facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-03-18
 

4 x A: Ameryka, Argentyna, Andy, Aconcagua 2008

Nagle niespodziewanie u kresu popołudniowej wędrówki między dwoma górami ukazuje się nam po raz pierwszy Aconcagua... Relacja z wyprawy Klubu Alpinistycznego „Homohibernatus”.

Relacja z wyprawy Klubu Alpinistycznego „Homohibernatus” -
„Aconcagua 2008 - śladami polskich podróżników” 
4 x A: Ameryka, Argentyna, Andy, Aconcagua 2008

„Są tylko trzy prawdziwe dyscypliny sportowe, walki byków, wyścigi samochodowe i alpinizm, reszta to tylko gry.” 
E. Hemingway


Połączone siły polskich wypraw



Dzień ataku.
Spoglądam po twarzach współtowarzyszy, widać po nich ogromne zmęczenie. 11 dni regularnego wycisku, który zafundowała nam góra, widać w każdym centymetrze ciała. Brak nam odpowiednich posiłków dostarczających tak ważne kalorie potrzebne do normalnego funkcjonowania. Mróz i wiatr, który tnie powietrze z prędkością do 70 km/h szarpiący nasze ciała jak marionetkami, zrobił już swoje.
Resztka woli walki, którą zachowaliśmy, aby zdobyć Acconcahuac - Kamiennego Strażnika, jak zwą miejscowi Aconcaguę, każe nam szarpnąć jeszcze raz ciała i wejść na tę diabelską górę.
 
Warszawa - 3 miesiące wcześniej.
Zasiadam do komputera po obfitym śniadaniu, aby przeczytać poranna pocztę. List od Magdy potwierdzający jej uczestnictwo w wyprawie na Aco nie jest niczym niezwykłym. Twarda zawodniczka z Poznania nie zastanawiała się ani minuty, gdy zaproponowałem jej w styczniu wyprawę na dach Ameryki Południowej. Skład kompletował się dość długo. Na sam koniec jednak wypadła nam z listy Ania Czerwińska, gdyż pewne sprawy pokrzyżowały jej plany. W ostatniej chwili dołączył do nas Michał. 3 miesiące załatwiania spraw, korespondowanie z agencjami mulników, załatwianie sprzętu, biletów, ubezpieczenia sprawiło, że zleciały jak z bicza strzelił. Pozostało tylko czekać na dzień wylotu.

Santiago - 14 dni wcześniej
Lądujemy w stolicy Chile po 24 godzinach lotu bez większych przygód. Na odprawie celnej tylko Magdę dopadają labradory z sekcji narkotykowej, na szczęście powodem są tylko zabronione wwozem jabłka, ale słychać czasami o podrzucanych turystom zakazanych towarach.
Samo miasto zaskakuje czystością, bezpieczeństwem, uśmiechniętymi obywatelami. Na ulicach mnóstwo policji i wojskowych oraz mnóstwo obejmujących się par. Styczeń to tutaj pora wakacji, środek lata.
Nocnym autobusem przedostajemy się do Mendozy, miasta wypadowego w Andy w Argentynie. Lekkie „trzepanie” bagaży na granicy przypomina nam nie tak odlegle PRL-owskie czasy.
Mendoza - zaskakuje zielenią i kameralnym charakterem choć to 700-tysięczne miasto. Zamieszkujemy w Independencii, rodzinnym hostelu z górskim klimatem.
Po załatwieniu permitów na atak szczytowy robimy zakupy żywności i gazu do naszych palników. Resztę czasu poświęcamy na zwiedzanie city zniszczonego doszczętnie 200 lat temu przez trzęsienie ziemi.


