facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-04-17
 

El Chorro - bujdałka

W cieple poranka powoli dojrzewają pomarańcze, a my jesteśmy tak daleko, że nic nie jest w stanie zakłócić spokoju porannej kawy. 

Codziennie żółte słońce wstaje nad wzgórzem. W cieple poranka powoli dojrzewają pomarańcze, a my jesteśmy tak daleko, że nic nie jest w stanie zakłócić spokoju porannej kawy. Są też ptaki, mnóstwo ptaków. Ich śpiew rozlega się nagle i porwany przez wiatr dotyka naszych uszu, by ulecieć w ciszę. W Andaluzji czas płynie wolno.



Agnieszka Ostrzałek na Lourdes 8a. Fot. Paweł Zioło  



1 grudnia. Deszcz wali o namiot nieprzerwanie od dwóch tygodni, błoto po kostki, drogi zasypane, a w tle monotonnie warczy elektrownia. Jesteśmy w El Chorro, czas praktycznie stoi w miejscu. Nadzieja jest pełną wiedzą o rzeczach. Nie tylko o tym, jak się przedstawiają i jakimi są, lecz również o tym, jakimi powinny się stać, by urzeczywistnić swoje nierozwinięte przeznaczenie. Wypełnia nas nadzieja, ale zaczyna brakować cierpliwości. Rozwijamy nasze przeznaczenie na ośmiu metrach kwadratowych wilgotnego panela w Refugio. Czekamy. Każdy ma jakieś prywatne wyobrażenia o miejscu, do którego się udaje. Perła Andaluzji („Grimper”), Wspinaczka pierwszej klasy w Andaluzji („Klettern”) – dlatego teraz spacerujemy z aparatami i uwieczniamy to, co nie znalazło miejsca na łamach prasy, a jest jak najbardziej rzeczywiste i tworzy miejscowy krajobraz.

Styczeń był najpiękniejszym miesiącem, jaki dane nam było przeżyć w Chorro. Żółte słońce codziennie wstawało nad wzgórzem, coraz mniej kropli odrywało się z sopli i kaloryferów na Makinodromo, a po trzech tygodniach pierwsi wspinacze pojawili się na Lourdesie. Kursujemy pomiędzy Poemą a Makinodromo, ciesząc się wspinaniem, słońcem i błękitem. W końcu możemy powiedzieć, że jest tak, jak miało być. Ambicje rosną i choć jesteśmy w drodze już trzeci miesiąc, dopiero teraz czujemy się swobodnie. Lubimy te długie, przewieszone drogi i wcale nam nie przeszkadzają „resty do zera”. Cieszy zakup 75-metrowej liny, bo prawie zawsze stajemy na ziemi bez zbędnych kombinacji. „Strzałka” znowu przytargała reklamówkę przeraźliwie słodkich mandarynek. Czesi pchają swojego busa, Rolf kupił w końcu znaczek, my jedziemy na zakupy, które są przeciwieństwem tego, czym były kiedyś. Dziś oszczędności, szukanie okazji, niewyszukana dieta, drobne oszustwa na wadze. Nawet wina już nie kupujemy.
Wieczorami można zajść do Refugio, wypić piwo, zapalić, zobaczyć w telewizorze Andradę na La Rambli lub przy stoliku obok, jak gra w kości, a następnego dnia tunelami przespacerować się pod skały. W dzień wolny oczywiście El Camino.


Widok na El Camino z ostatniego wyciągu drogi Zeppelin. Fot. Paweł Zioło



Co to jest El Camino del Rey? Tego nie wiedzą chyba nawet sami Hiszpanie. Przewodnik podaje: „wąska betonowa ścieżka przebiegająca w połowie wysokości wąwozu kilkaset metrów poniżej jego dna. Została zbudowana w ramach projektu budowy hydroelektrowni.” Inna wersja – zbudowana po to, by król mógł obserwować postępy przy budowie linii kolejowej. Słyszeliśmy jeszcze przynajmniej dwie wersje, lecz nie zmienia to faktu, ze trzeba się tam koniecznie wybrać z liną czy bez.

Kiedy w nocy budziły mnie gromkie i niecenzuralne okrzyki „Strzałki”, nie otwierając oczu, ani nie wytężając specjalnie słuchu, wiedziałem... pada. To z kolei znaczyło, że oboje mamy resta, że będziemy czekać, aż się wypada, czekać, aż wyschnie oraz żywić nadzieję, że nie zacznie padać ponownie.

Właściwie to większość dróg w naszym zasięgu jest już zrobiona, teraz koncentrujemy się na naszych wybrańcach: ja na Shaka Zulu, Strzałka na Lourdes.

Zgodnie z naszym systemem „dziś mój dzień wspinania, jutro twój” wypadło na „Strzałkę”, tak więc optymistycznie, lecz dość mozolnie pniemy się pod Makinodromo. Mimo że zostało nam zaledwie 10-15 minut podejścia, bez wahania decydujemy się na tradycyjny przystanek, a fakt, iż wyprzedza nas cała gromada bladych wspinaczy z obłędem w oczach wcale nas już nie dziwi. Przecież mamy czas. Jesteśmy pod ścianą i największa obawa staje się niestety rzeczywistością, Lourdes jest mokry i nawet pełne garści magnezji nie pomagają „Strzałce” w walce z wyjeżdżającymi chwytami i stopniami. Pozostaje jedno, czekać.
Czas mija, pogoda płata figle, a my cierpliwie oczekujemy na chwile, które będą uwieńczeniem naszego wyjazdu. 


Paweł Zioło na Shaka Zulu 8b. Fot. Agnieszka Ostrzałek



Kolejny dzień i znowu sylwetki ludzi giną gdzieś w przewieszeniu. To co niedawno wydawało się tak odległe, dziś jest już tylko miłym wspomnieniem. Wietrzny Shaka padł, mokry Lourdes pokonany! Życie ucieka, a wszyscy tu obecni wydają się z tego powodu wielce szczęśliwi. Jesteśmy w kraju Don Kichota pomni tego, że wiara na przekór rzeczywistości pozwala poruszać się w świecie przygód. Ciekawe tylko, kiedy Dulcynea zmieni się w Aldonze i czy będzie to odczarowanie czy też oświecenie. Na razie trzymamy się kurczowo swojego świata, magnezjując od czasu do czasu.

Tekst: Paweł Zioło

Góry, nr 9 (124) wrzesień 2004

(kg)
 
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-18
HYDEPARK
 

Kurtyka. Sztuka wolności

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com