facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2011-03-28
 

Coropuna Apu - wyrocznia i penitenty

Są ludzie, którzy twierdzą, że zostali „wybrani przez Coropunę”. Całymi dniami włóczą się po księżycowych bezkresach tysięcy kilometrów kamiennej pustyni wokół tej góry....
Tekst: Mirek Mąka

Są ludzie, którzy twierdzą, że zostali „wybrani przez Coropunę”. Całymi dniami włóczą się po księżycowych bezkresach tysięcy kilometrów kamiennej pustyni wokół tej góry. W chaosie jałowych skał, wyschniętych „quebrad” i moren niegdysiejszych lodowców odkrywają porządek natury, tajemnicę życia i dostępne tylko nielicznym, pierwotne piękno nietkniętego cywilizacją świata. Biwakują wśród lśniących, polerowanych przez wiatry głazów o fantastycznych kształtach, godzinami wpatrując się w białą, nierealną zjawę Coropuny – owładnięci niejasnym, lecz usilnym przeczuciem, że nie są tu przypadkowo i może ujrzą lub zrozumieją coś, czego dotąd nie pojmowali. Ci dziwni wędrowcy to ludzie uzależnieni od Coropuny, naznaczeni tajemną mocą tej świętej góry. Lecz myliłby się ten, kto by sądził, że to nawiedzeni mistycy o skłonnościach anachoretów, gdyż „wybrani przez Coropunę” to ludzie wrażliwi i wykształceni, nierzadko naukowcy zarówno z Peru, jak i z innych krajów, w tym także Polacy, których los rzucił na lata w okolice Arequipy. Jedni zadowalają się wędrówkami po kamiennych pustkowiach wypiętrzonych między 4000 a 5000 metrów – aż do granicy wiecznych śniegów i lodowców. Inni latami marzą o wejściu na szczyt, bo uwierzyli, że byłby to najważniejszy szczyt w ich życiu. Niektórzy z nich otarli się o śmierć: ktoś ocalał jako jedyny z katastrofy autobusu w wąwozie koło Coropuny, ktoś inny cudem zwalczył poważną chorobę. Ci ludzie, po wyjściu ze „smugi cienia” nabrali przekonania – jakże niełatwego w dialektycznym dyskursie – o szczególnym związku ich losów z Coropuną. Ten rodzaj zdystansowanego, intymnego mistycyzmu, odpowiada głębokiej potrzebie odnajdywania sensu i budowania prywatnej mitologii własnego życia. Ich powikłane, indywidualne losy łączy – jak mityczna „axis mundi” – ta niezwykła, owiana legendą góra. „To nie my wybraliśmy Coropunę” – zwykli powtarzać – „To Coropuna wybrała nas”.


Masyw Coropuny od zachodu.
Fot. Elżbieta Jodłowska

Po siedmiu godzinach jazdy z „białego miasta” – Arequipy, zakończonych mozolną wspinaczką zawiłymi serpentynami dróg wyciętych w ścianach gigantycznych wąwozów, nasza terenowa toyota dotarła do niezwykłego, zawieszonego na skalnym tarasie miasteczka Chuquibamba. To już ostatnia ostoja cywilizacji i ostatnie sklepiki, w których uzupełniliśmy zapas napojów. Tu kończy się dziurawy asfalt i dalsza droga, wiodąca przez góry do odległego Cotahuasi, to nieustanna huśtawka na wybojach wąskiej, bitej szosy, pokonującej ciasnymi zakosami kolejne kilometry niekończących się stoków, ponad dolinami o tak urzekająco dzikim i pierwotnym krajobrazie, że gdyby wśród skał pojawiła się nagle sylwetka dinozaura, bez zdziwienia uznalibyśmy ten widok za naturalny. W końcu, po przekroczeniu wysokości 4000 m, nad bezkresnym morzem rudych, jałowych wzgórz i przepastnych, niezbadanych jeszcze wąwozów, przez mgiełkę drgającego w upale powietrza ujrzeliśmy na północy białą zjawę Coropuny. Była tak nierealna – oddzielona od ziemi sinym pasmem cienia – że sprawiała wrażenie skłębionego wału olśniewających bielą chmur. Dopiero wyostrzone spojrzenie zaczęło rozróżniać ogromne stoki śnieżne, szerokie wcięcia przełęczy między kopułami szczytów, bariery seraków oraz zastygłe rzeki lodowców. Potężna, rozciągnięta nad horyzontem sylwetka góry zdawała się unosić nad kamiennymi równinami spalonej słońcem pustyni, jakby zawieszona na tle błękitu horyzontu. Nie sposób było oderwać wzroku. Czar Coropuny zaczął działać...

