facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-02-03
 

Aconcagua - Kamienny Strażnik

Aconcagua. W narzeczu miejscowych Indian - Kamienny Strażnik. Największa góra Ameryki Południowej i jednocześnie najwyższy szczyt świata poza kontynentem azjatyckim (6962 m n.p.m).

Wszystkie wyprawy na Aconcaguę wyruszają z argentyńskiego miasta Mendoza. Ta niespełna 200 tys. stolica jednej z prowincji zachwyca swoją niepowtarzalną atmosferą, klimatem, architekturą, parkami. Jednak największym skarbem Mendozy są ludzie. Otwarci, życzliwi, skorzy do pomocy, uśmiechnięci. Dzięki temu kryzys ekonomiczny, który dotknął Argentynę i olbrzymi spadek wartości miejscowej waluty (peso), wydaje się jakby na dalszym planie, schowany w cień. Nadal najważniejsza jest rodzina, przyjaciele i wieczorne spotkania przy wyśmienitym miejscowym winie (winnice wokół Mendozy produkują 70% argentyńskiego wina) i mate (rodzaj herbaty ziołowej z dużą zawartością kofeiny i teiny).

W Mendozie zlokalizowana jest siedziba Parku Narodowego Aconcagua, gdzie należy wykupić pozwolenia niezbędne do podjęcia próby zdobycia szczytu. Można także od razu przeprowadzić negocjacje z jedną z firm, która wynajmuje muły, które później zataszczą bagaże do obozu - bazy na wysokości 4300 m n.p.m. Mając chwile czasu, warto rozejrzeć się po okolicy, ponieważ park miejski w Mendozie uważany jest za jeden z najpiękniejszych na świecie.

Po załatwieniu formalności, czekała nas ok. 6 godzinna podróż do Penitentes lub Puente del Inca, gdzie znajduje się brama Parku Narodowego. Najpopularniejszy jest przejazd autokarem, lecz my wybraliśmy mniej standardowy wariant autostopu. Podróż na „pace” pięćdziesięcioletniego pickupa zostawiła niezapomniane wrażenia. Czterdziestostopniowy upał dawał się wyraźnie we znaki, zwłaszcza że całą wodę zużyliśmy na zalewanie chłodnicy, kiedy po raz kolejny się zagotowała.

Wyjeżdżając w Mendozy praktycznie od razu wjeżdża się w góry. Samochód pokonuje liczne serpentyny, zjeżdża w malownicze doliny rzek by znowu, mozolnie piąć się w górę. W trakcie podróży mija się liczne przydrożne kapliczki, które często wyglądają jak... małe śmietniki. Obrzucone są stertami plastikowych butelek. Okazuje się, że to miejscowa tradycja, która wywodzi się z legendy o umierającej z pragnienia matce z dzieckiem, której podarowano wodę. Gliniane naczynia zastąpiły plastikowe butelki, które mimo pięknej legendy zdecydowanie nie upiększają krajobrazu.

Czym wyżej wspina się samochód, tym robi się chłodniej. Pod koniec dnia, kiedy słońce chowa się za górami, robi się naprawdę zimno. Temperatura w kilka minut potrafi spaść o kilkanaście stopni. Na szczęście właśnie w tym momencie dotarliśmy do Penitentes, gdzie można spędzić ostatnią noc przed wejściem do Parku Narodowego.

Wejście na Aconcaguę z reguły zabiera od 15 do 21 dni (przez taki czas obowiązuje pozwolenie). Startuje się z niezwykłej urody miejsca, jakim jest Puente del Inca położone na wysokości 2720 m n.p.m. W momencie przekraczania bram parku, zobaczyliśmy jedynego, jak się później okazało kondora, co wzięliśmy za dobry znak, zwłaszcza że chwilę wcześniej dowiedzieliśmy się o 5 ofiarach burzy, którą widzieliśmy dzień wcześniej jadąc do Penitentes.

Zaledwie po kilku kilometrach wędrówki wkracza się w wysokie góry.

