facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS

Sir Chris Bonington o historii, literaturze i etyce wspinaczkowej

Legenda alpinizmu światowego, kilkadziesiąt wybitnych przejść w górach całego świata, organizator i kierownik przełomowych wypraw w historii himalaizmu. W Wielkiej Brytanii człowiek-instytucja, który w 1996 roku za osiągnięcia na polu alpinizmu i jego popularyzacji otrzymał tytuł szlachecki. Z Chrisem Boningtonem będziecie mogli spotkać się już niebawem podczas Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady w Ladku-Zdroju. A my z tej okazji przypominamy wywiad, który został opublikowany na łamach GÓR, niemalże 15 lat temu. Zapewniamy, że nie stracił na aktualności.

  

 Chris Bonington ze Złotym Czekanem za całkoształt osiągnięć wspinaczkowych. Fot. Piotr Drożdż

 

Oto zapis naszej rozmowy, którą rozpocząłem od zaznaczenia, że nie chcę standardowo pytać o przebieg jego górskiej kariery, która jest dość dobrze znana polskim miłośnikom gór, ale o jego filozofię górską, literaturę wspinaczkową i sprawy etyki wspinania. Reakcja świadczyła o tym, że taki temat jak najbardziej odpowiada mojemu rozmówcy.

 

Gdy patrzy się na listę Pana osiągnięć, można zauważyć, że był Pan niejako odkrywcą wielu pięknych szczytów, które później stały się – i są nadal – inspiracją dla kolejnych pokoleń wspinaczy. Wystarczy wymienić Shivling, Changabang, Ogre... My, Polacy, znamy podobne upodobanie do estetycznych celów wspinaczkowych z kariery górskiej Wojtka Kurtyki.


Tak, wzięło się to stąd, że zawsze fascynowała mnie eksploracyjna strona wspinania – wchodzenie na niezdobyte szczyty. I chociaż prowadziłem duże wyprawy, bo w tym czasie uważaliśmy, że potrzebujemy dużych ekspedycji, aby osiągnąć pewne cele, to jednak zdecydowanie wolałem te małe. Od czasu południowo-zachodniej ściany Everestu zawsze uczestniczyłem w niewielkich ekspedycjach. I to jest to, co wciąż podoba mi się najbardziej – wyjazd z grupą przyjaciół w góry i po prostu wspinanie. Ciągle mnie to bawi, tylko z czasem góry stają się mniejsze.


Gdy myślimy o karierach górskich znanych wspinaczy, zawsze przychodzą nam na myśl ich sukcesy. A tymczasem każdy, nawet największy alpinista, ma zwykle na swoim koncie także listę porażek. Podobnie jest w Pana przypadku – Everest przy pierwszym podejściu, Mooses Tooth, Koluh Koh... Wielu alpinistów, pytanych o ich stosunek do przedsięwzięć wspinaczkowych nie zakończonych sukcesem, podkreśla, że porażka może być również cennym doświadczeniem. Czy zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?


Naprawdę ważna jest jakość podróży: jak zgrałeś się z twoimi partnerami i czy dałeś z siebie wszystko. Jeśli tak było, to nawet gdy nie uda ci się wejść na szczyt – choć oczywiście wejście na niego jest zawsze bardzo miłe – ciągle możesz mieć dobre wspomnienia. W moim przypadku tak było z Sepu Kangri – nie zdobyliśmy szczytu, ale odbyliśmy dwie wyprawy na ten szczyt, w czasie których przeżyliśmy wiele wspaniałych chwil.


Chris Bonington łączy się z rodziną przez telefon satelitarny. Wyprawa na Sepu Kangri w 1997 roku.  Fot. Chris Bonington, Chris Bonington Picture Library


Ten szczyt był chyba dla Pana ważny?

 

Tak, to piękna góra. Nie tyle trudna technicznie, co skomplikowana, poza tym jest tam straszna pogoda. Cóż, próbowaliśmy, nie udało się, ale za to wróciliśmy żywi. W tym roku zdobyli ją Amerykanie – zespół Carlosa Bulhera, także w strasznej pogodzie. I bardzo dobrze, życzyłem im szczęścia. Nie czuję żalu, gdy myślę o Sepu Kangri, bo to, co tam przeżyłem, było wspaniałą przygodą.