W sierpniu 2010 roku, po dwóch latach od naszej nieudanej próby wejścia, wróciliśmy pod Coropunę w niemal niezmienionym składzie: Marek Szpot – kardiolog z Zakopanego, Elżbieta Jodłowska – artystka plastyczka z Krakowa oraz ja – etnolog i wolny strzelec, także z Krakowa. Z Markiem mieliśmy przed laty wiele udanych sezonów w Tatrach, z Elą zaś wspinam się od kilku lat. W naszej małej wyprawie wzięli też udział Peruwiańczycy: Daniel Milla – świetny wspinacz i przewodnik z Huaraz, Clever Coronel – sympatyczny wspinający się kucharz i tragarz w jednej osobie oraz Lucio – tragarz, którego wynajęliśmy w Arequipie.


Od lewej: Clever Coronel, Daniel Milla Lliuya, Mirek Mąka, Ela Jodłowska i Marek Szpot.
Fot. arch. Mirek Mąka

Późnym popołudniem 19 sierpnia po kilkugodzinnej jeździe z Arequipy dotarliśmy do jeziora Pallacocha (ok. 4750 m), skąd zwykle zaczyna się podejście pod Coropunę, lecz minęliśmy je i naszą terenową toyotą dowspinaliśmy się najwyżej, jak to było możliwe – aż do miejsca, gdzie poprzeczne żleby uniemożliwiały dalszą drogę.

Słońce chyliło się ku ciemniejącej grani odległej Solimany, zalewając zachodnią połać nieba łuną złotopomarańczowych barw. Odesłaliśmy nasz samochód do Arequipy i na wypłaszczeniu pod pasem malowniczych skałek rozbiliśmy namioty. Następnego dnia nieśpiesznie ruszyliśmy w górę w księżycowym krajobrazie olbrzymich, łagodnie wznoszących się moren. Po kilku godzinach dotarliśmy do niewielkiej, zagubionej wśród głazów dolinki o płaskim dnie. Pomiar GPS wskazywał wysokość 5576 m. Uznaliśmy, że miejsce nadaje się idealnie na obóz. Przed nami, za kolejnymi morenami lodowiec przełamywał się potężnymi barierami seraków, po prawej zaś piętrzyło się ogromne żebro skalne Coropuny Apu, niknące kilkaset metrów wyżej w rozległych polach śnieżnych pod szczytem. Wiedzieliśmy, że wiedzie nim normalna droga, lecz także i to, że są tam wyjątkowe kruszyzny, mocno uprzykrzające wspinaczkę. Bez zbędnego pośpiechu – bo czasu mieliśmy pod dostatkiem, a piękna pogoda nie zapowiadała zmian – całe popołudnie oraz następny dzień poświęciliśmy na spokojny rekonesans w celu wybrania optymalnej drogi podejścia i, co nie mniej ważne – zejścia.

