facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2011-08-18
 

Alpejskie przepychanki

Na Grossglockner Granią Studlgrat. Po ubiegłorocznej porażce na Grossglocknerze, obiecywałem sobie, że kiedyś tam wrócę i dokończę to, co zacząłem. Jednak nie śpieszyło mi się tam zbytnio. Nie lubię wracać w mało znaczące dla mnie miejsca.
Grossglockner 3798 m n.p.m. to najwyższy szczyt wschodnich Alp... No właśnie, NAJWYŻSZY. To tytuł niezbyt chlubny, gdyż właśnie przez to, że jest najwyższy, jest oblegany przez tłumy śmiałków rządnych właśnie tego "naj" na swoim koncie. Co za tym idzie - pomimo, iż droga klasyczna (najprostsza) ma trudności techniczne wymagające minimalnych umiejętności wspinaczkowych (około II, III w skali UIAA) - pcha się tam niestety każdy, często bez podstawowej wiedzy i umiejętności dotyczącej poruszania się w wysokogórskim trudnym technicznie terenie... Takie właśnie "naj" nie przyciąga mnie na tyle, żeby pchać się tam drugi raz, a już na pewno nie po to, żeby dokończyć wejście na wierzchołek drogą klasyczną - no chyba, że np. w warunkach zimowych :)


Mając inne plany na rok 2011, niestety pokrzyżowane przez felerny majowy wypadek rowerowy, dzwoni do mnie Krzyś (czyt. Granitowy Kuglarz :)) z propozycją wyjazdu na Grossglockner. Pewnie nie zainteresował bym się tym zupełnie, gdyby nie to, że plan polegał na wejściu na Grosa granią Studlgrat. Grań ta jest dość popularna w tym masywie, aczkolwiek trudna technicznie (IV w skali UIAA). Co za tym idzie: więcej powietrza pod nogami,dużo bardziej wymagająca niż droga klasyczna, mniej ludzi na grani, żadnych przepychanek i innych podobnych :) Po prostu czyste wspinanie na sporej wysokości bez hołoty dookoła :).

Jadąc 13-go sierpnia z Żywca w stronę Kals am Grossglockner w składzie: Krzysiek, Paweł, Tomek i ja, droga mija dosyć przyjemnie. Podziwiamy m.in. autostrady jakich nie mamy i raczej nigdy mieć nie będziemy w naszym "kochanym" kraju :) Jednak nie o dojeździe i innych podobnych bzdurach tu mowa...

W grań "wbijamy" się 14-go sierpnia, w niedzielę około godz. 5.00 rano, póki świt. Oczywiście przed nami drogę zaczęło kilka innych zespołów, bo prognozy na ten dzień były obiecujące. Początek grani nie nastrajał optymistycznie ze względu na dużą kruchość terenu, lecz im wyżej tym bardziej lito i bardziej przypominało to właściwe wspinanie :)

Drogę robimy w dwóch zespołach: jako pierwszy zespół idą Paweł z Krzychem, bo jako jedyni mają topo drogi, więc ja z Tomaszem idziemy w drugim zespole depcząc im po piętach. Niestety przyjemność wspinania i sielanka po około 2 godzinach kończy się przez rządnych pieniędzy i poganianych przez czas przewodników austriackich, ciągnących za sobą kilkuosobowe grupy klientów na linie. Standardem w Tatrach jest prowadzenie maksymalnie 3 klientów na linie (tzw. "lotna trójka - samobójka). W alpach, jak się wtedy okazało, jest zupełnie inaczej. Wyminęło nas około 4 zespołów kilkuosobowych, nierzadko składających się z 4-5 osób na jednej linie z przewodnikiem na przodzie. Czyste chamstwo i brak wyobraźni zrobiło na nas bardzo niesmaczne wrażenie. Wymijając nas w trudnych technicznie miejscach i dużej ekspozycji nie stronili od wszelkich sposobów, aby tylko wyprzedzić, nie zważając na nasze bezpieczeństwo :( . Po około 6 godzinach takiej przepychanki na grani, meldujemy się na szczycie. Upragnione prawie 4000 metrów!


Kilkunastominutowy popas na szczycie i piękne widoki dookoła niwelują nieco niezbyt przyjemne doświadczenia podczas wspinaczki drogą Studlgrat. Lecz ciąg dalszy chamstwa i zwierzęcych odruchów był znów przed nami podczas zejścia...Mocno eksponowane zejście na przełęcz pomiędzy Grossglockner a Kleinglockner przysporzyło nie lada problemów i strachu. Ludzie próbujący zejść ze szczytu przepychali się ze śmiałkami wchodzącymi drogą klasyczną. Czysta paranoja, brak wyobraźni i 100% szaleństwa w dosyć trudnym terenie! Masakra w dosłownym znaczeniu tego słowa!

Po kilku godzinach przepychanek i niebezpiecznych sytuacji schodzimy na lodowiec, skąd już spokojnie lecz mocno wyczerpani schodzimy do Kals celem ucieczki do Hollental, niedaleko Wiednia, jednego z najpiękniejszych rejonów wspinaczkowych wschodniej Austrii...


Zapraszam na mojego bloga: http://parcienatarcie.blogspot.com/
 1
 2
 3
 4
 
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com