facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-07-24
 

Fitz Roy - po 25 latach

W wyprawie patagońskiej w 1984 roku wziąłem udział zupełnie przypadkowo. Pod koniec października tamtego roku wybrałem się do Krakowa na uroczystości zorganizowane z okazji pięćdziesięciolecia polskich wypraw andyjskich.
Tekst: Michał Kochańczyk

Była to bardzo miła impreza, podczas której miałem okazję spotkać nestorów polskiego alpinizmu: Jana Alfreda Szczepańskiego i Witolda Henryka Paryskiego. Z Witoldem Paryskim udało mi się nawet dość długo porozmawiać. Podczas konferencji Adam Zyzak wygłosił ciekawy wykład, w którym przedstawił osiągnięcia polskich wypraw wysokogórskich w Andach w minionym pięćdziesięcioleciu. W spotkaniu uczestniczyło wielu polskich alpinistów, głównie ze środowiska krakowskiego.

Po części oficjalnej, poszliśmy z Piotrem Lutyńskim i Mirkiem Dąsalem „Falkiem”, których znałem z zimowych wspinaczek tatrzańskich, na piwo do jakiejś knajpki przy Rynku Głównym w Krakowie. Piotrek na podstawie zdjęć z kolorowych zachodnich czasopism alpinistycznych objaśniał Falkowi detale topografii ścian Fitz Roya w Patagonii, dokąd właśnie się wybierali. Słuchałem tego bardzo uważnie, dla mnie to było niczym „Bajka o żelaznym wilku”. Swoją drogą, barwne fotografie wielkich ścian patagońskich na każdym alpiniście robiły wrażenie. W trakcie rozmowy Piotrek niespodziewanie napomknął:
– A może ty byś z nami pojechał?




Potraktowałem to jako grzecznościowy gest, do głowy mi nie przyszło, by wziąć udział w takim górskim wyzwaniu. Ekipa zresztą była już dobrana, oprócz Piotra i Falka w wyprawie mieli brać udział Jacek Kozaczkiewicz „Koza” i Wiesiek Burzyński. Zresztą wyprawa była w bardzo zaawansowanym stanie organizacyjnym, a właściwie już trwała – Wiesiek Burzyński w tym czasie już płynął statkiem z bagażem ekspedycji do Buenos Aires.

Zostałem zaproszony na nocleg do mieszkania Piotra, gdzie w czasie kolacji przekonałem się, że Piotrek jak najbardziej serio zaprasza mnie do uczestnictwa w wyprawie i zależy mu na moim udziale. Sam do tej pory zastanawiam się, dlaczego Piotr mnie zaprosił? Czy liczył na moje doświadczenie andyjskie (w latach 1983 i 1984 brałem udział w dwóch wyprawach w Andach), czy na moją znajomość hiszpańskiego, czy też po prostu zrobiłem na nim dobre wrażenie podczas zimowego obozu w Dolinie Wielickiej w Tatrach Słowackich w 1977 roku? A może sądził, że czwórkowy skład wyprawy będzie za mały? Być może zadecydowały wszystkie te czynniki...

Odmówiłem, jakoś nie czułem się na siłach, by wziąć udział w wyprawie na takie wielkie ściany w okrutnym klimacie Patagonii. Sprawę przesądzał fakt, że wówczas na wizę argentyńską
czekało się kilka tygodni.

I w nocy przyszło olśnienie. Przypomniałem sobie, że w moim paszporcie, który był co prawda zdeponowany w Centralnym Ośrodku Sportu w Warszawie, znajduje się wiza argentyńska. (Latem 1984 roku przez dwa miesiące czekałem w Limie na bagaż wyprawy, który utknął w... Moskwie. W tym czasie między innymi załatwiłem sobie wizę argentyńską). Nabrałem odwagi i nad ranem zgłosiłem Piotrkowi deklarację udziału w wyprawie.