Topografia ścian Coropuny Apu oraz morenowo-lodowcowego terenu u jej stóp jest bardziej skomplikowana i nieco trudniejsza niż trasa wejścia na Coropunę Principal, ale w obu przypadkach trudności techniczne są niewielkie. Mieliśmy już wstępne rozpoznanie, gdyż byliśmy tu dwa lata temu, choć nasza ówczesna trasa wiodła bardziej na północ, wzdłuż lodowca, do wysokości 5900 m. Kilka nowych, istotnych informacji otrzymaliśmy też od przewodników w Arequipie. Dane te należało jednak zweryfikować w terenie. Daniel wraz z Cleverem wykazali się tu szczególnym zaangażowaniem, odbywając długi wypad powyżej przełamania lodowca oraz w dolne partie zachodniego żebra. Wieczorem projekt wejścia na szczyt był już szczegółowo dopracowany.


Podejście pod Coropunę Apu.

Fot. Elżbieta Jodłowska
 
Kolejny dzień, 22 sierpnia, rozpoczęliśmy jeszcze przed północą menażką gorącej zupy, po czym z włączonymi czołówkami ruszyliśmy żmudnym podejściem kruchymi usypiskami zachodniej grzędy. Ktoś obserwujący z dala nikłe światełka zagubione wśród skał mógłby sądzić, że zmierzamy ku normalnej drodze. My jednak po dojściu do grani zaczęliśmy schodzić po przeciwnej stronie, by po godzinie na wysokości 5705 m osiągnąć szeroką lodową nieckę wypełnioną penitentami. Nad nami bielała pogrążona w cieniu, skuta lodem południowo-zachodnia ściana Coropuny Apu. W ostrym skrócie perspektywicznym piętrzyły się hektary nastromionych penitentów, niknące setki metrów wyżej, w miejscu, gdzie ściana przełamuje się na tle rozgwieżdżonego nieba, przechodząc w bezkresne pola śnieżne pod szczytem. Olbrzymi, czarny łuk zachodniego żebra zamykał horyzont na północ od naszej drogi.

Można się spierać, czy właściwym terminem jest „ściana”, czy może raczej „stromy stok”, gdyż średnie nachylenie wynosi tu 40-45°, z niewielkimi fragmentami dochodzącymi do ok. 60°. Wtedy jednak nie było to dla nas istotne. Związani ze względu na sporą ilość szczelin, rozpoczęliśmy mozolne przerąbywanie się przez strome pola ostrych jak noże penitentów, sięgających średnio do pół uda. Każdy krok ku górze wymagał skruszenia kolejnych spiczastych stalagmitów, stwardniałych jak stalowe ostrza na kilkunastostopniowym mrozie. Prowadził Daniel, pracowicie rąbiąc czekanem i zdobywając kolejne metry. Podziwialiśmy jego niespożytą energię, niesłabnącą ani na chwilę pomimo kolejnych wyciągów przerąbanej trasy. Przy odgłosach pękającego lodu i osypujących się odłamków wolno pokonywaliśmy kolejne połacie ściany, zatrzymując się z rzadka na łyk gorącej herbaty, gdyż temperatura spadała w miarę wysokości, wspomagana coraz silniejszym wiatrem. Teren, choć niezbyt stromy, okazał się nadzwyczaj uciążliwy. Twardy śnieg w takim miejscu zapewniłby komfortowe podejście w znacznie krótszym czasie, jednak na naszej drodze rozpościerały się bezkresne lasy penitentów, skutecznie spowalniające każdy krok ku górze. Pomimo katorżniczego czyszczenia drogi z lodowych ostrzy, już po kilkuset metrach mieliśmy pocięte i podziurawione ochraniacze, a całkowicie przetarta taśma od czekana Daniela pękła w połowie ściany. Mimo narastającego zmęczenia i wychłodzenia, godzina po godzinie pięliśmy się wyżej, czekając z utęsknieniem na ciepłe promienie wschodzącego słońca. Najbardziej wypatrywała go Ela, dzielnie napierając z malowniczym makijażem sinych fioletów na wargach i twarzy.

