facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-01-12
 

Cień na Headwallu

Tuż przy dolnym stanowisku wiszę swobodnie dobre 10 metrów od ściany. Nie mogę się powstrzymać i pociągam za linę, bujam się w powietrzu, wygłupiam, machając do własnego cienia i do tego robię sobie zdjęcia...
Tekst: Marek Raganowicz

Zdjęcia: Tom Evans, Marek Raganowicz

Gorąco.
Położyłem się na rozgrzanej skale, niespokojnie drzemiąc w oczekiwaniu na świt. Nad głową górował wyzywający Headwall, a nad nim były tylko gwiazdy. Dominował nad zerwą El Capa i zdawało mi się, że cała ściana jest tylko jego otoczeniem. Nic bardziej nie przyciągało mojego wzroku – był w centrum wszystkiego, w centrum moich marzeń. To dla niego cierpliwie znosiłem upał, który wykańczał mnie na podejściu z ciężkimi worami. Tak gorąco to mi jeszcze nie było, przynajmniej tu w Yosemitach.

Myślałem, że będzie lepiej w czasie wspinania, ale było to tylko nieracjonalne samopocieszenie. Przez pierwsze dni tłumiłem pragnienie i zniechęcenie wysiłkiem, który przerastał wszystko, czego wcześniej doświadczałem. No nie, może tylko kiedyś na Kazalnicy było gorzej. Tak, na pewno, wtedy było gorzej... Ale co tam, nie będę wszystkiego wspominał, bo wory trzeba przeciągnąć i uspokoić oddech. Bez emocji, spokojnie zrobię swoje, żadnych przekleństw, żadnego złorzeczenia – powtarzam to sobie jak zaklęcie.

Wory się klinują? Nic nie szkodzi – zjeżdżam i wyrywam je nawet cztery razy, jeśli taka potrzeba. Najgorzej jest na stanowisku po holowaniu, wtedy przychodzi gwałtowne sapanie, suchość w ustach i myśli o piciu. Na przykład sok jabłkowy, taki z lodówki, z kawałkami lodu obijającymi się o zroszoną szklankę, albo mrożona herbata z lekko gorzkim posmakiem, albo cola z cytryną czy w końcu czysta woda, zimna aż drażni spragnione gardło. Zresztą dość tych marzeń, już lepiej o tej Kazalnicy... Też byłem sam z ambitnym planem szybkiej solówki na Wish You Were Here. Przyjechałem prosto z dolin i podszedłem jeszcze w nocy. O świcie zobaczyłem, że moja droga ocieka wodą, ale uparłem się – postanowiłem zaryzykować wejście i walkę. Za kilka godzin wybudziłem się z hakowego transu w środku ściany – udręczony pragnieniem, ale ciągle bez ochoty na wycof. Najgorsze było to, że zewsząd ciekła woda, a ja nie mogłem się jej napić, bo to była tylko mokra skała i nasączone mchy. W ostateczności, zostawiałem na stanowisku chustkę, która po zrobieniu wyciągu zdążała namoknąć, a wtedy wkładałem ją do ust i wysysałem. Po pierwszych razach dominował smak proszku do prania, ale później było lepiej – przyzwyczaiłem się. Na tym „ssaniu” dokończyłem wspinanie dopiero za 2 dni. Byłem zupełnie wyczerpany i skrajnie odwodniony. Tak, wtedy było gorzej, więc teraz nie mam co narzekać...



Mijają mnie zespoły, pocieszają, radzą, ubolewają, pomagają, dzielą się. Niestety, nikt tu nie uratuje sytuacji, bo nie mam dość wody, żeby skończyć tę drogę. Wszystko więc na nic i będę
musiał wycofać się po dojściu do Mamucich Tarasów – jeszcze stamtąd łatwo można zjechać.
Chociaż...? Mogę też przecież liczyć na jakiś łut szczęścia, bo czasami ktoś zostawia wodę na półkach. Sam już znajdowałem takie butelki i sam takie zostawiałem. Może teraz będzie coś dla mnie? Może jeszcze spróbuję? Na poddanie i wycof jest jeszcze czas – w końcu ryzyko jest częścią wspinania. Jutro zdecyduję ostatecznie, a teraz spać...

Rano? Wszystko chyba przez tę mocną kawę i wspomnienia Kazalnicy, bo w końcu wody nie znalazłem, ale zamiast zjeżdżać postanowiłem, że idę dalej. Obładowany sprzętem niepewnie wbijam się w rysę, ale zaraz po pierwszych ruchach słyszę wrzaski – Regan, Regan!!! Odmachuję ręką do wczorajszych znajomych, ale oni ciągle coś krzyczą i krzyczą. Tak, dopiero teraz ich rozumiem – znaleźli wodę i zaraz podeślą mi butelki. Teraz ja wrzeszczę z radości, na całe gardło, aż wszyscy odkrzykują na ścianie, a nawet ci na dole, na polanie i na moście. Jestem uratowany!!! Czuję się uskrzydlony – ja to mam szczęście!!!

