facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-03-03
 

Cordillera Huayhuash w Peru - solowe przejście wschodniej ściany Rasaca

Coraz mocniej wali śniegiem, a głowę rozsadza od środka. Bezlitośnie huczy i pulsuje. Choć zjechałem już ponad 600 metrów z sześciu tysięcy, to dopiero teraz zaczyna dopadać mnie wysokość. Jeszcze do południa było piękne, czyste niebo, ledwie kilka chmurek. I poprzedni tydzień również lampa. A teraz...? -przedstawiamy relację autorstwa Sylwestra Kucharskiego.
Udało się trafić w półkę, więc mogę wreszcie się trochę rozejrzeć dookoła. Coraz mocniej wali śniegiem, a głowę rozsadza od środka. Bezlitośnie huczy i pulsuje. Choć zjechałem już ponad 600 metrów z sześciu tysięcy, to dopiero teraz zaczyna dopadać mnie wysokość. Jeszcze do południa było piękne, czyste niebo, ledwie kilka chmurek. I poprzedni tydzień również lampa. A teraz...? Wydaje mi się, że go widzę - namiot, prawie zupełnie przysypany śniegiem, w dole. To musi być namiot. Chyba nie majaczę? Choć w tej śnieżycy to całkiem możliwe. Wygląda na to, że z tego miejsca, to jakieś sto metrów w dół po ścianie i około stu pięćdziesięciu w poziomie lodowcem. Byleby tylko zjechać do piargów. Dalej to się już doczołgam. Wszędzie ta cholerna kruszyzna. Sięgam po taśmę, ostatnia. Zarzucam na wystającą iglicę. Trochę za krótka, ciasno siadła, ale nie mam już nic innego. Jadę powolutku wąskim kuluarem. Coś leci z góry, przyjąłem na klatę kilka sporawych odłamków. Na dwudziestym metrze zaczynam się już niepokojąco rozglądać za przepinką. Kicha, nie ma gdzie i czego założyć. Jeszcze kilka metrów. Nie ma nic. Wszystko się kruszy, a ja już kompletnie bez sił na małpowanie do góry. Jakoś wolno myślę, choć powinienem szybko. Nie założyłem blokera i w tej szamotaninie zsunąłem się jeszcze pół metra. Jest kamień, zaklinowany w szczelinie. Biorąc pod uwagę okoliczności, wygląda przyzwoicie. Zawiązałem repa, obciążyłem, trzyma. Wersji, że mogłoby puścić w tym momencie nie ma. Dosyć tu ciasnawo i trochę za długo się motam w tym żlebie. Z prawej przysypało mnie śniegiem, z lewej woda płynie po ścianie wprost za koszulę. Tak, czy siak, jestem już cały mokry i diabelnie przemarznięty. Przy ściąganiu liny znowu się posypało. Coś ciężkiego odbiło się od kasku. Jedyne co mogę zrobić, to tylko zamknąć oczy. Usta za to otwieram szeroko, próbując wciągnąć więcej tlenu z powietrza gęstego od padającego śniegu. Jeszcze kilka skoków. Czy wystarczy liny? Jest, stoję, dotykam piargów. Zwijam graty. Kilka kroków i jadę z tym całym podłożem w dół, kilka metrów na tyłku, potem koziołek. Podnoszę się. Jeszcze raz to samo. Usta i gacie pełne śniegu. Potykam się jeszcze raz i upadam już prawie przed namiotem. Odsypuję świeży puch ze ścian i wejścia. Wypinam raki i wczołguję się do środka. Nareszcie w domu, bezpieczny. Teraz tylko zrzucić mokre łachy, wsunąć się do śpiwora i dygotać do rana...



Po przylocie do Limy nie traciłem zbyt wiele czasu. Z lotniska szybko w taksę i, przy wcześnie zapadającym zmroku, przez hałaśliwe i ruchliwe miasto, prosto na dworzec autobusowy. W poczekalni z biletem w kieszeni do Huaraz (to takie peruwiańskie Zakopane), próbowałem walczyć z różnicą czasu. Dwa razy mało nie spadłem z krzesła, ale pozostali pasażerowie chyba nie zwrócili uwagi na gringo - leciał przecież mecz finałowy Copa Libertadores w telewizji. Wsiadłem do autokaru i obudziłem się rano w Huaraz.