Marek Szpot i Mirek Mąka na pd.-zach. stokach Coropuny Apu (ok. 6000 m). W oddali jezioro Pallacocha.
Fot. Elżbieta Jodłowska


Niestety, tkwiliśmy w zachodniej ścianie, więc słońce było po przeciwnej stronie góry. Gdy szarym świtem, szerokim skośnym trawersem osiągnęliśmy najwyższe skały zachodniego żebra, rozległe przestrzenie pustyni z błękitnym oczkiem jeziora Pallacocha świeciły już pomarańczowożółtym blaskiem. My zaś nadal kostnieliśmy na mroźnym wietrze, w granatowym cieniu. W końcu jednak nadszedł oczekiwany moment i zza kolejnego przełamania stoku wystrzeliły oślepiające promienie upragnionego słońca.

Zrobiliśmy krótki postój na łyk czegoś ciepłego, czołówki powędrowały do plecaków, twarze pokryliśmy warstwą kremu, a oczy osłoniliśmy ciemnymi okularami. Po ośmiu godzinach ciężkiej rąbaniny w penitentach dotarliśmy do wielkich pól śnieżnych na wysokości około
6000-6100 m, w szczytowych partiach Coropuny. Teraz rozpoczęło się żmudne, kondycyjne podchodzenie ogromnymi płaszczyznami stoków. Na szczęście skończyły się penitenty, a zmrożony śnieg trzymał solidnie, także tylko z rzadka zapadaliśmy się głębiej w nawianych
zaspach. Z wolna mijały godziny jednostajnego chrzęstu raków, przyśpieszonych oddechów, krótkich postojów, i kolejnych, niekończących się śniegów. W miarę zbliżania się do szczytu nasilały się porywy wiatru i wzrastał ciężar zmęczonych nóg. Zmęczenie najwyraźniej nie dotyczyło jednak Daniela, który wysforował się do przodu, przecierając szlak. Daleko, na tle nieba, wciąż oddalała się żółta plama jego kurtki, aż zniknęła za przełamaniem stoku. Gdy dotarliśmy do tego miejsca, ujrzeliśmy go ponownie, znieruchomiałego na łagodnym, bałuchowatym wzgórku dwieście metrów dalej. Powoli, w nieregularnych odstępach, stąpaliśmy po jego śladach, aż wreszcie wszyscy spotkaliśmy się na szerokim, zupełnie
płaskim plateau. Stąd nie można już było wyżej podejść.
Byliśmy na szczycie.


Na szczycie Coropuny Apu (6356 m). Od lewej: Mirek Mąka, Marek Szpot, Ela Jodłowska i Clever Coronel.
fot. Daniel Milla Lliuya

Dochodziła godzina 14.00, a więc wejście zajęło nam jedenaście godzin od podstawy ściany, a trzynaście od obozu. Walcząc z silnym wiatrem, doktor Szpot w skupieniu diagnozował wysokość góry – GPS wyświetlił mu 6356 m. Widoczność była znakomita, mrozu najwyżej kilkanaście stopni, więc baterie nie odmawiały współpracy i zrobiliśmy sporo zdjęć, a także nakręciliśmy radosną sekwencję filmu. Radosną, bo jakże się nie cieszyć! Mieliśmy świadomość, że z dużym prawdopodobieństwem jako pierwsi Polacy weszliśmy na ten sześciotysięcznik, a droga – lewą częścią południowo-zachodniej ściany – była naszym własnym pomysłem. W Arequipie zapewniono nas, że wejście na Apu od tej strony prowadzi wyłącznie zachodnią grzędą. O przejściu „naszej” ściany nikt dotąd nie słyszał. Wśród wzajemnych gratulacji i uścisków każdy przeżywał swoją kolejną wielką – a teraz także i świętą – górę. Daniel, rdzenny Indianin Keczua, zdradził Eli, że wziął na Coropunę specjalny amulet, wykonany według tylko jemu znanych tajemnych zasad, ale nie chciał go nam pokazać. Nie nalegaliśmy – ważne, że okazał się skuteczny. My także, wiedząc, że lekceważenie Apu byłoby nieroztropne, z rytualną powagą wypiliśmy po nakrętce peruwiańskiej wódki „pisco”, ostatnią zaś wylaliśmy na śnieg w ofierze bogini Coropuny.

