facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-07-08
 

Australia - wszerz i w górę

Nasza australijska przygoda, już od pierwszych chwil spędzonych na największej wyspie świata, znacznie różniła się od wcześniejszych mocno egzotycznych wypraw - relacja Jacka Kudłatego.
Tekst i zdjęcia: Jacek Kudłaty / SIGMA PRO

Po pierwsze – już na lotnisku w Perth czekał na nas ziomal, po drugie – zasiedliśmy wygodnie
w bryce 4x4, by po 30 minutach wylądować w chacie z basenem, a po trzecie – na stole (mimo że była druga w nocy) wylądował pokaźny Chopin z polską kiełbą na zagrychę.
Mimo konkretnej niemocy po 22 godzinach spędzonych w samolocie ulegliśmy rodzimej gościnności i już po chwili prostowaliśmy nogi na parkiecie… Ale w końcu to mój świadomy wybór – po kilku egzotycznych tripach, które srodze odchorowałem, przyszła pora na odrobinę cywilizacji (czytaj luksusu:)). Naszym gospodarzem i sprawcą całego zamieszania zakończonego zresztą zbiorową orgią w jakuzzi był niejaki Waldi Oblak wraz z przemiłą małżonką – Renią. Waldi to emigrant stanu wojennego i uczestnik wyprawy Śladami Strzeleckiego po australijskim outbacku autami 4x4. Superziomal, z którym – mimo konkretnej różnicy wieku – łapiemy megaprzelot, na dodatek pochodzi z Wrocka. Ten niepoprawny romantyk zakochany po uszy w australijskim buszu od 25 lat testuje tutejsze warunki do życia, nie mogąc pogodzić się z amerykanizacją i odarciem West Australii z jej pionierskiego piękna. To w australijskim interiorze kilka lat wcześniej Waldi poznał Sławka, który wtedy też był filmowcem wyprawy. Sławek z hybrydy.pl mimowolnie stał się więc postacią łączącą ze sobą dwa zupełnie odmienne światy, poszukiwaczy motorowych emocji i wspinaczy.



Przez kilka dni kręcimy się po Perth niczym po przepastnym wnętrzu czarnej dziury. A to urodziny
królowej, a to początek tutejszych ferii, a to inne przedziwne zbiegi okoliczności, które nie pozwalały nam dopiąć najważniejszej na tym etapie sprawy, jaką było wypożyczenie pięcioosobowego campera, którego za dwa miesiące mieliśmy zamiar oddać po drugiej stronie kontynentu – w Sydney. Jeśli komuś z Was przyjdzie pożyczać w Australii tego typu brykę, miejcie na uwadze to, że jeśli van ma 5 miejsc do spania, wcale to nie znaczy, że może nim podróżować 5 osób! Ważniejsze od łóżek są siedzenia z pasami, a tutejsze gliny są superczujne w tym temacie.
Niewątpliwie wygodne zakwaterowanie u Waldiego w miasteczku o bardzo pasującej nam nazwie Fremantle też przyczyniało się do naszego umiarkowanego pośpiechu, za którym dodatkowo przemawiał najważniejszy z wszystkich powód, mieliśmy swój adres zamieszkania, tak więc ultralekka akumulatorowa wiertarka Boscha, wysłana z kraju przez jednego z naszych sponsorów, miała szansę trafić w nasze ręce.

Wreszcie padł konkretny termin: 6 października będzie czekać na nas wymarzona bryka. Do tej pory jesteśmy jednak bezradni. Waldi, sam będąc poszukiwaczem złota i przygód, zaczyna rozumieć nasz głód wspinu. Proponuje nam pokład swojego handi made pojazdu (najbliżej mu do amfibi) tzw. Arki Waldiego, która już nie raz dzielnie spisywała się w outbacku. Ruszamy bez zastanawiania. Kierowana przez Waldiego Arka „pędzi” z prędkością 80 km / godz. na południe w kierunku Margaret River, tam (oprócz znanych winnic i równie słynnych fal – celu surferów) znajduje się pierwszy rejon wspinaczkowy z naszej listy.



Podróż trwała cały dzień. 300 km to na warunki australijskie wielkie nic, ale siedząc na przykrytej kocykiem skrzynce od piwa udającej siedzenie (miała nawet swoje pasy), odczuliśmy nieco trudy podróży. Wolna niczym żółw na asfalcie, już w terenie 4x4 (czytaj buszu) Arka zamieniała się w demona prędkości, a strusie i kangury ledwo nadążały z ucieczką.

Bob`s Hollow to wapienna jaskinia otwarta w stronę oceanu. Miejsce klimatem i formacjami
przypomina azjatycką mekkę wspinaczy, plażę TonSai, jednak w przeciwieństwie do niej nie ma tu żywego ducha. Złudne poczucie kompletnej izolacji od reszty świata mija wraz z kolejną napotkaną tabliczką (spotkamy ich na naszej drodze jeszcze wiele) – generalnie High Risk na każdym kroku. Jakoś w ogóle tego nie dostrzegamy, bo drogi startują z piaseczku, a z bujnej zieleni za plecami wychylają się białe kielichy potężnych kalii, które, jak się okazuje, są tutaj chwastem. Jest bajecznie, a pierwsze od wielu tygodni wspinanie (przygotowania do wyprawy to na pewno nie wspin) smakuje pysznie.



Przez kilka dni oprócz wielorybów i kangurów nie spotykamy nikogo, a nadciągający z pobliskiej Antarktydy zimny front, który ostatecznie przegania nas z tej idyllicznej miejscówki, przypomina nam o tym, że Australia to nie tylko tropiki.

Po kilku sielankowych dniach dobijamy z powrotem do Perth. Przerobiona na campera Toyota Hiace wygląda przy Arce niczym prom kosmiczny. Z lekką nieśmiałością zasiadam za umieszczonymi po jej prawej stronie sterami, ale widząc porządek panujący na australijskich drogach i mając w pamięci szalone rajdy bryką chociażby w RPA, wiem, że tutaj nic nie powinno mnie zaskoczyć. Kierujemy się do ciepłych skał, czyli na północ, w stronę równika...

Ciąg dalszy relacji w: GÓRY, nr 6 (181) czerwiec 2009.

Zapraszamy również do obejrzenia fotogalerii ze zdjęciami z opisywanego wyjazdu.
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com