Celem wyprawy miała być sąsiadująca z legendarną Siula Grande - Yerupaja w Cordillera Huayhuash, w dawnym rejonie działania Świetlistego Szlaku. Wcale bardzo się nie zmartwiłem, gdy okazało się, że muszę pojechać jednak sam. Od dawna przecież marzyłem o podróży do Ameryki Południowej i przy okazji bez żadnej presji mogłem się również swobodnie powspinać. Może wizja wspinu na Yerupaja nieco się oddaliła, ale chciałem chociaż posmakować chicha de Jora, przyjrzeć się tamtejszym dziewczętom oraz dotknąć nowej, nieznanej struktury śniegu.

Nad jeziorem Jahuacocha na 4100, gdzie założyłem przejściowy dwudniowy obóz, zostawiłem depozyt w indiańskiej chacie. Kije w dłonie i 25 kilo najniezbędniejszych gratów zarzucam na plecy. Do właścicielki w kolorowych spódnicach i kapeluszu, która pasła owce na stoku, wskazując góry powiedziałem: -"Cinco, seis dias returno"; więc chyba się dogadaliśmy. Przekroczyłem rzekę i prawym brzegiem jeziora ruszyłem w górę morenowej doliny. Wokół jeziora pasły się krowy i osły, chłopcy łowili ryby, a w górze spokojnie szybowały kondory. Nie, nie... Kondory szybowały później, jak wracałem. Wtedy wstawał dopiero dzień i było cholernie mroźno. - Hola amigo! Powoli się do tego przyzwyczajałem. Noce bardzo długie i zimne, dni krótkie i upalne. Pora sucha w peruwiańskich Andach, czyli tutejsza zima.

Trzy dni wcześniej zrobiłem sobie piękną introdukcję. Zresztą sam nie wiem, co mi odbiło. Plan był taki, że miałem wziąć osiołka, jak w "Touching the void" i na lekko podejść do bazy. Ale gdy po kilku godzinach jazdy szutrówką górskimi serpentynami wypadłem z ciężarówki doszczętnie wypełnionej ludźmi, pudłami, workami, torbami, beczkami i innym niezidentyfikowanym staffem w Llamac - zapyziałej, górskiej wiosce pośrodku niczego. Otrzepałem się z kurzu, rzuciłem okiem na plecaki (a było tego razem ze 35 kilo) i pomyślałem krótko: - Idę.

Słońce zaczynało już dobrze przygrzewać. Na kamieniu, pod glinianą ścianą domu, siedział w kapeluszu bezzębny staruszek. Pies leniwie przechadzał się w stronę cienia, gdzieś dalej było słychać spływający potok i rżenie osłów. Zarzuciłem graty na plecy i ramiona, i po prostu poszedłem. Szlak prowadził w górę przez małe przedinkaskie platformy ze wspaniałymi widokami w górę i w dół doliny. Zrobiłem tego dnia 1000 metrów przewyższenia w potwornym upale i tuż przed zachodem słońca padłem na przełęczy Pampa Llamac na 4300 m.

Z przełęczy ukazał się widok, jakiego nigdy się nie zapomina. Dolina Rio Achin, a na horyzoncie panorama ośnieżonych szczytów Huayhuash. Z lewej Rondoy, sześciotysięczniki: Jirishanca, Yerupaja, przed nią Rasac i w oddali skryta gdzieś Siula Grande. Nazajutrz brak wody przyspieszył moje zejście na drugą stronę w dolinę rzeki. Po godzinie marszu w kierunku wschodnim spotkałem idących na przeciw kilku tragarzy z osłami. –„Mucho carga” - z respektem o moim bagażu nawet mnie trochę podbudowało. "Diez minutes" od Laguna Jahuacocha wypatrzył mnie z góry amigo poznany w Chiquian. Pasł owce nad rzeką i uparł się, że poniesie mi jeden plecak do jeziora. Wyjaśnił, że jest tam obóz trekkerów, a jego seniorita oferuje zimną coca-colę na sprzedaż. Skumałem, co kombinuje, ale i tak w to wszedłem. Wciągnęliśmy po dużym piwie kontemplując ośnieżone szczyty Cordillery. Cały następny dzień szwendałem się wokół jeziorka i wodospadów. To miejsce jest pierwszym lub ostatnim obozem na szlaku trekkingowym wokół Cordillera Huayhuash. Dziewczyna, namiot, juczny osiołek - mogłaby to być całkiem przyjemna kilkunastodniowa przygoda. Spotykam Australijczyków i Amerykanów z ich głupawym pytaniem: - "I tak sam tu przyszedłeś, bez przewodnika?" Europejczyków nie ma zbyt wielu, z wyjątkiem jednej interesującej Francuzki, którą trzeba odprowadzić do Llamac. Dziabki przypięte do plecaka jednak jakoś zazdrośnie na mnie zerkają, więc wysyłam ją następnego dnia z jednym bystrookim amigo.