Znowu patrzę na Headwall – odświeżam wyblakły entuzjazm i wygasłe emocje. Tak, teraz do ataku!! Wyciągam camy i wbijam się w rysę – ruch za ruchem po prostu odżywam. Nareszcie
wspinam się i mam to, czego mi potrzeba – żadnego ryzyka, pewne ruchy i solidne przeloty, żadnych pomyłek, zmian rozmiarów czy nawet testowania. Pierwsze osadzenie, krok, przepięcie, cam, owal, wpinka, trzecie szczeble i stan, zjazd, czyszczenie, holowanie i dalej, i wyżej, do celu, do Headwalla.

Deszcz. Zaraz na Grey Ledges wyczułem, że te chmury źle wróżą – ledwie zdążyłem rozbić gniazdo i schować się przed ulewą. Niech sobie leje – przeczekam jakoś. Wmawiam sobie, że niczym się nie przejmuję, że mam czas – w końcu w gnieździe jest sucho, no i mam palnik, gaz,
wodę i jedzenie. Do rana powinno się przejaśnić...

Nic z tego – lało całą noc i nic się nie zmieniło. Przy porannej kawie obliczam, ile dni jeszcze zajmie mi wspinanie. W południe obiad i zdjęcia, a tuż przed podwieczorkiem sortowanie jedzenia i odmierzanie wody. Oglądam zdobyczne butelki – tak, uratowało mnie te 8 litrów... Tylko żebym nie musiał tu zbyt długo siedzieć, bo coś chyba mam mniej jedzenia niż myślałem, a w dodatku apetyt jakoś mi rośnie – zwłaszcza na batony i owoce w puszce... mmm pyszności. Ciągle leje – cały dzień i w nocy. Nie dość, że deszcz, to na dodatek strugi wody spadają z Headwalla wielkimi kroplami, bębniąc o kaptur gniazda, jak groch rzucany na werbel. Woda w szczelinach płynie z siłą rwącej rzeki i cały ten hałas dręczy mnie bezsennością do samego rana.

Następnego dnia – liny mokre, gniazdo mokre, ale ja szczęśliwy. O świcie słońce wyszło tak nagle, jak przedwczoraj przyszedł deszcz. Po śniadaniu nawet się nie śpieszę. Czekam, aż pierwsze promienie ogrzeją mnie ciepłem i wysuszą sprzęt. To jest dobry dzień – łatwe wspinanie, nikogo wkoło, słonecznie, ale nie za gorąco. Wieczorem doszli Amerykanie, których wcześniej spotkałem. Umówiliśmy się, że ich przepuszczam w okapie, a oni obiecują zostawić żywność na górnych półkach, jak już będą kończyli drogę. To mi się podoba – zaplecze logistyczne działa bez zarzutu, no i te szczęśliwe zbiegi okoliczności. Brakuje wody? Ktoś znajduje dla mnie pełne butelki. Mało jedzenia? Nie ma sprawy, ktoś przyniesie, wyholuje i zostawi przy końcu drogi. Lubię to wspinanie, bo zawsze coś się dzieje, coś czego nie umiem przewidzieć.

Headwall. Tu chcę być najdłużej. Po co mi pośpiech? Najlepiej wspinać się jeden wyciąg dziennie. Nikogo wkoło, powietrzna sceneria, gładka, pionowa ściana dominująca nad oceanem granitu. To miejsce jest wyjątkowe, jak oaza dzikości i pionu. Chcę tu leżeć w gnieździe, wspinać się zaraz po śniadaniu i żyć tylko tym granitem, przepaścią – po prostu byciem. Pierwszy wyciąg był długi i efektowny. Doszedłem do stanowiska pod sławnym The Groove – wyciągiem z piękną głęboką rysą przecinającą gładką taflę granitu. Teraz zjazd i holowanie worów w niesamowitej scenerii przewieszonego Headwalla. Tuż przy dolnym stanowisku wiszę swobodnie dobre 10 metrów od ściany. Nie mogę się powstrzymać i pociągam za linę, bujam się w powietrzu, wygłupiam, machając do własnego cienia i do tego robię sobie zdjęcia.



Nagle słyszę chór okrzyków i nawoływań – to znajomi Hiszpanie na Salathé Wall. Widzą mnie z daleka, gwiżdżą, wrzeszczą, wiwatują, więc wszyscy mamy trochę rozrywki. Zaraz inni wkoło też się przyłączają i robi się mała wspólnota śmiechu, krzyku i zapomnienia...

Po południu nawet nie przymierzyłem się do wspinania i na noc zostałem pod The Groove. Po prostu chciałem tu być i biwakować, wczuć się w rysę i jutrzejsze wyzwanie, bo będzie naprawdę trudno...

Ciąg dalszy artykułu w GÓRACH, nr 12 (175) grudzień 2008
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com