Lodowiec na 5 tys. pokryty kamieniami



Los Penitentes - 12 dni wcześniej.     
Wieczornym busem dostajemy się do Los Penitentes, miejscowości wypadowej do doliny Horcones i Vacas, a także siedziby firmy Fernando Grajalesa, zajmującej się transportem na mułach sprzętu do Plaza de Mulas i Plaza Argentina, baz pod Aco. My pójdziemy Puerta de Vacas, drogą dłuższą, ale zdecydowanie ciekawszą, obfitującą w więcej zieleni, potoki i wodospady. I na dodatek dużo spokojniejszą. Dziennie przemierza trasę ok. 20 osób, przy Horcones i 200-osobowych pielgrzymkach to oaza spokoju.
Słońce pali niemiłosiernie i już po paru godzinach widać, że mimo kremów będą poparzenia. Po drodze spotykamy stado mułów pasących się swobodnie bez opieki. Są zbyt zadbane, aby były dzikie. W Papa Lenias (2800 m), gdzie stajemy na pierwszy nocleg, okazujemy pozwolenia strażnikom parku, w zamian dostajemy worki na śmieci, które przy wyjściu z parku musimy zdać. Wieczór mija wesoło. Poznajemy jeszcze parę ekip polskich, które zdecydowały się wchodzić drogą, którą 74 lata wcześniej wytyczyli nasi rodacy (Narkiewicz, Ostrowski, Osiecki).
Rano skoro świt zrywamy się i rozległym korytem rzeki idziemy do Casa de Piedra na 3200 m. Susza, która tego roku nawiedziła te rejony, pozwala zaoszczędzić nam drogi, bo rzeka i potoki dają się pokonywać bez omijania ich szerokim łukiem.. Mijamy po drodze kości mułów – nieszczęśnicy skończyli swa karierę zepewne łamiąc nogi podczas pokonywania tej trudnej drogi. Nagle niespodziewanie u kresu popołudniowej wędrówki między dwoma górami ukazuje się nam po raz pierwszy Aconcagua. W blasku zachodzącego słońca stała w pełnym majestacie ośnieżona przy wierzchołku. Piękna, a zarazem straszna, jakby znała swoją wartość i ostrzegała śmiałków... 

7 dni wcześniej
Tym razem jeszcze po ciemku wychodzimy do bazy. Musimy przeprawić się przez rzekę i to w paru miejscach. Niektórzy w klapkach, niektórzy na bosaka, a niektórzy skacząc jak zające przeprawiają się, może w niegłębokiej, ale rwącej i zimnej wodzie. Zaczyna się ostre podejście. Coraz więcej przystanków, żar z nieba, pot leci ciurkiem po plecach, góra, dół., góra, dół... Obsuwające się kamienie nie ułatwiają sprawy, a do tego wysokość 4000 m. Tlenu coraz mniej… Mijany Anglik, na pytanie czy daleko do celu, pokazuje następny pagórek, mówiąc, „home, sweet home, my friend”. Rozbijamy obozowisko. Jest nas tu 18 Polaków. Spotykamy Michała, który koczuje już tutaj od 2 dni. Zatykam na szczycie namiotu polską flagę, od razu jakoś przyjemniej. Duma nas rozpiera, ale będzie jeszcze większa, jak zatkniemy ją na 6963 m. Robimy badania lekarskie, saturacja 85, bicie serca 115, wszystko w normie na tej wysokości.

6 dni wcześniej.
Z bazy PA wnosimy trawersem do camp I na 5100 depozyt w postaci jedzenia i gazu. Droga wiedzie lodowcem pomieszanym z piargami, mnóstwo usypujących się kamieni, uskoków, zamarzniętych szczelin, popękanych lodów na zamarzniętych jeziorkach. Ostatni fragment wiedzie po piargach i na wpół zamarzniętym potoku. Spotykamy Michała, który od wczoraj już się tutaj aklimatyzuje. Słońce smaga po twarzach, że nie idzie wysiedzieć. Każdy za parę tysięcy złotych może pokusić się o zdobywanie Aconcaguy. Odmrożenia i poparzenia są w cenie. Schodzimy z powrotem do bazy. Na dole lekkie krawieckie zabiegi. Magda klei popalony śpiwór, a ja ceruję spodnie w kroku.
Następnego dnia zwijamy obozowisko i w górę do camp I. Ta sama droga, jednak idzie się znacznie lepiej. Aklimatyzacja działa, choć i tak każda czynność wymaga wiele wysiłku. Nawet przy założeniu butów człowiek sapie jak lokomotywa. Rozbijamy obóz w camp I. Przychodzi Michał z brzoskwiniami w puszce, smakują nieziemsko.