Tych kondorów to jednak nie było wtedy, widziałem je dopiero przy zejściu jak szybowały nad szczytami oddzielającymi jeziora Jahuacocha i Rasac. Leżałem nad potokiem spływającym z lodowca do jeziora z głową opartą na plecaku, mocząc zmęczone nogi w lodowatej wodzie strumienia.

Jedzenia zabrałem na pięć dni. Tak też oznajmiłem żonie mojego indiańskiego kumpla. W krystalicznej wodzie jeziora odbijają się pierwsze promienie słońca. Po pół godzinie jestem już na jego wschodnim krańcu. Dalej, wzdłuż południowej ściany w górę morenowej doliny odnajduję z trudem zarośniętą trawą starą ścieżkę, która prowadzi na jej wierzch. Tam trafiam na drugie mniejsze jezioro. Do jego wschodniego krańca opada ściana lodowca z przepięknym wodospadem i osypującymi się z niej lodowo-śnieżnymi lawinami. Wąską ścieżką, czasami tak wąską, że trudno przecisnąć się z dużym plecakiem, trawersuję bardzo strome trawiaste zbocze. Jakieś 100 - 150 metrów pionowo w dół tafla jeziora Solteracocha. Dalej odbijam na prawo i pnę się bardzo stromą i uciążliwą morenową granią. Po kilku godzinach marszu bez wody, w ogromnym upale, na 4800 dopadam strumienia na morenie i zakładam biwak na noc. Nie mam ze sobą żadnej muzyki, żadnej książki, nic. - Muy bien. Po prostu tylko wiatr, skały, księżyc, gwiazdy, oddech, bicie serca...  Nasłuchuję. Lodowiec z wielkim hukiem leci do jeziora, wiatr lekko muska namiot, a mój strumień cichnie. Wszystko zamarza. Po zachodzie słońca temperatura spada o kilkanaście stopni lecz lawiny sypią się permanentnie. Przy każdej zrywam się do wyjścia, by ją podziwiać przez chwilę. Zresztą to jedyna rozrywka w tej chwili.

Rano zwijam się sprawnie i posuwam moreną, pod sporadycznym ostrzałem pojedynczych kamieni z prawej ściany, na lodowiec. Po kilku godzinach marszu zakładam obóz na lodowcu pomiędzy "Rzeźnikiem", a "Ropuchą" na 5300.

Zimno, coraz zimniej, szczególnie w nocy. Rano robię mały rekonesans w stronę zachodniej ściany Yerupaja. Podejście wygląda zbyt groźnie na samotne przejście. Chyba trawers pod ścianę lodowcem byłby trudniejszy od samego wspinu. Bardzo ryzykowna zabawa. Trochę mnie to przygniotło. Wejść tu, to tak jakby przed meczem w szatni złamać nogę. Jakieś głupawe to porównanie, ale takie głupoty rodzą mi się tu w głowie, i w dodatku wypowiadam je na głos. Pierwszy raz poważnie żałuję, że jestem sam. Jak ten dzień szybko leci, kilka chwil i już nadchodzi dwunastogodzinna noc. Zimno. Szybka herbatka i do namiotu. - Może by tak popróbować wschodniej Rasaca? - którą mam za plecami. Z dołu nie wygląda trudniej niż wschodnia Matta. Przed zaśnięciem nie wiedziałem jeszcze, co zrobię, po przebudzeniu byłem już pewien. Atakuję! Termos herbaty, dwie czekolady do kieszeni i puchówka do plecaka. Zabieram dwie szable, cztery śruby, kilka pętli, dwie dziabki i 60 metrów połówkowej. Z mapy wynika, że to około 700 metrów ściany. Problem jest w tym, że aby się w nią wbić z lodowca, trzeba przeskoczyć szczelinę brzeżną. Nie jest bardzo szeroka, ale tuż za nią wyrasta całkiem pionowo ściana. Idę więc wzdłuż ściany lodowcem na południe. Trafiają się kilkumetrowe spiętrzenia i szerokie szczeliny. Po półtorej godziny przeprawy za szczeliną, na ścianie dostrzegam półkę. Trochę ryzykowne, ale... Najpierw przerzucam plecak, trzy sekundy na wdechu, jest, utrzymał się. Ściągam raki, rozbieg, hop i jestem na ścianie. 60 stopni litej skały, miejscami trochę się kruszy. 150 metrów, potem lekko się kładzie i mogę się już rozejrzeć do góry. Jeszcze jakaś stówa i na lewo mam piękny lodowo-śnieżny żleb zwężający się ku górze. Dopadam go i dalej dziabka, dziabka, noga, noga, dziabka, dziabka, noga... Cykl zamyka kilka głębokich wdechów i spojrzenie na boki, góra i dół. Pracuję jak maszyna. Od czasu, do czasu tylko jakaś głębsza refleksja w rodzaju: - Pięknie idzie gringo. Albo: - O, o...mało co...
Kuluar robi się już tak wąski, że zmienia się w komin. Początkowo trudnym mikstem, później zwęża się już tak bardzo, że nie dosięgam lodu. W tym kominie odbywam chyba walkę życia, bo wieńczył go jeszcze nieduży okap. Sam nie wiem, jak to zrobiłem. Znalazłem się w sytuacji, że nie mogłem się już cofnąć, a trudności powyżej przekraczały moje normalne możliwości. Okazało się, że jednak nie. Z półki powyżej trawersuje około 50 metrów mikstem na prawo i wgryzam się w śnieżny jęzor, ku górze rozlewający się na boki. Teren jakby łatwiejszy, ale wysokość mnie jednak spowalnia. Ostatnie sto metrów pionu to już naprawdę duszę. - Wreszcie!  Wchodzę na grań szczytową. Przepiękne widoki we wszystkich kierunkach – wspaniała nagroda za pot, krew i łzy. W ferworze walki nie zauważyłem jednak, że z zachodu od strony Yerupaja przesuwają się jakieś tajemniczo niepokojące chmurki. Kiepsko to wygląda. Rzut okiem na południe. Do głównego wierzchołka musiałbym jeszcze trochę przetrawersować granią, ale te potężne, niebezpieczne nawisy na zachodnią stronę ostatecznie mnie zniechęcają. Jak mówi klasyk: - "Zwiewamy stąd, panowie". I w ciągu pół godziny zwaliło się wszystko. Najpierw wiatr, później mgła i śnieżyca. Prawdziwy kocioł.