Dopełniwszy niezbędnych obrzędów, rozpoczęliśmy schodzenie. Najpierw obniżyliśmy się nieco ku zachodowi, a potem – zamiast iść granią do przełęczy – weszliśmy w ogromny kilkusetmetrowy trawers północno-zachodnim stokiem, mając przed sobą jak na dłoni olbrzymią bałuchę Coropuny Principal. Wybraliśmy ten wariant, gdyż droga na przełęcz i schodzenie z niej na lodowiec byłyby znacznie dłuższe, a do zachodu słońca zostały tylko 4 godziny. Trzeba więc było się sprężać, gdyż nikomu nie uśmiechał się kibel, lecz wręcz przeciwnie, marzyliśmy o ciepłym śpiworze.

Północno-zachodnie stoki Apu przecina w połowie wysokości potężna, kilometrowa bariera seraków o wysokości od 50 do 100 metrów. Poprzedniego dnia z pomocą lornetki wyczailiśmy jej najniższy fragment i teraz musieliśmy w to miejsce trafić. Nie było to jednak proste, gdyż widziane z góry strome, pokryte penitentami zbocza powyżej pasa seraków zlewały się ze stokami poniżej. Górna granica obrywu długo pozostaje niewidoczna, aż znienacka staje się nad czeluścią. Ale i tu intuicja Daniela okazała się niezawodna. Wylądowaliśmy bezbłędnie w zaplanowanym punkcie, na śnieżnej półce nad 50-metrową lodową ścianą. Zjeżdżaliśmy z solidnie wbitej szabli połączonej taśmą z „abałakowem” wydrążonym w twardym lodzie. Trasa zjazdu prowadziła przez zdumiewające, fantastycznie ukształtowane formy lodu, niczym z baśniowego pałacu Królowej Śniegu lub neurotycznego snu Henry’ego Moora. Napawając się scenerią, należało jednak zmyślnie prowadzić linę – tak, by nie obciążać jej na lodowych brzytwach oraz by samemu nie nadziać się na jakiś spiczasty sopel. Po wylądowaniu na dole ujrzeliśmy rozpaczliwy widok. Czekało nas zejście blisko dwukilometrowym trawersem przez dolne partie stoków oraz duży fragment lodowca – w całości pokryte morzem penitentów sięgających od kolan po pas. Po doświadczeniach podejścia wiedzieliśmy, że ten bezkresny las lodowych stalagmitów może stanowić prawdziwą pułapkę.