 

Praktycznie w każdej notce o Panu, jaką można znaleźć w encyklopediach, książkach historycznych na temat wspinania czy też w artykułach w czasopismach, podkreślane są pańskie zdolności organizacyjne i logistyczne. Te zakończone sukcesem wyprawy, którymi Pan kierował, a nie wszedł na szczyt, są postrzegane jako równie ważne osiągnięcia w pańskiej karierze, co Pana własne przejścia. Jak można porównać satysfakcję z bycia kierownikiem, mózgiem wyprawy, ale bez wejścia na szczyt z wytyczeniem własnej drogi, po zrobieniu której staje się na wierzchołku?


Jeśli jesteś liderem dużej wyprawy, to własne wejście na szczyt nie powinno być dla ciebie czymś priorytetowym, ponieważ musisz mieć szersze spojrzenie na całość ekspedycji. Na południowo-zachodniej  ścianie Everestu lub  południowej ścianie Annapurny moim zadaniem było umożliwienie wejścia na szczyt wspinaczowi będącemu członkiem ekspedycji. Taki ich wynik był dla mnie całkowicie satysfakcjonujący. Oczywiście nie oznacza to wcale, że wyzbyłem się chęci zdobycia Everestu, ale odłożyłem swoje ambicje na później i w końcu wszedłem na ten szczyt w 1985 roku, będąc po prostu jednym z członków wyprawy. 


Pomówmy o legendarnych wspinaczach, których spotkał Pan na swojej górskiej ścieżce. Wspinał się z Pan z wieloma alpinistami, których nazwiska są bardzo dobrze znane miłośnikom alpinizmu w Polsce. Jednym z nich był Don Whillans, bardzo interesujący człowiek i wspinacz. Zapewne może Pan podzielić się wspomnieniem o nim.

 

Don był bez wątpienia jednym z najlepszych i najwszechstronniejszych alpinistów, z jakimi miałem okazję się wspinać. Kiedy zacząłem tworzyć z Donem zespół, był on w pewnym sensie bardziej doświadczonym wspinaczem niż ja i wiele się od niego nauczyłem. Szczególnie w latach 1961– 1962... W 1961 roku zrobiliśmy pierwsze przejście Centralnego Filara Freney, a w 1962 próbowaliśmy przejść północną ścianę Eigeru jako pierwsi Brytyjczycy (co udało mi się w końcu z Ianem Cloughem) i zrobiliśmy kilka innych rzeczy. Dobrze czuliśmy się ze sobą w górach, ale tak naprawdę nie byliśmy przyjaciółmi w takim sensie, że spędzaliśmy ze sobą dużo czasu po powrocie do domu. Poza tym Don był dziwakiem i ostatecznie, gdy byłem kierownikiem dużych ekspedycji, doszedłem do wniosku, że jest zbyt trudny do współżycia w grupie. Postanowiłem nie brać go na Everest, choć w tym czasie taka decyzja była kontrowersyjna. Ja jednak widziałem, że jest on osobą konfliktową i może działać destrukcyjnie na dużą grupę ludzi.

 

Jako że jest Pan także pisarzem górskim – zresztą Pana artykuły i książki, chociażby „Everest, najtrudniejszą drogą”, były tłumaczone na język polski – chciałbym porozmawiać także o literaturze wspinaczkowej. W Polsce wyjątkowo lubiana jest książka „Lśniąca góra” Petera Boardmana...


[przerywa] Tak, to wspaniała książka.


Znał Pan dobrze Pete’a i Joe Taskera. Proszę powiedzieć, jak ich Pan wspomina? 


Pete i Joe… W tym przypadku, w przeciwieństwie do tego, jak to było z Donem, byliśmy naprawdę dobrymi przyjaciółmi; także po powrocie w doliny. Maria, dziewczyna Joe i Hillary, żona Pete’a pozostały naszymi bliskimi przyjaciółkami do dnia dzisiejszego. Mogę powiedzieć, że odbieraliśmy na tych samych falach. Choć ja byłem od nich starszy i oczywiście dużo słabszy w sensie możliwości wspinaczkowych. Obaj byli znakomitymi wspinaczami, bardzo kreatywnymi, zarówno w pisaniu o górach – Joe był także świetnym filmowcem – jak i we wspinaniu. Uważam, że gdyby nie zginęli, ich wpływ na rozwój alpinizmu mógłby być naprawdę ogromny.


