osiedlom ludzkim. Póki co stoję jak kołek udając, że nieprzerwanie od czterech godzin zachwyca mnie piękno krajobrazu, czekając chwili, kiedy nieskrępowany zainteresowaniem gapiów będę mógł rozłożyć namiot.

2011-01-17 "Po grudzie" (05:50 - 19:00) Góra Wszystkich Świętych (wieża widokowa) -> PTTK Zygmuntówka

W nocy przyszło lekkie ochłodzenie, ciągnęło od kamiennego progu wieży, na którym się rozbiłem. Chyba, że odczuwane zimno ma coś wspólnego z tym totalnym przemoczeniem, z którego może jeszcze nie do końca się otrząsnąłem. W każdym razie noc zaliczyłbym do nieprzesadnie udanych. Zresztą poranek też nie wróżył spektakularnych sukcesów. Przywitał mnie całkowitą ciemnością, a niebo zasnuł chmurami. Żadnego przestrzennego punktu odniesienia. Tylko ja i kawałek oświetlonej światłem czołówki wieży, zawieszeni w ciemnościach. Z początku, ręce obydwie w zastaw dając, zaklinałbym się, że wybrałem dobry kierunek (i pewnie tak było), lecz po 15 minutach marszu znalazłem się w miejscu, które nie powinno znajdować się w tym miejscu. Przypominało bowiem ostatni kilometr wczorajszego etapu. Szybko przeorganizowałem w głowie mapę otaczającej mnie zamglonej rzeczywistości i skierowałem się asfaltem w dół - teraz już dobrze... Góry Sowie.

Ponieważ wczoraj szło się bardzo dobrze, a w przyrodzie równowaga być musi, dziś dla urozmaicenia wędrówki wielka kumulacja przeciwności losu. Jak po grudzie... a właściwie grudach... śniegu. I to tego najpaskudniejszego. W ogóle gdyby ktoś pytał, gdzie podział się cały śnieg z nizin, to jest w Górach Sowich. Wielka wilgotna kumulacja nawianych zasp, skutych z wierzchu nocnym przymrozkiem. Za twardych, by przecinać je szybkim marszem, ale i zbyt słabych, by utrzymać człowieka z plecakiem na ich powierzchni. Robię krok i wsparty na kijkach wyciągam się z głębokiej po kolana szczeliny, utrzymuję chwilę na powierzchni śniegu, po czym zapadam na tą samą głębokość. Tyleż męczące co frustrujące zajęcie. Gdyby stenogram z moich kwiecistych monologów trafił w ręce cenzury, to zapewne szybciej byłoby przepisać fragmenty publikowalne niż zakreślać te nienadające się do publikacji. Każdy krok, jak dwa kroki. Mordęga.

Pewnie nie dotarłbym do schroniska tak późno, gdyby nie mała reorganizacja szlaku na odcinku Czerwieńczyce - Srebrna Góra. Owszem, widokowo odcinek pewnie zyskał. Zyskał też jeśli chodzi o czas potrzebny na przejście. Niestety informacje o zmianach przebiegu szlaków nie docierają wystarczająco szybko do producentów map. Zasadniczo mam wrażenie, że w ogóle do nikogo nie docierają. Przede wszystkim słabo są uzgodnione z rolniczymi autochtonami, bo czym innym wytłumaczyć kompletne zaoranie części drogi. Po grudzie, po grudzie, ale w końcu jestem na miejscu. Tylko gdzie to miejsce? Pod stopami ubita na beton powierzchnia trasy narciarskiej. To miła odmiana po całym dniu brodzenia w wilgotnej śnieżnej masie. Stok spowija cisza i ciemności. Choć niezupełnie. U jego stóp rozgrywa się scena rodem z "Gwiezdnych wojen". Snopy oślepiającego jaskrawego światła tną niebo tam i z powrotem. Do uszu dociera pomrukiwanie silników i jęki pracującej stali. Srebrzyste oczy reflektorów penetrują metr po metrze całą powierzchnię stoku, co jakiś czas zawieszając wzrok na mnie. Spotkanie trzeciego stopnia, jak nic... z leniwie pełznącym w górę ratrakiem.

Schodzę trochę niżej. Przede mną zaczyna krystalizować się zarys dachu, zanurzonego w mroku domostwa. W oknach ciemno. Podchodzę bliżej, czym uruchamiam niechcący reakcję łańcuchową systemu obronnego posesji. Mam wrażenie, że ujadanie łańcuchowych czworonogów dochodzi do mnie ze wszystkich stron. Przy czym ta strona znajdująca się za mną, jakoś tak najbardziej mnie niepokoi. Schroniska jak nie było, tak nie ma. Widać wlazłem komuś do ogródka... A że nie mam zamiaru czekać aż któryś z psów zapragnie namacalnie mnie w tym przekonaniu utwierdzić, dość szybko, jak na moje umordowane marszem kończyny, melduję się w Bukowej Chacie u podstawy stoku. Niepotrzebnie.

Zerkam na mapę, po czym z mozołem wdrapuję się z powrotem w okolicę tak pospiesznie opuszczonej zagrody - schroniska. Teraz już nieco pewniejszym krokiem. A tam pierwsze takie przywitanie na trasie. W oknach leniwie budzą się światła. Rozbłyska lampa nad wejściem. Szczęk zamka w drzwiach i po chwili staje w nich uśmiechnięty gospodarz. Proszę, proszę. Nie przypuszczaliśmy, że jeszcze ktoś dziś przyjdzie. Może coś do picia, proszę siadać przy kominku, cieplej. Tam pokój, tam łazienka. Pytania: "skąd to i dokąd idę". Jakby coś trzeba będzie, proszę wołać. Zaraz grzejnik dodatkowy przyniosę, bo chłodno. Tego mi dzisiaj trzeba było... Robię małe pranie, doprowadzam się trochę do używalności, po czym wyczerpany wysiłkiem padam w ciepłą poduchę.

c.d.n.
 paczków - start
 świtem bladym, po nocy w jaskini wapiennej
 pałac w wilkanowie
 bonifacy
 autostrada sudecka
 
 gdy za ciężko
 przeciskanie przez błędne skały
 wodnym szlakiem
 wieża wszystkich świętych
 twierdza
 
 rogowiec
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com