Daniel Milla Lliuya w zjeździe przez barierę seraków. Fot. Elżbieta Jodłowska

Już po pierwszych krokach okazało się, że obawy były aż nadto uzasadnione, choć trudności zgoła inne, niż myśleliśmy. Byliśmy kilkaset metrów poniżej szczytu, w bezwietrznej strefie upalnego słońca, które przez kilka popołudniowych godzin topiło śnieg i penitenty, zamieniając je w miękką, wodnistą breję, w której co krok zapadaliśmy się, nierzadko po pas. Posuwanie się w dół było istną drogą przez mękę, niekończącym kotłowaniem się w grząskiej śniegowej masie, w prażącym słońcu, wśród rozmiękłych, z szelestem przewracających się penitentów. Na dodatek trzeba było zachować czujność, bo szerokie, ukryte pod niestabilnym śniegiem szczeliny nie należały do rzadkości. Po kilkunastu godzinach nieprzerwanej akcji byliśmy już mocno wyczerpani i każdy krok w stawał się prawdziwą walką z narastającym osłabieniem i bólem. Po długich jak nieskończoność kilkuset metrach przekopywania się, osiągnęliśmy powierzchnię lodowca, lecz w niczym nie poprawiło to sytuacji. Teraz już co parę metrów ktoś zwalał się z nóg i coraz dłużej zalegał bez ruchu, lub przystawał, wkopany po uda, by po odetchnięciu atakować kolejne metry terenu. Ruszaliśmy się jak muchy w smole i doprawdy trudno o bardziej dosłowne porównanie. Od dłuższego czasu przez ciemne szkła okularów co rusz dostrzegałem intensywnie błękitne lub rubinowe błyski wśród penitentów. Niedobrze – pomyślałem, konstatując, że takich halucynacji jeszcze nie doświadczyłem. Spytałem Elę, czy słyszy już dzwony. Spojrzała na mnie pustym wzrokiem, ze strasznie zmęczoną twarzą. Pamiętałem, że w przeszłości kilkakrotnie słyszała dźwięk dzwonów – w innych górach i na
innych ścianach – w stanie ekstremalnego wyczerpania. Nie odpowiedziała, lecz później wyznała, że prześladowała ją karłowata, skurczona postać szóstej osoby, która z nami szła. Ta postać miała tylko pół twarzy. Cóż – każdy ma takie demony, na jakie sobie zasłużył.

Około 18.00 czerwona kula słońca zniżyła się do Solimany, zalewając lodowiec z wolna przygasającą różową poświatą, wyostrzając kontrasty, światłocienie i fantastyczne, abstrakcyjne kształty lodu. Zastygłe morze penitentów w bocznym oświetleniu zachodu miało w sobie nieopisane piękno, zmieniające się z minuty na minutę w wielkiej ciszy i narastającym chłodzie. Rozmiękły śnieg i lód zadziwiająco szybko twardniał, przeniknięty mrozem wypełzającym szczelinami z głębin lodowca. Krótki tropikalny zmierzch zwiastował szybkie nadejście nocy. Na granicy mroku, słaniając się, resztkami sił osiągnęliśmy brzeg lodowca, wchodząc pomiędzy olbrzymie głazy moreny. Wkrótce zapadła ciemność, mocno utrudniając orientację w skomplikowanym labiryncie skał, zapadlisk i osuwających się zboczy moreny. Powoli, jak w transie, potykając się, a czasem przewracając, godzina po godzinie przedzieraliśmy się przez chaos skalnych usypisk, rozpadlin i żlebów wypełnionych lodem. Wyglądaliśmy jak grupa obszarpanych, pobrzękujących żelastwem potępieńców na wygnaniu w pustkowiach Krainy Cienia.

Około 22.00, gdzieś daleko w dole, dostrzegliśmy światło latarki. To tragarz Leoncio, który pozostał w obozie, sygnalizował nam kierunek schodzenia. Minęła jednak kolejna godzina z okładem, zanim ostatkiem sił, dziwiąc się, że jeszcze idziemy, dowlekliśmy się do namiotów. Po 23 godzinach akcji zamknęliśmy wielką pętlę – o wiele większą niż miara kilometrów i przewyższeń. Doszliśmy resztką sił, odpędzając natrętne pytanie, co by było, gdyby lodowiec był dłuższy. Coropuna – poczciwa śnieżna bałucha – przypomniała dobitnie, że nie tylko pionowe zerwy oferują mocne rozrywki. Już wiem – powiedziałem do Marka – co jest o wiele gorsze niż betony po jaja: penitenty po jaja! Z powagą skinął głową, podzielając w pełni tę opinię...