- Buenos dias. Budzi mnie rano piękna pogoda. Słonecznie, ale za to piekielnie mroźno i wietrznie. Wynoszę się stąd. Zwijam mokry majdan i schodzę do niższego obozu na morenie. Do południa podsuszam się całkowicie, ale scenariusz powtarza się z poprzedniego dnia. Nadciągają chmury i sypie od nowa. Szybka ewakuacja do namiotu. Jestem uziemiony do wieczora. W nocy się rozpogadza, a o świcie zwijam obóz i zbiegam w dół. Po minięciu jeziora Solteracocha czuję już swojski zapach krów. – No, wreszcie jakaś cywilizacja. Choć pierwsze spotykam dopiero po godzinie marszu. Zielona trawa, kładę się nad strumieniem, kondory szybują...

Indiance od depozytu oddaję wszystkie zbędne rzeczy, które mogą jej się przydać i nie spiesząc się, ruszam na zachód, najpierw wzdłuż rzeki, później lekko w górę. Na 4200, godzinę drogi przed przełęczą, odnajduję pozostałości po starej osadzie. Kamienny mur i wewnątrz na zboczu jakieś pozostałości po sadzie, czy czymś takim. W każdym razie dużo suchego drewna. Jest woda i piękny widok na obie strony doliny. Palę ogniskoo. Do jedzenia została mi tylko cebula i konserwa - jest nieźle. Wspaniała gwiaździsta noc, ogień, ale cóż, wszystko kiedyś się kończy. Tym razem drewno. Starczyło go tylko na kilka godzin. Po północy przygasło i żeby nie zamarznąć na śmierć, ruszam na przełęcz. Rano schodzę do wioski, później podjeżdżam do miasteczka. Po kilku dniach wracam do Huaraz. W mieście, które wcześniej wydawało się prowincjonalną dziurą, teraz nie mogę się jakoś za bardzo odnaleźć. Tylu tu ludzi, hałas i bałagan. Po dwóch dniach odzyskuję jednak dawną percepcję. Pod Huascaranem i przez Kanion del Pato, wąskim skalistym przesmykiem, między skałami z jednej i potężnymi przepaściami z drugiej strony, w dręczącym upale i kurzu docieram do wybrzeża. Kulturalny turysta pojechałby pewnie oglądać Machu Picchu, ale ja włóczę się po slamsach nad Pacyfikiem, dzięki którym chyba trochę posmutniałem. Choć może to wina garua. Entuzjazm odzyskuję za to w nocnych klubach Limy, przez co prawie spóźniam się na samolot. 

Sylwester Kucharski, Aylesbury, grudzień 2008

 Huayhuash
 
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com