facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2006-01-02
 

Czy SQUAMISH jest Rajem?

Czy Squamish jest więc Rajem? Czy powinniśmy o nim śnić? Marzyć? Z pewnością można je uznać za miejsce wyjątkowe. Niewiele jest chyba  rejonów o tak zróżnicowanym charakterze. Niezależnie od tego czy kochamy małe czy duże formy, czy wolimy sami tkać, czy preferujemy stuprocentowe pancerne bolty – wszystko to znajdziemy w Squamish


 Przedziwna sytuacja. Siedzę w Hejszowinie i różowymi opuszkami stukam w klawiaturę. Na prośbę Wielkiego Redaktora mam wyprodukować „coś” o Squamish. Jak zwykle ciężko jest zacząć, no i odwieczny problem, żeby wypuścić coś, z czego będzie się naprawdę zadowolonym. Zdradliwa wena raz jest, raz jej nie ma. Dlatego podkarmiam ją pysznymi dźwiękami Roots Manuvy. Mam mało czasu, bo zaraz pewnie zjawi się Johnny Romanowski ze swoim R i wrzuci na głośniki Larda z szatańsko-boskim wokalem Jello Biafry. A przy tym tę moją wenę chyba szlag trafi.

W Ameryce można zapinać łódki i drzeć z oblaków przez okrągły rok. Trzeba tylko wiedzieć, kiedy i w jakim miejscu należy się znaleźć. Gdy sezon w jednym się kończy, wspinaczkowe plemię ładuje się w swoje trucki i rusza w poszukiwaniu kolejnego optymalnego rejonu. I tak po jesiennych zmaganiach w Dolinie, wraz z nastaniem pierwszych deszczy i chłodów, podąża na południe do Joshua Tree lub Indian Creek. Gdy zima odpuści, a poziom wody w Merced River rośnie, Yosemite znowu ożywa. Zjeżdżają bandami z Hueco Tanks, wspinają się, siedzą w cafeterii i planują, co zrobią, gdy nadejdą pierwsze upały. Dzień Niepodległości to ostatni dzwonek na ucieczkę z Doliny. Opcji do wybrania jest jak zwykle kilka. Część, przecinając stany Oregon i Washington, jedzie do Squamish.

Wylądowaliśmy w Squamish na początku sierpnia. I w odróżnieniu od większości tam obecnych nie przyjechaliśmy prosto z Bugaboos czy Yosemite, tylko z Warszawy. Miękkie lądowanie w Vancouver zapewnił nam Robert Rogoż vel Jerry Gwizdek. Człowiek to arcydobry: nie dość, że odebrał nas z lotniska i przywiózł do Squamish, to dodatkowo wyposażył w lodówkę pełną jedzenia. Zajadając się „gwizdkowymi” przysmakami, pierwszy raz ujrzeliśmy Chiefa – kanadyjską wersję El Capa. Na tym skojarzenia z yosemickimi klimatami się nie kończą. Podobnie jak w Dolinie, tak i w Squamish praktykuje się kult Czterokołowego Wehikułu, dlatego głównym miejscem obrządku, a co za tym idzie także i życia społecznego, jest parking. Tam zaczyna i kończy się każdy dzień...

W tym miejscu nastąpiła ponad miesięczna przerwa w pisaniu tego artykułu. Wielki Redaktor zmienił plany wydawnicze i materiał o Squamish został chwilowo zawieszony. Ja wróciłem do warszawskiej rzeczywistości, odkładając dokończenie tekstu na później. A  powyższy fragment, w nieznanych okolicznościach, zaginął w moim komputerze. Moje hejszowińskie dzieło, z dużymi problemami, odnalazłem dopiero po kolejnych ponagleniach Wielkiego Redaktora. Trzeba je więc dokończyć...

Sierpniowe poranki w Squamish bywały chłodne. Dlatego nie dziwił widok wylegających na parking ludzi w puchówkach,  którzy wyglądali jak postaci z reklamy Michellina. Opary organicznej kawy wydobywały się z trucków, a ich senni właściciele ustalali plan dnia. Wachlarz dostępnych wspinaczkowych dyscyplin jest bardzo szeroki. Buldering i spacerki z padem wśród milionów kamieni rozsianych w lesie pod Chiefem? Może jakieś sportowe wspinanie tuż nad zatoką? Albo coś „na własnej”? Duża ściana? Czy jednowyciągowe rysy? Dla każdego coś miłego.
Co ciekawe, panie w większości obstawiały bulderowanie. Widok dziesiątek kobiet, prężących się na granitowych kamieniach, nadawał temu miejscu rajski wymiar. Ale żyjąc w czasach relatywizmu trzeba pamiętać, iż dróg do Raju jest wiele. Dlatego wyznawcy jammingu osiągają Absolut, napawając się innymi widokami, np. rys na palce, rąk przecinających granit Chiefa czy też obrazem bosko osadzonego cama, który w chwili słabości uratuje ich człecze istnienie. Dla niewiast zostawiają wtorkowe wieczory, kiedy to pizza w miejscowym barze kosztuje połowę normalnej ceny, a swoje samcze atuty można uzewnętrznić przy stole bilardowym lub piłkarzykach.

Czy Squamish jest więc Rajem? Czy powinniśmy o nim śnić? Marzyć? Z pewnością można je uznać za miejsce wyjątkowe. Niewiele jest chyba  rejonów o tak zróżnicowanym charakterze. Niezależnie od tego czy kochamy małe czy duże formy, czy wolimy sami tkać, czy preferujemy stuprocentowe pancerne bolty – wszystko to znajdziemy w Squamish. Podejrzewam, że można tam przesiedzieć całe lato, a i tak wystarczy rzeczy do włojenia. Nie byłbym jednak do końca szczery, mówiąc, że był to dla mnie istny Raj. Czegoś mi w Squamish brakowało i dlatego chyba bez bólu je opuszczałem. Następnym kanadyjskim przystankiem miało być Bugboos... Ale to już osobna historia.

Tekst: Wawrzyniec „Wawa” Zakrzewski

Zdjęcia: Tadeusz Grzegorzewski

"Góry", nr 12-01 (139-140) grudzień-styczeń 2005/2006

(kg)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com