Tej nocy dręczyły mnie przedziwne sny i majaki, jakich nigdy wcześniej nie śniłem. Pod powiekami, w migotliwych blaskach pochodni i ognisk przewijał się ruchliwy korowód tysięcy postaci w niezliczonych sekwencjach. W mroku i półcieniach jakiegoś miasta lub ruin spowitych dymem, w przedziwnym labiryncie przenikających się kamiennych domostw, zaułków, placów i spiętrzonych tarasów, pulsowało mrowie miedzianych ciał – półnagich lub przybranych w barwne stroje – mężczyzn, kobiet, starców i dzieci. Jedne postacie wyłaniały się ostrzej, oblane jaskrawością płomieni, inne tkwiły pogrążone w mroku. Plany nakładały się, jak z posklejanych taśm zwolnionego filmu, rejestrujących synchronicznie obraz pokoleń jakiegoś zapomnianego ludu. Czułem, że unoszę się nad tym onirycznym miastem, przepełniony cichym, uroczystym zachwytem, że oto w nadzwyczajny sposób przenikam w szczelinę czasu, widząc świat dawno miniony. Lecz dopiero rano olśniła mnie myśl o ruinach pobliskiej Maucallaty. Czy taki mógł być jej obraz sprzed wieków? Czy ów sen, który ogarnął krańcowo zmęczone ciało, był metonimią śmierci na tyle głęboką, że stał się łącznikiem z duchami tych gór? Archaiczne wierzenia widzą w świętych górach „axis mundi” – oś świata, łączącą obszary nieba, ziemi oraz głębie podziemi. W ich bliskości może ujawnić się dobro i zło, tutaj panują najlepsze warunki do kontaktu i przenikania między tymi sferami. Jeśli ta wizja świata, znana od zarania dziejów, ma swoją głęboką mitologiczną logikę, to czyż mój sen nie był jej potwierdzeniem?

Możesz wybrać, jak my, Coropunę Apu. Lecz jeśli okażesz jej szacunek, to może i ona wybierze ciebie. Odrobina poetyckiego mistycyzmu w górach to jak zapach słońca w bukiecie starego wina.

Wypełzliśmy z rozgrzanych namiotów, gdy słońce wisiało już wysoko na bezchmurnym niebie. Clever, nasz kulinarny czarownik „curandero” gotował zupę zaprawioną suszonymi ziołami, które łamał i moczył w wodzie. Doktor Szpot leczył kropelkami czerwone oko Daniela, trafione wczoraj odpryskiem lodu. Ela zaś powędrowała z ręcznikiem i mydłem za morenę, gdzie odkryła zalodzony stawek. Przedwczoraj nad tym stawkiem ułożyła z kamieni „apachetę” – kopczyk ofiarny dla Coropuny.

Przez kilka godzin w zwolnionym tempie dochodziliśmy do siebie po wczorajszych przejściach, pochłaniając kolejne zupki i herbaty z koki. Marek wszedł z Danielem na grzbiet zachodniej grzędy, by w świetle dnia udokumentować fotograficznie dolną część naszej drogi. Potem zwinęliśmy obóz i grzbietami moren z wolna ruszyliśmy w dół. Przed nami było krótkie, trzygodzinne zejście do miejsca, skąd wyszliśmy, a gdzie jutro miała przybyć nasza terenówka.

Namioty rozbiliśmy pod malowniczym pasmem skałek – tam, gdzie cztery dni temu. W ciepłych, pomarańczowych promieniach słońca znad Solimany Coropuna przybrała subtelne odcienie różów i fioletów, by potem w bezwietrznej ciszy zgasnąć w chłodnych bielach na tle gwiazd. Olbrzymia ukośna połać południowo-zachodniej ściany z naszą drogą przecinała ostrym konturem ciemny nieboskłon. Nagle na jej krawędzi ujrzeliśmy silny, srebrzysty rozbłysk, który powiększał się z minuty na minutę. Po chwili na śnieżnej grani rozgościł się olbrzymi, jaskrawy księżyc, zwiastując pogodną noc.

Zestaw informacji praktycznych znajdziecie w GÓRACH, nr 3 (202) marzec 2011.
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com