Baza wysunięta podczas Brytyjskiej Wyprawy na Everest, 1982. Od lewej: Chris Bonington, Adrian Gordon, Peter Boardman i Joe Tasker. Fot. Adrian Gordon, Chris Bonington Picture Library

 

Przejdźmy do sygnalizowanego już wątku literatury wspinaczkowej. Wiem, że w młodości był Pan zafascynowany chociażby książką Hermanna Buhla. Czy może Pan spróbować wskazać – wiem, że to trudne, a być może niemożliwe, ale jednak – tę jedną książkę o górach, która wywarła na Panu największe wrażenie?


Książką, która wywarła na mnie osobiście największe wrażenie było „Mountaineering in Scotland” W. H. Murraya, którą przeczytałem zaraz po tym, jak zaczynałem się wspinać. Natomiast z nowszych rzeczy wskazałbym „Dotknięcie pustki”. Joe wysłał mi rękopis, który przyszedł pocztą pewnego ranka, kiedy z żoną leżeliśmy jeszcze w łóżku. Skończyło się tak, że resztę dnia spędziliśmy nie wstając z niego, pochłonięci lekturą. Żona czyta szybciej ode mnie, więc brała kolejne kartki, a ja szedłem jej śladem. Nie mogliśmy odłożyć tej książki... Myślę, że jest jedną z najlepszych...


Najlepszych historii walki o życie...


Zgadza się – historia walki o przeżycie, przepięknie opisana.


A co Pan powie o następnych książkach Joe?

 

Myślę, że problem polega na tym, iż taka historia już się nie powtórzy. Choć bez wątpienia to są dobre książki, bo napisał je bardzo dobry pisarz. Jednak w tym przypadku może być tak, że napisał coś, czego już nigdy nie będzie w stanie przeskoczyć. Z innych pozycji, skoro mówiliśmy o Pete Boardmanie, myślę, że „Lśniąca góra” jest niesamowitą książką. Uważam, że jest lepsza niż „Sacred Summits” [druga, wydana w 1982 roku książka Petera Boardmana, jak dotąd nie przetłumaczona na język polski – pd].


Mówiliśmy trochę o legendach przeszłości, może teraz pomówmy nieco o współczesnym alpinizmie. Czy mógłby Pan wymienić nazwiska brytyjskich alpinistów, których wyczyny robią na Panu największe wrażenie? W Polsce najczęściej słyszymy o takich nazwiskach jak Mick Fowler, Ian Parnell czy Andy Kirkpatrick.


Powiedziałbym, że brytyjski alpinizm żyje i ma się dobrze. Ciekawe w naszym wspinaniu jest to, że z wyjątkiem Alana Hinksa, który jest moim dobrym przyjacielem, nikt nie interesuje się wspinaniem na ośmiotysięcznikach. On jest jedyny i – chyba wybaczyłby mi te słowa – jest bardzo dobrym, wszechstronnym alpinistą, ale nie jest w ścisłej czołówce, która stanowi o trendach i postępie... Wspinacze z tej czołówki – Ian Parnell, Mick Fowler, Andy Cave nie interesują się kolekcjonowaniem szczytów, ich celem stają się trudne, stanowiące wielkie wyzwanie ściany, robione szybko i w dobrym stylu.

 

Myślę, że trzeba by jednak wyróżnić Micka Fowlera, który nie jest profesjonalnym wspinaczem. Jest urzędnikiem podatkowym, ma 6 tygodni wakacji i każdego roku jedzie na coś, co jest nieprawdopodobnie trudne, a mimo to ma dziewięćdziesięcioprocentową skuteczność w osiąganiu swoich celów. On i jego partner – oglądałem w tym miesiącu ich prelekcję z ostatniej wspinaczki w Chinach [nagrodzona później „Złotym Czekanem” droga na Siguniang autorstwa Micka Fowlera i Paula Ramsdena  – przyp. pd] – sprawiają, że to staje się takie proste [śmiech]. Wchodzą w ścianę i kontynuują atak niezależnie od tego, jaka jest pogoda. Mają straszne biwaki, wiszące, tak niewygodne, że nie mogą nawet wyciągnąć śpiworów. I nawet im nie przejdzie przez myśl, żeby się wycofać. To nieprawdopodobnie odważne podejście wydaje się być paradoksalnie całkiem bezpieczne. Poza tym jest bardzo rodzinnym człowiekiem, ma dwójkę małych dzieci, żonę... Myślę, że jest jednym z najlepszych i najwszechstronniejszych alpinistów, jacy pojawili się w Wielkiej Brytanii w ostatnich dziesięcioleciach.