Droga do obozu II (5850 m)



4 dni wcześniej.
Dzień wnoszenia depo do camp II. Cały ten himalajski system jest trochę denerwujący, Wygodnie tym, co mają tragarzy. Po pół godzinie dopada nas zawieja. Śnieg sypie jak z wywrotki. Na pewnych odcinkach przydałyby się raki, bo droga wiedzie po lodowym zboczu. Jak na razie najgorszy dzień wyprawy. Chętnie zostawiłoby się depo gdzieś pod kamieniami, ale skoro inni idą, to trzeba zagryźć zęby i do przodu. Inni pewnie myślą podobnie… W końcu w całej tej zadymce dostrzegam namioty obozu drugiego. Nie jest ich za wiele, ale to na pewno tu. Pomagamy Michałowi rozbić namiot, którym wiatr szarpie jak żaglem i szybko w dół. Droga powrotna mija szybko. Śnieg, który napadał, amortyzuje kroki, lecz ani na chwilę nie rozluźniamy uwagi. Nasz namiot wygląda jakby przebieg po nim Yeti. Naszych sąsiadów są podobne - to skutki krótkiej nawałnicy. Padamy w namiotach, ale szalejąca tej nocy burza śnieżna nie pozwala za bardzo pospać Nikt nie mówił, że będzie łatwo…
Następny dzień przeznaczamy na odpoczynek, suszymy ciuchy, buty, pełna regeneracja organizmów, wsypujemy w siebie tony jedzenia. Dziś na zmianę to słońce i żar, to znowu czarne chmury i sypie, jak w kalejdoskopie. Pakujemy resztę gratów i spać. Jutro zwijamy obóz i w górę do camp II. Dołącza do nas Rafał z Zawiercia. Wychodzą też z depo Lucek. Monika, Magda, Adam, Paweł i Gosia (choć całą noc bolał ja ząb, brawo za wolę walki). Historia znowu się powtarza: zamieć śnieżna w obozie II. Ledwo rozstawiamy namiot. Pod
wieczór dochodzą jeszcze Ilona i Przemek. Udostępniamy im na noc namiot, bo warunki są nie do schodzenia, a sami śpimy u Michała. Szarpie namiotami całą noc.