Andy porażają swoją wielkością. Budzą szacunek i czasem... lęk. Zwłaszcza u ludzi, którzy pierwszy raz mają do czynienia z wysokimi górami. Ciągnące się kilkadziesiąt kilometrów doliny otoczone zewsząd pięciotysięcznymi szczytami (Mexico, Mirador, Tolosa, Almacenes) w niczym nie przypominają tego, co znamy z Europy. Klucząc ścieżką, wśród porozrzucanych „kamieni” wielkości domku jednorodzinnego, zaczynasz myśleć o przemijaniu i nietrwałości ludzkiego życia w zetknięciu z potęgą i nieskończonością gór. Nieustannie wspominasz nasze polskie Tatry, które ze swoimi ponad dwutysięcznymi szczytami, znikłyby gdzieś niezauważone na samym początku podejścia. Jednak podejście do pierwszego obozu - Confluencia (3300 m n.p.m), nie sprawia nam żadnych kłopotów. Wypijając przepisowe 4 litry wody na głowę, kładziemy się spać myśląc o czekającym nas następnego dnia najdłuższym, trwającym od 9 do 12 godzin podejściu do Plaza de Mulas. Poranne wyjście opóźnia padający jeszcze na tej wysokości deszcz. Zaledwie 300 m wyżej zamienia się on w śnieg. Opóźnienie w wyjściu z Confluencii oznacza nocleg po drodze do Plaza de Mulas. Planując nocleg nie można zapomnieć o zabraniu dodatkowej ilości wody. Co prawda całą drogę wędrowcom towarzyszy rzeka, ale woda koloru kawy z mlekiem zdecydowanie nie zachęca do jej skosztowania, aczkolwiek świetnie nadaje się do... mycia naczyń. Nocujemy w zniszczonym przez kamienną lawinę schronisku Ibanez. Hulający w nocy w ruinach wiatr, skłania do zadumy, czy wszystkim udało się uciec nim spadające głazy pogięły stalowe belki jak zapałki.

Surowy klimat sprawia, że powyżej 4000 m n.p.m. trudno o widok jakiejkolwiek roślinności. Znikają nawet mchy, porosty i sukulenty..., które czasem można kupić w polskich kwiaciarniach. Jednak brak roślinności w pełni rekompensuje ukształtowanie i kolorystyka gór. Czasami masz wrażenie, że patrzysz w tęczę. Skała mieni się bielą, wszystkimi odcieniami piasku, przez żółcie, czerwienie, brązy, aż po głębokie bordo. Te kolory zmieniają się w zależności od pory dnia i pogody. Są mniej lub bardziej intensywne. Wystarczy, że na chwilę słońce przesłoni chmura i masz wrażenie, że jesteś w innym miejscu. Dlatego wydaje Ci się, że góry żyją, są w ruchu, nieustannie zmieniają formę. Do tego dochodzi forma i struktura skały. Od najdziwniejszych kształtów zlepieńców po lity granit. Swoje zrobiła też woda, która nieustannie towarzyszy nam aż do wysokości ponad 4000 m n.p.m. Towarzyszy, a czasami sprawia niemały problem, kiedy chcą uchronić nogi od zamoczenia, musisz zdejmować buty i przeprawiać się w lodowatej wodzie na drugi brzeg. Nie przypadkiem wracając w Aconcagui kilka razy zastanawialiśmy się, czy aby nie zgubiliśmy drogi, mimo że było to niemożliwe. Wydawało nam się, że jesteśmy w zupełnie nam nieznanych miejscach. Po spotkaniu z kolegą, który wracał tą samą drogą kilka dni wcześniej, okazało się, że miał identyczne spostrzeżenia.

Aconcagua słynie także z 360 wietrznych dni w roku. Wiatr zaczyna jednak dawać się we znaki dopiero powyżej pierwszego obozu - Confluencii i towarzyszy Ci do końca wędrówki. Nieustający i silny wiatr sprawia, że pogoda jest bardzo zmienna. Zdarzało się, że w ciągu pół godziny świeciło słońce, padał deszcze i przechodziła mała burza śnieżna, która z powrotem zamieniała się w słoneczną pogodę.  

Po nocy w Ibanez wyruszyliśmy do Plaza de Mulas, obozu - bazy, znajdującego się na wysokości 4300 m n.p.m. W drodze towarzyszyły nam barwne karawany mułów, objuczone wszelkim możliwym bogactwem. Podejście do Plaza de Mulas jest miejscami bardzo strome, nie dziwią więc co jakiś czas spotykane szkielety mułów, które potknęły się na wąskiej, krętej ścieżce. W obozie - bazie byliśmy przed południem. Postanowiliśmy cały dzień spędzić na odpoczynku i wlewaniu w siebie jak największej ilości wody. Plaza de Mulas jest urokliwym miejscem. Zewsząd otoczone wysokimi górami, z dwoma jeziorkami i sterczącymi w górę niczym olbrzymie stalagmity - penitentami. Baza z dziesiątkami różnego rodzaju namiotów i szumem języków z całego świata przypomina trochę kolorową „Wieżę Babel”.