Natomiast także młodsza generacja – Andy Kirkpatrick, Ian Parnell i inni, których nazwisk nie pamiętam, to bardzo dobrzy i bardzo odważni wspinacze.


Przejdźmy do tematu etyki wspinaczkowej. Czy mógłby Pan przedstawić w kilku słowach swoje zdanie na temat używania spitów w górach. Jest to oczywiście niekończąca się dyskusja, która trwa już całe dziesięciolecia, ale wciąż jest żywa. Tak jest także w naszych Tatrach, gdzie wciąż toczą się spory o to, czy spitować czy nie... 

 

[przerywa] Myślę, że jest miejsce dla wspinania sportowego i dla wspinania przygodowego i sądzę, że trzeba zaakceptować ten fakt. Natomiast niepokojące zjawisko możemy zaobserwować w krajach południowej Europy – we Włoszech, Francji, Hiszpanii – tam wszystko jest spitowane, także stare drogi. Wspinam się sporo w Hiszpanii i widzę piękne rysy, które zostały ospitowane. Podobnie, w zeszłym tygodniu wspinałem się w Arco i była tam wspaniała rysa, która została pierwotnie zrobiona klasycznie bez użycia spitów, a teraz została cała ubezpieczona. 

 

To czego unikałbym, to właśnie sytuacji gdy nie ma wyboru, nie ma powrotu. Myślę, że trzeba to brać pod uwagę, rozważając kierunek, w jakim musi to wszystko zmierzać, aby osiągnąć równowagę. Uważam, że w rejonach, które oferują dobrą, naturalną asekurację, wspinacz traci bardzo wiele, jeśli są tam spity. Wówczas młody adept wspinaczki nie ma wyboru, nie widzi niczego innego i nawet nie wie, co to jest własna asekuracja.

 

Natomiast gdy przechodzimy do Himalajów, do alpinizmu przez duże „a”, wytyczania nowych dróg na wielkich ścianach, to uważam, że ktoś, kto w całości obija taką ścianę, niszczy ją. Co innego, gdy jest długa droga i  na niej krótki odcinek, na którym trzeba użyć trzech czy więcej nitów – nie można być ortodoksem w tej materii.

 

Generalnie sądzę, że niebezpieczeństwo polega na tym, że zbyt duży, o wiele za duży, nacisk jest położony na wspinanie ze spitami. Wszyscy powtarzają tylko: bezpieczeństwo, bezpieczeństwo, bezpieczeństwo... Wspinania nie można utożsamiać z bezpieczeństwem.


Wyprawa na południowo-zachodnią ścianę Everestu w 1975 roku

 

W Wielkiej Brytanii jest wspinanie na gritstone, które mimo że jest wspinaniem skałkowym, stoi w opozycji do tego trendu.


Tak, mamy wspinanie na gritstone i oczywiście mamy sportowe wspinanie na wapieniu. Są jednak rejony, w których trwa zażarta dyskusja, czy powinny być spitowane czy też nie.

 

Był Pan szefem Jury przy przyznawaniu „Złotego Czekana” w zeszłym roku. Są krytycy, którzy mówią, że nagroda ta nie jest obiektywna, że nie można porównać takich wspinaczek jak np. Women and Chalk i …


[przerywa] To można powiedzieć o każdej nagrodzie, natomiast w tym przypadku byłem w mniejszości, nie głosowałem na zwycięzcę. Oddałem swój głos na Słoweńca i Amerykanina na Denali... [Marco Prezelj i Stephen Koch, nominowani za wytyczenie drogi Light Traveller, szczegóły – przyp. pd]. Jak nazywał się Rosjanin?

 

Babanow.