Zamieć śnieżna w drodze do obozu II



Dzień ataku.
Wiatr szarpie namiotem niemiłosiernie. Magda mówi coś o przełożeniu ataku na inny dzień, ale dochodzące z innych namiotów odgłosy szykowania się do wyjścia każą zapomnieć o zmianie planów. Gotujemy wodę na herbatę natopioną wczoraj ze śniegu. Ostatnie sprawdzenie sprzętu i w drogę. Wychodzimy najpóźniej, bo o 6.30. Jest ciemno. Włączamy czołówki i oświetlając ścieżkę wydeptaną przed chwilą przez naszych kolegów, kierujemy się pod Lodowiec Polaków i dalej trawersem ku obozowi III na 6200 m. Już ta droga zabiera nam dużo sił. Na wysokości 4500 m n.p.m. jeżeli chodzi o utratę kalorii godzina rozmowy porównywalna jest z półgodzinnym joggingiem na poziomie morza. Nawet czytanie i spanie powoduje dużą utratę kalorii. Nogi zapadają się po kolana w śniegu, wiatr wieje w twarz. Po godzinie mijają nas wracający 3 Amerykanie. Jeden z ich kolegów dostał choroby wysokościowej, góra okazała się dla nich niełaskawa. Już o świcie dochodzimy do Białych Skał, skąd już blisko camp III.
Wiatr ucicha. Wschodzące słońce momentalnie zaczyna operować. Robi się gorąco. Ściągamy puchowe kurtki, ale na tej wysokości niewiele to pomaga. Przed nami idzie ok. 20 osób, które atakują od Berlina (5850 m), obozu z drogi przez Plaza de Mulas (4300 m). Odliczam kroki do 100 i stop. Regulacja oddechu i tak w koło. Wraz ze wzrostem wysokości zmniejszam liczbę odliczanych kroków, coraz ciężej łapać rozrzedzone powietrze.
Doganiamy naszą trójkę znajomych. Na grani nad obozem III krótki odpoczynek .Wśród atakujących słychać języki z całego świata, od japońskiego, poprzez słowiańskie i germańskie, a na miejscowych skończywszy. Uzupełnienie płynów, jakiś baton czekoladowy i znowu trzeba się podnieść. Mijamy drewniany domek przy Independencji (6300 m), schronienie dla 3-4 osób na wypadek załamania pogody.
Przed nami osławiony żleb Canaletta. Każdemu pot leci ciurkiem, choć mróz nie odpuszcza. Wymieniam parę słów z Masą, Japończykiem, który pozuje do zdjęcia przy nawisie, gdzie większość atakujących górę zostawia swoje plecaki. Dochodzi 15.00. Podobno jeszcze godzina. Jeszcze! Aż! O tej godzinie słyszę już od południa. Liczba kroków między odpoczynkami zmniejszyła się do 30.
Zdejmuję sweter puchowy i tylko rozsądek nakazuje mi nie zdejmować koszulki z długim rękawem i czapki. Żar z nieba, skwar jak na pustyni połączony z maksymalnym wysiłkiem ogranicza moją liczbę kroków do 10. Ostatnie 200 metrów jest katorgą, ale dochodzące z góry okrzyki zwycięstwa podrywają człowieka do jeszcze jednego zrywu. W końcu jest. Upragniony, wymarzony szczyt. Aconcagua zdobyta. Przez pierwsze parę minut nie dochodzi to do nas, rozglądamy się w około, nie wierząc, że to już koniec naszej wspinaczki. Razem z nami jest parę osób, niektórzy reagują okrzykami, niektórzy całkowitą ciszą. Jedno jest pewne: radość pokonania nie tylko góry, ale i samego siebie, swoich słabości jest wielka. Seria zdjęć. Świadomość jednak, że jeszcze trzeba zejść, nie pozwala nam na długi zachwyt. W powrotnej drodze spotykamy naszych znajomych, jeszcze chwila i oni też będą świętować. Na drogę powrotną też trzeba zostawić spory zapas sił. Moment, kiedy lądujemy w namiocie z uczuciem zwycięstwa, jest błogim stanem. Sam szczyt i moment jego zdobycia jest wspaniały, ale droga do niego prowadząca jest najistotniejsza, ciężka, wymagająca dużej pracy, wytrwałości, potu i wyrzeczeń, ale jakże satysfakcjonująca.


Droga do żlebu Canaletta



Statystyki wyjazdu:
2 razy helikopter zabierał z bazy PA turystów z obrzękiem płuc, 4 turystów zabrał na ich wyraźne życzenie, zrezygnowali po 5 dniach wyjścia z Los Penitentes, 24 osoby nie dotarły wcale do Camp II (5800 m,), a to tylko te dane widziane na żywo od strony PA. Co się dzieje od Plaza de Mulas, gdzie średnio jest 10-krotnie więcej chętnych na przygodę, tylko można sobie wyobrazić. Średnio szczyt zdobywa 30% atakujących. Rokrocznie na Aco ginie więcej turystów niż na wszystkich 8-tysięcznikach razem wziętych. Nie pisze tego po to, aby kogoś wystraszyć, ale góry to nie żarty i trzeba się do nich solidnie przygotować.

Na koniec chciałbym dodać, aby każdy z nas stawiał sobie coraz wyżej poprzeczkę, nie tylko związaną z górami i podróżami, ale i tą zawodową, i tą związaną z pasjami życiowymi, bo tylko tak kiedyś będziemy mogli śmiało spojrzeć w tył i wspomnieć nasze życie i śmiało powiedzieć, że nie żałowało się ani jednej minuty. Niech każdy z nas wierzy mocno w swoje marzenia, nie tylko te związane z podróżami, z pracą, ale i te zwykle, malutkie, bo jeżeli naprawdę mocno w nie wierzymy, to na pewno się spełnią. Trzymam kciuki za Was i za nie wszystkie. Do szybkiego…

Tekst i foto: Zbyszek Bąk, Klub Alpinistyczny „Homohibernatus”

Więcej zdjęć w fotogalerii...

2008-03-18

(kg)
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com