Następnego dnia wyruszamy do Cambio de Pendiente (5200 m n.p.m.). Problemy z aklimatyzacją robią swoje. Dzielimy się na dwie grupy. Okazuje się potem, zostanie tak już do końca. Podejście i zejście do bazy, mimo że bez plecaków, okazuje się potwornie męczące. Rekompensują to niepowtarzalne widoki i... schodząca lawina, którą udaje się uwiecznić na zdjęciach.

Rozmawiając o wysokich górach często słyszy się o tym, że „odporność” na  wysokość nie zależy od wieku, kondycji tylko od osobistych predyspozycji, a nawet czasu, w jakim znajdziesz się na danej wysokości. Jak bardzo to prawdziwa opinia przekonaliśmy się już następnego dnia. Po nocy spędzonej w namiocie-szpitalu okazało się, że jeden z uczestników wyprawy z obrzękiem płuc musi zostać zwieziony śmigłowcem na niższą wysokość. Mimo dobrych leków, które spowolniły rozwój choroby, dalsze pozostawanie na wysokości ponad 4000 m n.p.m. zagrażałoby jego życiu.

Następnego dnia w minorowych nastrojach, już tylko w trójkę, ruszamy do Nido de Condores (5380 m n.p.m.). Po kolejnej nocy z wejścia na szczyt rezygnuje kolejny z uczestników. Zostajemy we dwójkę, z głową pełną myśli, czy mamy jakiekolwiek szanse na wejście na szczyt. W Nido de Condores spędzamy dwie noce na roztapianiu śniegu i nawadnianiu organizmu. W 8 godzin udaje nam się stopić śniegu na 6 litrów wody. Wieje przeraźliwy wiatr. W dodatku okazuje się, że część posiadanych butli gazowych nie chce „palić” powyżej 4000 m. Mimo złej aklimatyzacji postanawiamy ruszać wyżej. W Nido de Condores zostawiamy namiot, licząc że w ostatnim obozie przed szczytem (Berlin 5780 m n.p.m.), uda nam się przenocować w drewnianej budzie. Droga do Berlina jest przepiękna. W miedzyczasie pogoda ostatecznie klaruje się i przy bezchmurnym niebie docieramy do Berlina. Obóz wita nas pięknym zachodem słońca. „Pod nogami” widać ciągnące się po horyzont, ośnieżone szczyty mieniące się wszystkimi odcieniami pomarańczu i czerwieni. Przez chwilę poddajemy się urokowi chwili nie myśląc o czekającym nas jutro wyzwaniu. Spadająca gwałtownie temperatura szybko zapędza nas jednak do śpiworów.

Bardzo duży mróz (ok. –30 stopni), sprawia, że do ataku szczytowego wychodzimy późno. O 8.00 rano. Po drodze przez godzinę ratujemy odmarzające palce nóg, rozgrzewając je w plecaku, owinięte w puchową kurtkę. Droga na najwyższą górę Ameryki Południowej to uporczywa walka z samym sobą. Każdy krok wydaje się być ostatnim, ale przesz naprzód „bo tak trzeba”. Na szczycie stajemy po 10 dniach po godzinie 17.00 . Kilka szybkich zdjęć i w dół. Z każdym krokiem lżej. Radość przychodzi dopiero po zejściu do Plaza de Mulas. Małe piwo i spać. Zasypiając po raz pierwszy od kilkunastu dni zaczynam zastanawiać się „Gdzie w przyszłym roku?”

Tomasz Muchalski  
Adventure Explorers

 Aco1
 Aco2
 Aco4
 Aco5
 Aco6
 
 Aco7
 Aco8
 
Goryonline
 
2018-11-07
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”. Góry, wolność i niepodległość

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-19
HYDEPARK
 

Film „No Trace Tatra” na jesiennych festiwalach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-16
HYDEPARK
 

Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com