No właśnie. On używał spitów, używał poręczówek, słowem, to co zrobił,  było niczym... To znaczy to było wspaniałe osiągnięcie, ale  – i to „ale” przez duże „a” –  jego wyczyn nie stanowił żadnej nowości, nie był innowacją. Dokonanie Słoweńca i Amerykanina było natomiast nowym, absolutnie fascynującym podejściem do wspinania na wielkich ścianach, wymagającym obłędnego zaangażowania, bez zostawiania za sobą czegokolwiek. I ja przyznałbym nagrodę im, nie Rosjaninowi. Jednak fakt, że tak się nie stało, nie stanowił dla mnie jakiegoś problemu. Takie wybory są zawsze bardzo subiektywne, a to było demokratyczne głosowanie i szanuję jego wynik.


Wspinanie na ośmiotysięcznikach, przełamywanie kolejnych barier trudności na najwyższych wysokościach nie jest dziś popularne. Są młodzi wspinacze, którzy koncentrują się na niezwykle trudnym technicznie wspinaniu w górach najwyższych, ale nieco niżej –  na sześcio- i siedmiotysięcznikach, na przykład tych,  które wspominaliśmy wcześniej: Ogre, Shivling, Changabang... Prawie nie ma prób przejść tzw. ostatnich problemów Himalajów: zachodniej ściany K2, grani Mazeno na Nanga Parbat etc. Czy myśli Pan, że ci wspinacze, działający na niższych wysokościach, muszą w pewnym sensie dorosnąć do tych problemów.


Być może... Choć uważam, że nie jest to kwestia tego, co oni powinni albo nie powinni robić. To raczej kwestia tego, czym dana grupa wspinaczy zaczyna się interesować. Może ktoś z nich zacznie to robić, bo bez wątpienia stawiają sobie poprzeczkę coraz wyżej. Jednak jednym z ograniczeń, które wpływa na to, co można zrobić w stylu alpejskim jest wysokość. Powyżej ośmiu tysięcy metrów musisz działać szybko, bo jeśli będziesz tam musiał spędzić więcej czasu, to będziesz w dużych tarapatach. I tak na przykład zrobienie wielkiego trawersu Everestu w stylu alpejskim nie wydaje mi się – w sensie fizjologicznym – możliwe. W tym przypadku trzeba będzie uciec się do dużej ekspedycji, działającej w stylu oblężniczym. Podobnie jest na przykład z superdirettissimą południowo-zachodniej ściany – innej możliwości; także tam trzeba będzie użyć tlenu, użyć taktyki oblężniczej, od której obecnie odeszliśmy.


Chris Bonington na pierwszym planie, a w tle majestatyczny wierzchołek Petit Dru. W tym roku Chris obchodzi 60-lecie przejścia Filara Bonattiego na tym szczycie. Fot. Piotr Drożdż.


Kończąc naszą rozmowę, chciałem poprosić, aby powiedział Pan coś specjalnie dla naszych czytelników, szczególnie dla tych młodych, którzy szukają swojej drogi w górach.


Powiem tak: wspinanie musi być przyjemnością. Nawet jeśli uprawiacie je na ekstremalnym poziomie, róbcie to dla przyjemności, niech przynosi wam ono radość.


Czyli tak jak powiedział kiedyś Alex Lowe: „Najlepszym alpinistą jest ten, który najlepiej się bawi wspinając”.


Alex tak powiedział? [potwierdzam]. Zgadzam się, to świetny cytat.


Dziękuję za rozmowę.

 

Ja dziękuję również. To była przyjemność.


Rozmawiał: Piotr Drożdż

 


GÓRY nr 3 (108) 2003
 

****

Chris Bonington będzie jednym z gości Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady, który potrwa od 20 do 23 września. W imieniu naszym i Organizatorów serdecznie zapraszamy na spotkanie z legendą światowego alpinizmu.


Piotr Drożdż
 
2018-11-15
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (264): Piolets D’Or po polsku

Komentarze
0
 
Mateusz Mazur
 
2018-11-13
Tylko w GÓRACH
 

Reinhold Messner i Krzysztof Wielicki - Wywiad na szczycie

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-11-13
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszych GÓRACH (264): Narciarskie eksploracje braci Pet'o

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-11-08
Tylko w GÓRACH
 

Nowa seria PRO TIPÓW od najlepszych wspinaczy na GÓRY TV!

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com