Następne dni były zwariowane. Przekonałem do swojego planu zarząd Klubu Wysokogórskiego
„Trójmiasto”. W tym czasie Klub pod wodzą energicznego prezesa Krzysztofa Paula prosperował świetnie dzięki prowadzonym szerokim frontem pracom wysokościowym, i pieniądze na bilet lotniczy dostałem niemal od ręki. Przy pomocy ofensywnej Hanki Wiktorowskiej, sekretarza generalnego Polskiego Związku Alpinizmu, udało mi się dość szybko, bo w ciągu kilku dni wydobyć paszport z Centralnego Ośrodka Sportu. Pracownicy ambasady Argentyny w Warszawie potwierdzili ważność mojej wizy. Zrezygnowałem z pracy w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Gdańskiego. Opłaciłem sąsiada, by przynosił koks i węgiel z piwnicy potrzebne do ogrzewania mieszkania. A Roman Werdon zdążył uszyć na czas kurtkę i śpiwór puchowy.

Zdobyłem mnóstwo drobiazgów potrzebnych na wyprawę. Znajomi byli mi bardzo pomocni:
Joasia Kozłowska (obecnie Paszkiewicz), studentka medycyny, specjalnie pojechała do Warszawy, by odebrać paszport, Hania Jendrzejewska po nocach szyła mi kurtkę i spodnie z polaru, który przemyciłem poprzedniej zimy ze Słowacji. Wojtek Gawęda pożyczył mi swój najlepszy czekanomłotek, od Ali i Andrzeja Marciniaków dostałem przyrządy zaciskowe. Jedynie
nie zdążyłem się pożegnać z moją Mamą, która w tym czasie była w sanatorium w Iwoniczu.


W bazie w Piedra del Fraile w dolinie Rio Electrico, od prawej: Piotr Lutyński (kierownik wyprawy), Wiesław Burzyński, Jacek Kozaczkiewicz "Koza", Mirek Dąsal "Falco" i Michał Kochańczyk "Misio". Fot. arch. Michał Kochańczyk

W połowie listopada z Jackiem Kozaczkiewiczem i Mirkiem Dąsalem polecieliśmy z Warszawy
poprzez Budapeszt, Dakar do Buenos Aires. Po wojnie o Falklandy do Buenos Aires zaczął latać Aerofłot i dlatego mogliśmy kupić za złotówki bilety na tę trasę.

Na lotnisku Ezeisa w Buenos Aires podszedł do nas krępy pięćdziesięciolatek i powitał nas po polsku: „Panowie udajecie się w góry? Musicie jednak natychmiast wracać!”.

Tak poznaliśmy Lutka Sadowskiego, niezwykle barwną postać Polonii argentyńskiej. By opisać jego życiorys, należałoby napisać kilka książek. Lutek miał otwarte serce, głowę pełną pomysłów, uwielbiał robić kawały. Zanocowaliśmy w jego niezwykle gościnnym domu, dosłownie mleka i miodu nam nie brakowało, a w czasie tygodniowego pobytu w Buenos Aires życie towarzyskie rozwinęło się bardzo intensywnie. Lutek od razu stał się szóstym uczestnikiem wyprawy, pomógł nam sprawnie odebrać Wieśka Burzyńskiego i bagaż z polskiego statku (który akurat przypłynął do Buenos Aires), postarał się o dostawę żywności dla wyprawy od swoich znajomych, wprowadził nas na salony argentyńskiej Polonii, gdzie podjęto nas eleganckim obiadem.

W domu u Lutka zaprzyjaźniliśmy się z Jerzym Peterkiem (o którym przedtem tylko czytaliśmy),
pilotem, wyśmienitym polskim alpinistą, na stale mieszkającym w Argentynie. Lutek pojechał razem z nami do polskiej ambasady. Z tego spotkania pozostał nam wszystkim wielki niesmak. Pamiętałem bowiem dobrze z książek, jak pomocne były polskie służby dyplomatyczne w czasie przybycia pierwszej polskiej wyprawy sprzed pięćdziesięciu lat, jak starały się, by przezwyciężyć wszelkie problemy formalno-celne. My byliśmy praktycznie pierwszą powojenną polską wyprawą, która przybyła z odważnym programem wspinaczkowym do Argentyny, jednakże pan konsul podczas spotkania chciał tylko wiedzieć, skąd mamy pieniądze na wyprawę...

Dokończenie relacji w: GÓRY, nr 4 (179) kwiecień 2009 r.

Zapraszamy także do zapoznania się z pełną monografią patagońską (rejon Fitz Roya i Cerro Torre) zamieszczoną w tym numerze.
Goryonline
 
2018-11-07
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”. Góry, wolność i niepodległość

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-19
HYDEPARK
 

Film „No Trace Tatra” na jesiennych festiwalach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-16
HYDEPARK
 

Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com