facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-07-08
 

Droga Angielska (Piz Badile)

Kolejne studenckie wakacje roku 1998 zbliżały się milowymi krokami. Partnera na wyprawy górskie, w osobie Marka Czyża, miałem sprawdzonego; miałem też określony cel, czyli Piz Badile (3308).

Tekst: Piotr Sztaba

Kolejne studenckie wakacje roku 1998 zbliżały się milowymi krokami. Partnera na wyprawy górskie, w osobie Marka Czyża, miałem sprawdzonego; miałem też określony cel, czyli Piz Badile (3308). Niewiadomym podczas wakacji poostawały rodzina Marka oraz pogoda.
Rozwspinanie łapaliśmy na skalnych ścianach przełęczy „Furka”, skąd finalnie zgonił nas śnieg – pojechaliśmy na wspomnianego Badyla, którego pierwszy widok wcisnął mnie mocno w siedzenie fotela Markowej łady. Piętrzył się bowiem wyjątkowo stromo i sprawiał wrażenie niedostępnej, iście patagońskiej turni, smaganej śniegiem i wiatrami.
Przez głowę przemknęła mi myśl, że – zapominając o rakach i dziabach – zabraliśmy nieodpowiedni zestaw sprzętu. Żeby jednak nie zapeszać i nie burzyć sielskiego  klimatu wakacji rodzinnych mojego partnera, uwagę tę zostawiłem dla siebie.
Na polskim „polu namiotowym” pod ścianą bawiła już plejada gwiazd z rodzimego Kraka. Jak donosili, pogoda jest w kratkę, a ich, niestety, te burzowe dni zawsze zastawały w ścianie. Pozytywną stroną tego stanu rzeczy było to, że w drodze zejściowej mogli się opalać. Logistyka działań nasuwała się więc sama, należało wspinać się po dniu burzowym w non-stopie i na lekko.


Fot. Jakub Radziejowski



Na rozgrzewkę padł relatywnie pewny i bezpieczny cel w postaci drogi Another Day in Paradise. Linia, choć opiewała na VII i gnały na nią tłumy Szwajcarów, nie pozostawiła jednak w mej pamięci żadnych wrażeń – jednostajna, położona, bez charakteru, w przeciwieństwie do kolejnej drogi, przy przejściu której upierał się Marek. Mowa o drodze Cassina, która nie bardzo z kolei mi pasowała z uwagi na częstą kruchość klasyków. Tym razem okazało się być inaczej, a Cassin był zarówno drogą historyczną, jak i bardzo ciekawą wspinaczkowo. Na Cassina przystałem pod jednym warunkiem: jeżeli starczy czasu i pogody, to uderzymy na Drogę Angielską z zamiarem jej odhaczenia. Marek zgodził się na taką propozycje, bo filar, którym biegła, wyglądał bardzo ciekawie: pionowy z dojściem po lodowcu, wspinanie do końca, a do tego z niewiadomą wyciągów A1 i A2. Założyliśmy, że jeżeli droga sprzed kilkunastu lat ma wycenę V+ A2, to może paść klasycznie.

Z uwagi na sprawdzającą się pogodę „w kratkę” do problemu podeszliśmy jak wcześniej, czyli na lekko i w non-stopie. Pierwsza próba, z uwagi na wyjątkowo niepewną pogodę o poranku, zakończyła się pod startem w drogę, skąd zjechaliśmy grzecznie kuluarem na lodowiec.
 Pod ścianą naocznie przekonaliśmy się, że cel jest nietuzinkowy i trzeba być naprawdę wypoczętym, aby na niego uderzyć. Ogląd bezpośrednio spod ściany utwierdził nas w przekonaniu, iż należy iść na lekko, bo choć do przełamania ściany było 500-600 metrów, to wyglądało na to, że cały czas jest ciąg rys. Kolejnego dnia wylądowaliśmy znowu pod ścianą, ale tym razem zrezygnowaliśmy z asekuracji w kuluarze podejściowym na rzecz szybkiego przeżywcowania i tym samym zminimalizowania czasu obstrzału przez lecące z przełęczy kamienie.

Kiedy słońce wyszło zza „Czongalo” i radośnie oświetliło filar, naszym oczom ukazały się mokre zacieki na całej jego długości. Zapowiadało się, że lekko nie będzie. Pamiętam kilka mokrawych rys, o ostrych jednak krawędziach i trudnościach do VII, które puściły w pełni klasycznie. W dwóch trzecich filara zbliżyliśmy się do małego okapu, za kantem którego zaczynało się niewidoczne dla nas zacięcie. Po dziesięciu latach, jak dziś pamiętam, iż na wyjściu z okapu osadziłem dobrą kość DMM nr 8 (zieloną J) i znalazłem się w miejscu, z którego mogłem albo spaść, albo zdecydować na strzał za kant do – jak mniemałem – rysy. Zdecydowałem się jednak na to drugie, ale pacnąłem tylko gładkie zacięcie i zacząłem zjeżdżać w dół ciągnięty siłami natury.

Moje rozcapierzone palce prawej dłoni natrafiły w czasie „zsuwania” na hakodziurę. Utrzymałem chwyt i po kilku szybkich ruchach byłem na stanowisku. Wcześniejszy strzał w ciemno dużo mnie kosztował, zarówno psychicznie, jak i fizycznie i nie miałem siły ani ochoty patrzeć wyżej. Zazwyczaj spokojny Marek wyłaniając się spod okapu, uzmysłowił mi jednak, iż coś tu nie gra: „no to z tą droga, ku… Sztaba wymyśliłeś”. Rzut oka do góry ukazał pionowe zacięcie bez rysy.
Z bliska zacięcie okazało się przystępne, a jego prawa część posiada fantastyczne dziury, które zdecydowanie ułatwiały wspinaczkę. Kilka hakodziur, które poprawiły asekurację, dodatkowo podniosły też wrażenia psycho-estetyczne tego wyciągu... Marek założył ostatnie stanowisko przed przełamaniem. Od krawędzi ściany dzieliło nas tylko 30 metrów, jednak z płata śniegu powyżej lał się przez tę część ściany potok. Na wyciągu kilkakrotnie złapaliśmy się haków i pamiętam, że główną do tego motywacją (poza cieknącą lodowatą wodą pod pachami przy trzymaniu chwytów) była zbliżająca się mroźna noc. Spędziliśmy ją w bivacco na szczycie Badyla. Wewnątrz blaszanej konstrukcji komfort noclegu umiliło nam kilka koców oraz pozostawiony przez poprzedników „gorący kubek” Knorra – w polskim wydaniu, za co bardzo rodakom na obczyźnie dziękuję.

Trudnych przechwytów w skałach po latach nie pamiętam, jednak te problematyczne z górskich eskapad na trwałe pozostają w mej pamięci, a takim właśnie był strzał w „ciemno” nad okapem na Drodze Angielskiej.

Gorąco polecam!

Więcej o Piz Badile w monografii GÓR, nr 4 (167) kwiecień 2008

(kg)
 
 
 
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com